W złotej pułapce

**W złotej klatce**

Zosia weszła do mieszkania i cicho zaczęła się rozbierać, by nie obudzić mamy. Ledwo powstrzymała jęk, gdy zdejmowała nowe buty, które poraniły jej stopy.

— Co tak wcześnie wróciłaś? Uciekłaś? Nie podobało ci się na weselu? — Mama wyjrzała z pokoju.

— A ty czemu nie śpisz? Czekałaś na mnie? — odcięła się Zosia.

Mama zacisnęła usta i wróciła do siebie. Zosia poczuła ukłucie wyrzutów sumienia. Mama nie spała, martwiła się, a ona tak zareagowała. Weszła do pokoju, przysiadła obok mamy na kanapie i przytuliła się.

— Nie przypochlebiaj się. Nie chcesz, nie opowiadaj. I tak wszystko dowiem się od matki Kasi.

— Mamo, przepraszam. Jestem zmęczona, nogi bolą. Restauracja była przepiękna, gości ze pięćdziesięciu lub więcej. Hałas, śmiech. A Kasia w białej sukni wyglądała cudownie. Pan młody też przystojny… — wyliczała Zosia.

— To czemu uciekłaś? — przerwała mama.

— Mamo, wszyscy tacy ważni, nadęci jak indyki. Nie nasze towarzystwo. A jutro muszę wstać wcześnie.

— Gdzie to? Jutro niedziela — zdziwiła się mama, wpatrując się w córkę.

— Właśnie dlatego. Rano ci opowiem. Idę pod prysznic. — Zosia pocałowała mamę w policzek i poszła się przebierać.

Z obrzydzeniem zrzuciła swoją odświętną suknię, która przy kreacjach innych gości wyglądała na tandetną i biedną. Potem wzięła gorący prysznic, starannie szorując plecy, gdzie dotykały ją spocone dłonie tego grubasa.

Zaprosił ją do tańca, ignorując jej wymówki. Nie mogła przecież z nim walczyć. Przyciskał ją mocno do swojego dużego brzucha. Czuła na plecach jego wilgotne, gorące dłonie. Obrzeża butów wbijały się boleśnie w skórę. Ledwo wytrzymała do końca utworu.

Potem przysiadł się do jej stolika i nalewał wina. Nikogo nie obchodziła. Jedyna znajoma osoba, Kasia, była zajęta gośćmi i swoim nowym mężem. Tylko kilka razy złapała czyjeś zaciekawione spojrzenie. Ale tamten mężczyzna nawet nie próbował jej uratować od natręta.

Powiedziała, że musi wyjść do toalety, i uciekła. Wzięła taksówkę pod restauracją i pojechała do domu. Nie, nie chciałaby takiego wesela dla siebie. Wszystko wyreżyserowane jak w sztuce, gdzie każdy ma swoją rolę. Zosia czuła się jak statystka.

Długo nie mogła zasnąć. Wciąż słyszała muzykę, brzęk kieliszków, rozmowy, toasty, śmiech… Przypomniała sobie tamtego mężczyznę. *”Lepiej by mnie zaprosił on, a nie ten tłusty wieprz. I nie ma o kim myśleć”* — powiedziała sobie Zosia, przekręciła się na bok i w końcu zasnęła.

Ciepły wrzesień zastąpił zimny, deszczowy październik. Kasia wróciła z miesiąca miodowego i zaprosiła Zosię, by opowiedzieć o wrażeniach.

Zosia też chciała zobaczyć, jak żyją bogaci. Nie wypadało iść z pustymi rękami. Po zajęciach weszła do cukierni i kupiła ulubione ciastka Kasi. Wychodząc, zderzyła się w drzwiach z mężczyzną. Cofnął się, ustępując jej miejsca.

— To pani? — nagle zapytał.

Zosia podniosła wzrok i poznała tajemniczego mężczyznę z wesela przyjaciółki. Zaskoczona stanęła jak wryta.

— Proszę wyjść, stoimy w przejściu — zaśmiał się, ciągnąc ją za rękę na bok.

— Tak nagle zniknęła pani z wesela, jak Kopciuszek. Nie zdążyłem nawet się przedstawić. — Uśmiechnął się, pokazując równe, białe zęby.

— Ale nie zgubiłam pantofelka — odparła z uśmiechem Zosia.

— Do domu? Podwiozę panią — zaproponował.

— Nie, idę do przyjaciółki, tej panny młodej. Zmienił pan zdanie o zakupach? — Zosia uniosła zdziwioną brew.

— Tak się cieszę z naszego spotkania, że gotów jestem poświęcić wszystkie ciastka świata — powiedział, zauważając firmowe pudełko w jej ręce. — Chodźmy. — Wziął ją pod rękę i zaprowadził do swojego drogiego SUV-a.

Nie jeździła wcześniej w tak luksusowych autach, choć i zwykłych taksówek używała rzadko. Prowadził pewnie, nie pytając o adres. Zosia zaniepokoiła się.

— Wiem, gdzie mieszka twoja przyjaciółka. Jej mąż i ja jesteśmy wspólnikami — wyjaśnił, widząc jej przerażony wzrok.

W drodze opowiedział o sobie — ma na imię Krzysztof, jest po rozwodzie, ma labradora…

*”Bogaty, przystojny, ułożony. I sympatyczny. W sam raz, jak chciała mama”* — pomyślała Zosia.

— Czemu tak późno? Już się martwiłam — upomniała ją mama, gdy wróciła.

— Byłam u Kasi. No i mieszka teraz… — ku uciesze mamy, Zosia szczegółowo opisała willę i opaloną mimo jesieni przyjaciółkę.

— A jak tam dotarłaś? Przecież teraz mieszka w “Złotej Dolinie”.
Tak przezywano bogate osiedle willowe.

— Podwiózł mnie znajomy — niechętnie odpowiedziała Zosia, żałując, że dała mamie pretekst do pytań.

— Poznałaś go na weselu? Należy do “nich”, mam nadzieję? Dałaś mu swój numer?

— Tak, mamo, wręczyłam mu go natarczywie — zirytowała się Zosia.

— Czemu się złościsz? Poważny mężczyzna zauważył cię, a ty pewnie tylko prychnęłaś, znam cię — powiedziałMama westchnęła ciężko, a Zosia pomyślała, że czasem najcenniejsze skarby to nie te, które błyszczą.

Rate article
Fajna Tajna
W złotej pułapce