Dziennik, 24 października
Kiedy miałem czternaście lat, po raz pierwszy zetknąłem się z migrenami hemiplegicznymi dziwnym rodzajem ataków, po których połowa mojego ciała stawała się bezużyteczna.
Przez wiele lat te napady były przewidywalne raz w miesiącu, a potem powrót do normy. Gdy skończyłem dwadzieścia cztery lata, wszystko się zmieniło. Napady stały się nie do przewidzenia, potem chroniczne, aż w końcu pozbawiły mnie pracy, niezależności i spokoju ducha. Lekarze próbowali różnych terapii: od zmiennych leków, przez zastrzyki z botoksu, aż po blokady nerwowe i restrykcyjne diety. Dawałem się przekonać do wszystkiego, bo nic nie działało. Tylko po silnych lekach przeciwbólowych na receptę udawało mi się funkcjonować na pół gwizdka i choć nienawidziłem tej zależności, nie miałem wyboru.
Nazywam się Michał Dębski. Urodziłem się i wychowałem w Poznaniu. Zanim migreny pokrzyżowały mi plany, byłem młodszym koordynatorem projektów w dużej firmie architektonicznej. Uwielbiałem napięcie przed deadlinem i poczucie, że to, co robię, ma sens. Gdy migreny pojawiły się na stałe, najpierw straciłem pracę, potem samodzielność, a z czasem też wiarę w siebie. Były dni, gdy nie mogłem oderwać głowy od poduszki wtedy żona, Weronika, pomagała mi wejść pod prysznic, bo osłabienie lewej strony ciała odbierało mi równowagę. Ostatecznie tylko leki opioidowe pozwalały mi jako tako egzystować.
Dwa, może trzy lata temu lekarze zaczęli podsuwać nietypową propozycję. Może brzmi jak żart, ale powiem szczerze wtedy byłem gotów próbować wszystkiego. Usłyszałem: Ciąża. Trzech neurologów powiedziało to samo u niektórych kobiet pełna ciąża bywa restartem organizmu. U mężczyzn to rozwiązanie nie istnieje, ale w przypadku naszej rodziny sens był prosty: Weronika i ja od dawna myśleliśmy o dziecku Choć nigdy nie wyobrażałem sobie, że to będzie eksperyment medyczny.
Dyskusje w domu trwały tygodniami. Za każdym razem, gdy traciłem władzę w ręce lub nie mogłem powiedzieć prostego zdania, widziałem w oczach Weroniki ten sam strach, który czułem ja. Żadne z nas nie chciało wypowiedzieć na głos tej myśli: Czy ściągać dziecko na świat w naszym położeniu? Czy warto ryzykować, jeśli stan się nie poprawi? A może tylko tak wracam do świata żywych?
Mój neurolog doktor Kamiński był rzeczowy: ryzyko prenatalnych powikłań, możliwość, że nic się nie zmieni, ale też bardzo ostrożnie nadzieja. Widziałem to, Michał, zadziałało u kilku pacjentek, nie gwarantuję sukcesu.
Myśl kiełkowała we mnie jak mały kamień w bucie. Wieczorem, po kolejnym ciężkim ataku, leżałem na podłodze w łazience. Zimne kafelki przyciskały mi policzek, nie czułem lewej strony ciała. Weronika siedziała obok, cicho gładziła mi włosy. Gdy paraliż odpuścił, wychrypiałem: Nie dam już rady tak żyć. Tylko pokiwała głową. Przegadaliśmy całą noc: o strachu, odpowiedzialności, możliwym dziecku i o tym, czy nie obarczamy go własną niepewnością. W końcu Weronika szepnęła: Jeśli to da ci szansę wrócić do życia, nasze dziecko zawsze będzie wiedziało, że uratowało cię, a nie było ciężarem.
Decyzja zapadła. Nie przyszła łatwo siedem miesięcy prób, badania, nerwy. Gdy zobaczyliśmy dwie kreski na teście ciążowym, popłakałem się jak dziecko. Na zmianę ze wzruszenia, lęku i nadziei.
Pierwszy trymestr był brutalny Weronikę dopadały skoki hormonów, mdłości, wyczerpanie. Migreny nie zniknęły, ale coś powoli się zmieniało: napady były rzadsze, szybciej odpuszczały, ból był słabszy. Dla kogoś, kto od tylu lat żył w ciągłej rozpaczy, to była namiastka cudu.
Na szóstym miesiącu ciąży, z codziennych ataków zostały dwa, trzy w tygodniu. To wciąż dużo, ale do wytrzymania. Kiedy po raz pierwszy spędziłem cały dzień bez bólu głowy, popłakałem się przy kasie w Biedronce. Kasjerka patrzyła na mnie jak na wariata, ale miałem to gdzieś. Nie pamiętałem już, jak to jest czuć się wolnym.
Ale prawdziwe zawirowania miały dopiero nadejść. W siódmym miesiącu przyszedł dziwny atak na minutę straciłem wzrok w obu oczach, potem zemdlały mi ręce. Lekarze wypowiedzieli słowo, którego bałem się najbardziej: Stan przedrzucawkowy.
Wszystko runęło. Ciąża, która miała być moją szansą na uzdrowienie, nagle stała się zagrożeniem życia mojego i naszego dziecka. Zostałem przyjęty na oddział patologii ciąży Szpitala Uniwersyteckiego w Poznaniu. Szczeliny powietrza wpadały przez okno, wokół unosił się zapach środków dezynfekcyjnych, a aparaty biły rytmicznie w tle. Weronika była przy mnie na każdym kroku spała na niewygodnym fotelu, trzymała mnie za rękę podczas każdej kontroli ciśnienia.
Czekaliśmy, codziennie targując się z losem o kolejny dzień. W trzydziestym piątym tygodniu lekarze nie mogli już dłużej czekać. Moje ciśnienie przebiło niebezpieczne granice, a ból głowy przypomniał tamte najgorsze ataki. Decyzja była szybka: Weroniko, musimy rodzić dzisiaj.
Poród przebiegał w pośpiechu, pod ciągłym nadzorem, ze mną podłączonym do kroplówki z magnezem na zapobieganie atakom neurologicznym. Dwanaście godzin walki i o 3:12 nad ranem urodziła się nasza córeczka. Nazwaliśmy ją Jagna.
Była drobniutka, ale zdrowa. Płakała tak głośno, że cała sala odetchnęła z ulgą. Przytuliłem ją do siebie, a Weronika szepnęła przez łzy: Udało się, jest z nami.
Ale cuda przyszły później. Dwa miesiące po porodzie Jagny zauważyłem, że nie miałem żadnej migreny. Ani razu. Po czterech miesiącach dziewięćdziesiąt dni bez ataku. Po dziewięciu neurolog orzekł stan remisji.
Odzyskałem kontrolę nad własnym życiem. Wróciłem do pracy na pełny etat, zacząłem znowu biegać, po raz pierwszy od lat budowałem plany na jutro.
Dziś, gdy patrzę na śpiącą Jagnę, nie mogę pojąć, jak ktoś tak malutki mógł wywrócić moją codzienność i oddać mi życie z powrotem. Lekarze mieli rację ciąża to nie cud natychmiastowy, tylko stopniowe świtanie dnia, którego nie zauważasz minuta po minucie, ale dostrzegasz, jak spojrzysz wstecz.
Migreny nie po prostu zniknęły. Uwolniły mnie.
Najważniejsze, czego się nauczyłem? Że gdy nie widać żadnego światła w tunelu, warto iść o krok dalej. Bo za zakrętem może czekać cud nawet jeśli na początku jest tylko kamykiem w bucie.



