Valeria zmywała naczynia w kuchni, gdy wszedł Ivan. Przedtem wyłączył światło. — Jest jeszcze jasno, nie ma co marnować prądu — mruknął ponuro. — Chciałam nastawić pranie — powiedziała Valeria. — Zrobisz to w nocy, kiedy prąd tańszy — odparł sucho Ivan. — I nie puszczaj tak mocno wody, za dużo zużywasz, Valeria. Za dużo. Tak nie wolno. Nie rozumiesz, że marnujesz nasze pieniądze? Ivan zmniejszył strumień. Valeria spojrzała smutno na męża, wyłączyła wodę, wytarła ręce i usiadła przy stole. — Ivan, patrzyłeś kiedyś na siebie z boku? — spytała. — Codziennie patrzę — warknął Ivan. — I co o sobie myślisz? — Jako człowiek? — dopytał Ivan. — Jako mąż i ojciec. — Mąż jak mąż. Ojciec jak ojciec. Normalny. Taki jak inni. Czego chcesz? — Chcesz powiedzieć, że wszyscy mężowie i ojcowie są tacy jak ty? — O co ci chodzi? Chcesz się pokłócić? Valeria wiedziała, że nie ma odwrotu. Ten temat trzeba dokończyć, aż zrozumie, jak męczące jest z nim życie. — Wiesz, czemu jeszcze ode mnie nie odszedłeś, Ivan? — A dlaczego miałbym? — Bo mnie nie kochasz — powiedziała Valeria — i naszych dzieci też nie kochasz. Ivan próbował zaprzeczyć, ale Valeria mówiła dalej: — Nic nie mów. I tak nic nie zmienisz. Powiem ci jedno: jeszcze mnie nie zostawiłeś, bo jesteś za skąpy. Jesteś tak skąpy, że rozstanie to dla ciebie strata pieniędzy. Ile my już razem? Piętnaście lat? Na co minęły te lata? Co osiągnęliśmy, poza tym że ślub i dzieci? Jakie mamy sukcesy po piętnastu latach? — Przecież całe życie przed nami — rzekł Ivan. — Nie całe, Ivan, tylko reszta. Przez cały ten czas ani razu nie byliśmy razem nad morzem. Nie mówię o zagranicy. Nawet w Polsce nigdzie nie pojechaliśmy. Wakacje zawsze spędzamy w mieście. Nawet na grzyby nie jeździmy, bo za drogo. — Bo odkładamy na przyszłość — powiedział Ivan. — My? Może ty? — Dla was się staram — upierał się Ivan. — Dla nas? Naprawdę? Od piętnastu lat bierzesz moje i swoje pieniądze i odkładasz na konto na mnie i dzieci? — A na kogo niby? Dzięki mnie już sporo uzbieraliśmy. — My? Może ty masz na koncie, ale nie ja. Dobrze… Sprawdźmy: daj mi pieniądze, kupię sobie i dzieciom nowe ubrania. Bo od piętnastu lat noszę to, co miałam do ślubu lub co mi żona twojego brata odda, a dzieci wszystko mają po kuzynach. Może przynajmniej zamieszkamy w swoim mieszkaniu, bo mam dosyć życia u twojej mamy. — Mama dała nam dwa pokoje, nie narzekaj. A jeśli chodzi o ubrania, po co wydawać, kiedy dzieci mogą mieć po kuzynach? — A ja? Czyja stara odzież pasuje dla mnie? Żony twojego brata? — Po co ci się stroić? Masz 35 lat! Jesteś matką dwójki dzieci, nie pora na nowe ciuchy. — A o czym mam myśleć? — spytała Valeria. — O sensie życia. Są ważniejsze rzeczy niż ubrania. Duchowy rozwój — o to chodzi. — Rozumiem. Dlatego trzymasz wszystkie pieniądze na swoim koncie i nam nic nie dajesz. Żebyśmy wzrastali duchowo. Dobrze rozumiem? — Bo wam nie można ufać. Zaraz wszystko wydacie. A jak coś się stanie, z czego będziemy żyć? — Kiedy my zaczniemy żyć? Przecież już teraz żyjemy tak, jakby to twoje „a jak coś się stanie” już nastąpiło! Ivan milczał. — Oszczędzasz nawet na mydle, papierze toaletowym i ręcznikach papierowych. Z pracy przynosisz mydło i krem, który wam tam dają. — Grosz do grosza i będzie kokosza. Na wszystkim trzeba oszczędzać. — To chociaż powiedz, ile jeszcze wytrzymać? Dziesięć lat? Piętnaście? Dwadzieścia? Kiedy wreszcie będziemy mogli po prostu żyć? Kupić papier najlepszy? Mam 35 lat i jeszcze czas nie nadszedł? Ivan milczał. — Może czterdzieści? Od czterdziestki można już żyć? Ivan milczał. — Pięćdziesiąt? To może już? Kupić sobie i dzieciom nowe ubrania? Ivan milczał. — Może w sześćdziesiątce się zacznie? Ile wtedy uzbierasz na koncie? Dużo! Wtedy to dopiero będziemy żyć. Ivan milczał. — Ivan, a co jeśli nie dożyjemy tych sześćdziesięciu lat? Przez twoje skąpstwo jemy najgorsze rzeczy i zawsze za dużo, bo tanie jedzenie się je kilogramami. My jemy samą taniochę. Nie myślałeś, jak to szkodzi zdrowiu? Ale najgorzej, że mamy ciągle złe nastroje. Kto długo żyje z takim nastrojem? — Gdybyśmy się wyprowadzili od mamy i lepiej jedli, nie odkładaliśmy byśmy pieniędzy — rzekł Ivan. — Zgadza się. I właśnie dlatego odchodzę. Mam dość ciągłego oszczędzania. Ty możesz odkładać, ja nie chcę. — Jak ty sobie poradzisz? — przeraził się Ivan. — Dam radę. Wynajmę mieszkanie. Starczy mi pensji na ubranie i jedzenie. I najważniejsze, już nie będę słuchać tych twoich wykładów o oszczędzaniu prądu, gazu i wody. Będę prać kiedy chcę i nie będę przeżywać, że zapomnę zgasić światło. Kupię najlepszy papier toaletowy i zawsze będą u mnie papierowe serwetki. I będę kupować w sklepie to, na co mam ochotę, a nie tylko na wyprzedaży. — Ty nie będziesz w stanie odkładać! — Będę, z twoich alimentów na dwójkę dzieci. A może wcale nie będę odkładać. Bo nie chcę — będę wydawać wszystko, co mam. Nawet alimenty. I będę żyła od wypłaty do wypłaty. A na weekendy będę przywozić dzieci do ciebie i mamy. To dla mnie oszczędność — wtedy chodzę do teatru, restauracji, na wystawy. A latem jadę nad morze. Jeszcze nie wiem gdzie — ale postanowię, kiedy się od ciebie uwolnię. Ivan zbladł; w oczach mu pociemniało. Przeliczył w głowie, ile mu zostanie po alimentach i kosztach weekendów, a najbardziej bolały go wydatki Valerii na morze — przecież to jego pieniądze! — Nie powiedziałam najważniejszego — mówiła dalej Valeria. — Konto, na którym masz pieniądze, podzielimy na pół. — Jak na pół? — Po równo. Też je wydam. Przez piętnaście lat trochę tam zebrałeś. I te pieniądze też wydam. Nie będę odkładać na życie. Ja będę żyć już teraz. Ivan bezgłośnie poruszał wargami, nie mogąc wydusić słowa. Strach odebrał mu mowę i paraliżował myśli. — Wiesz, jakie mam marzenie, Ivan? Żeby, kiedy przyjdzie mój czas, nie zostało na moim koncie ani grosza. Wtedy będę wiedzieć, że wydałam na siebie wszystko, co miałam. Dwa miesiące później Ivan i Valeria się rozwiedli.

