W weekend pojechałam do kliniki weterynaryjnej, żeby zaszczepić psa. Zajęłam kolejkę. Starszy mężczyzna, trochę zaniedbany, ale schludny, wydał mi się znajomy. Przyjrzałam się – to sąsiad, Stanisław Wojciechowicz. Staruszek krzątał się nerwowo, wołał lekarza. Podeszłam.
– Co się stało?
– Psa potrącił samochód, podniosłem go prosto z jezdni. Pilnie potrzebny chirurg.
– Ojcze, a czy starczy wam pieniędzy?
– Nie wiem, córeczko.
Wojciechowicz zaczął przeszukiwać kieszenie. Zebrał około 90 złotych. Uśmiechnął się.
– Powinno wystarczyć. Ostatnio rozładowałem trochę towaru, była okazja.
Pies, wyglądający na charta, żałośnie skamlał. Westchnęłam. Po stanie zwierzęcia było widać, że ma złamane łapy – koszt to co najmniej 1000 zł. Elegancki mężczyzna, który trzymał na rękach nieprawdopodobnie drogiego serwala, spojrzał na nas.
– Córeczko, no nie mogłem przecież zostawić tej biednej kreatury – westchnął Wojciechowicz. – Krzyczała na drodze. A wszyscy tylko jadą i jadą, śpieszą się. A tu żywa dusza ginie. Zadzwonię do żony, do Wandy, ona ma jeszcze ze 30 zł, zaraz przyniesie, na wszelki wypadek.
Mężczyzna z serwalem odciągnął mnie na bok.
– Zna go pani?
– Mieszka w sąsiednim bloku. Miał kiedyś trzyłapkę. Żyła 15 lat, owczarek. Podobno też go znalazł potrąconego, a właściciele się go wyrzekli.
– Rozumiem – odpowiedział mężczyzna z serwalem i podszedł do recepcji.
– Proszę wezwać chirurga i przyjąć dziadka z potrąconym psem. Wystawcie rachunek, ja zapłacę, a od niego weźcie jego pieniądze. Tylko nie mówcie mu, ile to kosztuje.
Wezwano chirurga. Rachunek wyniósł około 1700 zł. 90 zł od Wojciechowicza, resztę pokrył mężczyzna z serwalem – Jerzy Władysławowicz. Zaszczepiłam swojego psa i wróciłam do domu. Wojciechowicz czekał pod salą operacyjną. Minęło trochę czasu, a oto chart zaczął pojawiać się w okolicy, zawsze z Wojciechowiczem albo jego żoną – Wandą. Trochę kulejąc.
– Witam, Stanisławie Wojciechowiczu.
– Witaj, córeczko.
– Widzę, że pies został z wami.
– Tak, syn znalazł właścicieli. Ale się go wyparli, powiedzieli, że na wystawy już się nie nadaje. Nie był im potrzebny. Nic, jakoś przeżyjemy. Syn kupił mu specjalną karmę i jakieś witaminy. A ja znalazłem dodatkową robotę, pracuję jako stróż. Płacą 1200 zł. Wszystko w porządku. Nazwaliśmy go Bystry.
Dwa miesiące później znów trafiłam do tej samej kliniki. Mój stary kot, Bronek, rozchorował się. Czekaliśmy w kolejce. Nagle pojawia się Wojciechowicz. Trzyma na rękach kociaka, okropnie wyglądającego – pociętego i oblepionego smołą. Stanisław zajął miejsce w kolejce, nerwowo przeszukując kieszenie. Liczył pieniądze. Widocznie wyszło mu za mało. Był przygnębiony.
– Odebrałem go nastolatkom. Bestie przeklęte, pocięli, oblepili smołą. Po prostu ohyda.
– Brakuje tylko tego z serwalem – pomyślałam.
Drzwi się otwierają i wchodzi Jerzy Władysławowicz ze swoim Borysem. Wzrok natychmiast pada na Wojciechowicza, który liczy grosze. A z kociaka kapie krew i smoła.
– No jakże, karma! – zawołał Jerzy Władysławowicz i ruszył do recepcji.
– Proszę przyjąć dziadka z kotem, ja zapłacę – mówi.
Kota zabrano na operację, mojego Bronka na przegląd, a Jerzy zapłacił za dziadka, kupił potrzebne rzeczy i wyszedł. Wojciechowicz zatrzymał kotka, nazwał go Mruczek.
Nadeszła wiosna. Poszłam kupić środki na kleszcze dla naszych zwierzaków. Wchodzimy, a tam Jerzy Władysławowicz. Przywitaliśmy się.
– Tylko Wojciechowicza z jakimś stworzeniem brakuje – zaśmiał się Jerzy.
– Zaraz będzie – uśmiechnęłam się.
Drzwi się otwierają. Wchodzi Wojciechowicz, coś owiniętego w kurtce. A z nim żona Wanda.
– Co się stało? – pytam.
– A ta moja Wandka wyrwała ptaka dzikim kotom. Trochę go poturbowały. Ale to dobry ptak – mówi Wojciechowicz i wyciąga spod mokrej kurtki… papugę arę.
Usiadłam na krześle. Jerzy Władysławowicz zaczął grzebać w portfelu.
– Papuga jest na pewno domowa – mówię. – Pewnie ma imię. Może Henryk?
Papuga podniosła potarganą głowę, spojrzała na mnie i powiedziała: „Karma, karma!”
– Karma – westchnął Jerzy Władysławowicz, wyjął portfel i ruszył do recepcji. Wojciechowicz podrapał się po głowie i zadowolony się uśmiechnął. – Teraz, jak coś się zdarzy, to będę tu przynosił zwierzęta, tu tanio…
Jerzy Władysławowicz postanowił nie zmieniać kliniki i zostawił tam swoją wizytówkę. – Jeśli przyjdzie dziadek, Stanisław Wojciechowicz, z jakimkolwiek zwierzęciem, proszę dzwonić. Wszystko opłacę.
Przed karmą nie uciekniesz.
autor: Ewa Andryasz.



