W Nowy Rok do mieszkania zapukała sąsiadka:
Czy mogę wejść na chwilę?
Nie dostałam wypłaty, w domu pustka, nawet do herbaty nie mam co podać dzieciom.
Siedzę sama z chłopcami, oni też chcą poczuć święto
Zofia stała przy kuchni, z satysfakcją patrząc na pieczoną kaczkę z pomarańczami właśnie wyjętą z piekarnika.
Zapach był tak intensywny, że chciało się przymknąć oczy i tylko wdychać aromat.
Od rana czarowała nad ptakiem: podlewała sokiem, pilnowała temperatury, nie odchodziła na krok.
Efekt był perfekcyjny.
Adam, zobacz!
zawołała męża.
Adam wyszedł z salonu, zagwizdał i skinął z uznaniem:
Zośka, to jak z dobrej restauracji!
No bo jak inaczej, uśmiechnęła się dumna.
Zaraz przełożę na talerz, ozdobię będzie prawdziwa uczta.
Starannie przestawiła kaczkę na duży ceramiczny półmisek, wokół ułożyła cząstki pomarańczy, dodała gałązki rozmarynu.
Wszystko wyglądało jak z okładki kulinarnego magazynu.
Stół był już pełen: trzy sałatki jarzynowa, pod pierzynką i grecka, kanapki z czerwonym kawiorem, wyszukane sery i wędliny, owoce w misce winogrona i kiwi.
Osobno stał półmisek z domowymi kotletami i pieczonymi ziemniakami.
Co, otwieramy salę bankietową?
zażartował Adam.
Nie, odparła spokojnie Zofia.
Po prostu chcę przywitać Nowy Rok jak należy.
Pracowaliśmy przecież cały rok, możemy sobie pozwolić.
Mąż objął ją ramieniem:
Zgadzam się.
Dawno tak nie świętowaliśmy.
Rzeczywiście, ostatnie lata wciąż sobie odmawiali każdy grosz szedł na remont.
Teraz remont był zakończony, dochody się ustabilizowały, więc można było pozwolić sobie na chwilę radości.
Zofia starannie rozstawiała sztućce, wyciągała kryształowe kieliszki, które zwykle zbierały kurz w kredensie.
Wszystko musiało być piękne i naprawdę uroczyste.
O dziesiątej wieczorem stół był gotowy.
Małżonkowie przebrali się, usiedli naprzeciw siebie.
Adam rozlał napoje.
No to za nas?
Za nas.
Stuknęli się kieliszkami.
Zofia spróbowała sałatki wyszła znakomicie.
Adam wziął kawałek kaczki i przewrócił oczami:
To jest prawdziwy smak!
Zosiu, jesteś czarodziejką.
Było jej miło.
Ten stół, ta spokojna noc, możliwość nie spieszyć się wszystko wydawało się prawdziwym szczęściem.
Dokładnie o jedenastej rozległ się dzwonek do drzwi.
Spoglądali po sobie kto mógł przyjść tak późno?
Adam poszedł otworzyć.
Na progu stała sąsiadka, Marta, z dwoma synami.
Wyglądała na zagubioną, oczy miała zaczerwienione.
Adam, przepraszam, że tak zaczęła niepewnie.
Czy możemy wejść na chwilę?
Jest mi bardzo ciężko.
Co się stało?
zapytał ostrożnie.
Wszystko naraz westchnęła Marta.
Nie wypłacili mi pensji, pracowałam bez umowy i tak mnie oszukali przed świętami.
W domu pustka, dzieciom nawet herbatnicy nie mam czym podać.
Koleżanki miały wpaść nie przyszły.
A chłopakom się należy choć odrobina świątecznego nastroju
Chłopcy stali za jej plecami chudzi, w znoszonych swetrach, cisi.
Adam miał rozterki.
Wypędzić sąsiadkę z synami w sylwestrową noc?
To nie byłoby po polsku.
Wejdźcie, powiedział.
Zaraz zawołam Zośkę.
Zofia wyszła z kuchni, widząc gości, od razu wiedziała: ich spokojny wieczór właśnie się skończył.
Cześć, Marta chłopcy.
Zośka, przepraszam, że tak wpadliśmy, nerwowo ocierała łzy sąsiadka.
Naprawdę nie mamy gdzie pójść.
Dosłownie na dwadzieścia minut
Zofia spojrzała na dzieci.
Nic nie mówili, ale patrzyli na kuchnię, skąd rozchodziły się apetyczne zapachy.
Zapraszam do stołu, powiedziała ciężkim głosem.
Goście weszli i wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko.
Mamo, spójrz!
zawołał starszy.
Ile tu jedzenia!
Czy możemy ikrę?
natychmiast sięgnął młodszy.
Siadajcie, rzuciła sucho Zofia.
Chłopcy usiedli.
Starszy chwycił kawałek kaczki do ręki:
Ciociu Zośka, można?
Nie czekając na odpowiedź, wgryzł się.
Młodszy już pałaszował kanapki z kawiorem.
Pyszne!
oświadczył uradowany.
Mamo, mogę jeszcze?
Marta nie próbowała powstrzymać synów, wręcz sama nakładała im jedzenie:
Jedzcie chłopcy, jedzcie.
W domu tylko makaron zjedliśmy, trzeba porządnie zjeść.
Chłopcy jedli szybko i bez zahamowań.
Starszy pożarł połowę sałatki jarzynowej, młodszy skończył całą ikrę.
