W weekend pojechałam do kliniki weterynaryjnej zrobić psu szczepienie. Zajęłam kolejkę. Starszy mężczyzna, trochę przygarbiony, ale schludny, wydał mi się znajomy. Przyjrzałam się uważniej – to sąsiad, Mieczysław Wojciechowicz. Staruszek krzątał się nerwowo, wołał lekarza. Podeszłam.
– Co się stało?
– Psa potrąciło auto, znalazłem go na ulicy. Pilnie potrzebny chirurg.
– Ojcze, a czy starczy wam pieniędzy?
– Sam nie wiem, córuś.
Wojciechowicz zaczął przeszukiwać kieszenie. Znalazł około 400 złotych. Uśmiechnął się z ulgą.
– Powinno wystarczyć. Ostatnio trochę zarobiłem, akurat się trafiło.
Pies, wyglądający na charta, żałośnie skomlał. Westchnęłam. Po wyglądzie wnioskowałam, że ma złamaną łapę – koszt leczenia to minimum 2000 zł. Elegancko ubrany mężczyzna, trzymający na rękach drogiego ragdolla, spojrzał w naszą stronę.
– Córuś, no nie mogłem przecież zostawić tego biedaka – westchnął Wojciechowicz. – Krzyczał tam na drodze. A samochody mijały go jeden za drugim, ludzie się spieszą. A tu żywa dusza cierpi. Zadzwonię do żony, do Bronki, ona ma jeszcze może 150 zł, przyniesie, żeby było na wszelki wypadek.
Mężczyzna z ragdollem odciągnął mnie na bok.
– Zna go pani?
– Mieszka obok. Miał kiedyś trzyłapkę, owczarka. Zmarła w wieku piętnastu lat. Podobno też ją znalazł potrąconą, a właściciele się nią nie zainteresowali.
– Rozumiem – odpowiedział mężczyzna z ragdollem i podszedł do recepcji.
– Proszę wezwać chirurga i przyjąć dziadka z tym psem. Wystawcie rachunek, ja zapłacę, a od niego weźcie te jego pieniądze. Tylko nie mówcie mu, ile to kosztuje.
Chirurg przyszedł. Rachunek wyniósł około 3500 zł. 400 zł – od Wojciechowicza, resztę pokrył mężczyzna z ragdollem – Jerzy Szymański. Zrobiłam psu szczepienie i wróciłam do domu. Wojciechowicz czekał pod salą operacyjną. Minęło trochę czasu, a chart zaczął się pojawiać w okolicy, zawsze z Wojciechowiczem albo jego żoną Bronką. Utykał, ale był wesoły.
– Dzień dobry, Mieczysławie Wojciechowiczu.
– Witaj, córuś.
– Widzę, że pies został z wami.
– Tak, syn odnalazł właścicieli. Ale stwierdzili, że już się nie nadaje na wystawy. Nie chcieli go. No cóż, jakoś się wyżywi. Syn kupił mu specjalną karmę i witaminy. A ja znalazłem sobie dodatkową robotę, pracuję jako dozorca. Płacą 2500 zł. Jakoś to będzie. Nazwaliśmy go Błysk.
Po dwóch miesiącach znów zawitałam do tej samej kliniki. Zachorował mój stary kot, Filemon. Czekaliśmy w kolejce. Nagle zobaczyłam Wojciechowicza. W rękach trzymał kotka w strasznym stanie – pokaleczonego i oblizanego smolistą substancją. Zajął miejsce, nerwowo przeszukiwał kieszenie. Liczył pieniądze. Widocznie było za mało. Zatroskany opowiedział:
– Odebrałem to zwierzę młodym chuliganom. Bestie, pokaleczyli, oblepli czymś obrzydliwym.
– Tylko brakuje tu tego z ragdollem – pomyślałam.
Wtem drzwi się otwierają i wchodzi Jerzy Szymański, ze swoim Brylantem. Spojrzał na Wojciechowicza, który wciąż liczył drobne. Z kotka kapała krew i lepka maź.
– No, karma! – westchnął Jerzy Szymański i ruszył do recepcji.
– Proszę przyjąć dziadka z kotem, ja zapłacę – powiedział.
Kota zabrano na operację, Filemona na badanie, a Jerzy Szymański uregulował rachunek, kupił potrzebne lekarstwa i wyszedł. Kot został z Wojciechowiczem, który nazwał go Mruczek.
Nadeszła wiosna. Poszłam kupić preparat na kleszcze dla naszych zwierzaków. Wchodzę do kliniki i spotykam Jerzego Szymańskiego. Zamieniliśmy uprzejmości.
– Brakuje tylko Wojciechowicza z jakimś zwierzakiem – zaśmiał się Jerzy.
– Zaraz się pojawi – odparłam z uśmiechem.
Drzwi się otwierają. Wchodzi Wojciechowicz, coś owiniętego w kurtce trzyma. Towarzyszy mu Bronka.
– Co się stało? – pytam.
– Bronka wyrwała ptaka z łap ulicznych kotów. Trochę go poturbowały. Ale to porządny ptak – mówi Wojciechowicz i wyjmuje spod mokrej kurtki papugę arę.
Usiadłam na krześle. Jerzy Szymański sięgnął po portfel.
– Papuga jest oswojona – mówię. – Pewnie ma imię. Może Burek?
Papuga podniosła rozczochraną głowę, spojrzała na mnie i powiedziała: „Karma, karma!”.
– Karma – westchnął Jerzy Szymański, wyjął pieniądze i ruszył do recepcji. Wojciechowicz podrapał się po głowie i uśmiechnął z zadowoleniem. – Teraz, jak coś znajdę, to tu będę przychodził, tu tanio leczą…
Jerzy Szymański postanowił nie zmieniać kliniki i zostawił tam swoją wizytówkę. – Jeśli przyjdzie dziadek, Mieczysław Wojciechowicz, z jakimś zwierzęciem, proszę dzwonić. Ja wszystko opłacę.
Nic się nie da zrobić – karma.