Po chwili przyszła kolej na wędliny, sery, szynkę.
Po kilku minutach stół był pusty.
Zofia patrzyła na tę scenę jak na koszmar.
Adam próbował rozładować napięcie:
Ale wy macie apetyt, chłopaki!
Nikt go nie słyszał.
Kaczka znikała kawałek po kawałku.
Czy jest chleb?
zapytał starszy.
Zofia milcząco przyniosła chleb.
Natychmiast zaczęli robić kanapki.
Marta również nie krępowała się nakładała sałatki, próbowała kaczkę, brała kotlety.
Przepraszam, że tak mówiła przez pełne usta ale rozumiecie, dzieci są głodne.
Po dwudziestu minutach świąteczny stół był prawie doszczętnie pusty.
Sałatki zniknęły, kaczka rozebrana, ikra, sery, wędliny, owoce wszystko zjedzone przez niespodziewanych gości.
Zofia siedziała nieruchomo, ze zgaszoną miną.
Dwa dni spędziła w kuchni, wydała sporą sumę złotych, włożyła mnóstwo wysiłku, marząc o spokojnej nocy z mężem.
Otrzymała coś zupełnie innego.
Gdy wybiła jedenasta czterdzieści pięć, Marta wstała od stołu:
Już czas, musimy iść.
Ogromnie dziękuję!
Uratowaliście nas!
Chłopcy też się zbierali.
Młodszy w locie złapał ciastko:
Mogę zabrać to ze sobą?
Weź, odpowiedziała Zofia bez życia, nie patrząc na niego.
Goście wyszli, rzucając zwykłe wszystkiego najlepszego.
Drzwi się zamknęły.
Zofia i Adam zostali sami w kuchni, patrząc milcząc na to, co niedawno było świątecznym stołem.
Na talerzach zostały tylko okruszki, miski puste, owoców brak do ostatniej jagody.
Ocalało jedynie kilka mandarynek w misce.
Widziałeś?
spytała cicho Zofia.
Widziałem, równie cicho odpowiedział Adam.
W pół godziny zjedli wszystko.
Absolutnie wszystko, co przygotowywałam dwa dni.
Zośka
Nawet nie podziękowali porządnie.
Jeden czy drugi, tylko brali, żuli i prosili o więcej.
Adam objął żonę.
Zofia nie płakała tylko patrzyła na puste talerze, próbując ogarnąć to, co się wydarzyło.
Przy dźwięku zegara stuknęli się kieliszkami, ale święto było bezpowrotnie zepsute jak i nastroje.
Następnego dnia Zofia sprzątała kuchnię: myła naczynia, zbierała resztki.
A raczej to, co można było nazwać resztkami.
Wiesz Adamie powiedziała rozumiem, że ludzie mają ciężkie chwile.
Rozumiem, że nie dostała wypłaty.
Ale czemu nie powstrzymała dzieci?
Czemu nie powiedziała: Wystarczy, chłopcy, to nie nasze?
Nie wiem, wzruszył ramionami mąż.
Może naprawdę byli głodni.
Głodni to jedno, odpowiedziała spokojnie.
Chciwość to co innego.
Oni nie jedli oni brali jakby już nigdy nie zobaczą jedzenia.
Adam milczał, a ona kontynuowała:
A Marta siedzi, wzdycha, udaje biedną, a sama podsuwa talerze synom: Jedzcie chłopcy.
A zapomniała o nas?
Co my będziemy jeść?
Wieczorem pierwszego stycznia Zofia spotkała Martę w klatce schodowej.
Tamta radośnie się uśmiechnęła:
Zośka, jeszcze raz wszystkiego najlepszego!
Dziękuję serdecznie za wczorajszą gościnność!
Zofia spojrzała na zadowolone oblicze sąsiadki i coś w niej pękło.
Dzień dobry, odpowiedziała szorstko, mijając ją.
Marta zdziwiona patrzyła za nią.
Zofia wyrzuciła śmieci i wróciła do mieszkania.
Spotkałaś Martę?
zapytał Adam.
Spotkałam.
I jak?
Więcej nie zamierzam się nią zajmować.
Niech szuka innych dobroczyńców.
Minął tydzień.
Zofia kilka razy spotkała sąsiadkę w windzie i na klatce, za każdym razem ignorowała.
Marta próbowała zagadywać ale słyszała tylko ciszę.
Zośka, może przestań się boczyć?
powiedział któregoś dnia Adam.
Ja się nie boczę, odpowiedziała spokojnie.
Po prostu zrozumiałam: litość jest złym doradcą.
Wpuściliśmy, pożałowaliśmy i co?
Skończyliśmy z pustym stołem i zepsutym świętem.
Ale oni naprawdę mieli ciężką sytuację
Adam, spojrzała poważnie trudności nie zwalniają z sumienia.
Można było poprosić o herbatę, trochę jedzenia.
A oni wyczyścili wszystko.
Nawet nie przeprosili naprawdę.
Mąż westchnął ciężko nie było sensu się spierać.
Minął miesiąc.
Stosunki z sąsiadką nie wróciły do normy.
Zofia witała się krótko i bez uśmiechu, czasem przechodziła obok.
Marta narzekała innym, że Zofia zadziera nosa, ale jej to nie obchodziło.
Ten Nowy Rok zapamiętała na zawsze: pusty stół, zadowolone twarze nieproszonych gości i własne uczucie pustki.
Postanowiła: już nigdy nie wpuszczać do domu tych, którzy mylą gościnność z okazją do żerowania.