Waleria stoi w kuchni i zmywa naczynia, kiedy do pomieszczenia wchodzi Jan. Po chwili wyłącza światło.

Przecież jest jeszcze jasno, nie ma co marnować prądu burczy ponuro.

Chciałam nastawić pralkę mówi cicho Waleria.

Zrobisz to w nocy odpowiada chłodno Jan. Wtedy prąd jest tańszy. I nie odkręcaj tak mocno wody, gdy płuczesz. Zużywasz ją stanowczo za dużo, Waleria. Naprawdę za dużo. Tak nie można. Nie rozumiesz, że w ten sposób przepuszczasz nasze pieniądze przez palce?

Jan przykręca kran, a Waleria patrzy na niego ze smutkiem. Wyłącza wodę zupełnie, wyciera dłonie o ręcznik i siada przy stole.

Jan, czy ty kiedykolwiek spojrzałeś na siebie z boku? pyta.

Każdego dnia na siebie patrzę odpowiada z irytacją Jan.

I co o sobie myślisz?

Jako człowieku? dopytuje Jan.

Jako mężu i ojcu.

Mąż jak każdy, ojciec jak trzeba informuje Jan. Normalny facet. Nic nadzwyczajnego. O co ci chodzi?

Uważasz, że wszyscy mężowie i ojcowie są tacy, jak ty? pyta cicho Waleria.

Do czego dążysz, chcesz się pokłócić? odburkuje Jan.

Waleria wie, że nie ma już odwrotu. Ta rozmowa musi się odbyć, aż Jan zrozumie, że życie z nim to jedynie udręka.

Wiesz, Janie, dlaczego jeszcze mnie nie zostawiłeś? pyta Waleria.

A niby czemu miałbym cię zostawiać? odpowiada pytaniem, krzywo się uśmiechając.

Choćby dlatego, że mnie nie kochasz mówi Waleria. I dzieci też nie darzysz miłością.

Jan chce już coś odparować, ale Waleria nie daje mu dojść do słowa.

I nie zaprzeczaj. Nikogo nie kochasz, nie tylko nas. I nie będziemy o tym dyskutować, szkoda czasu. Chcę ci powiedzieć coś innego. Dlaczego przez tyle lat jesteś ze mną i dziećmi?

Więc dlaczego? pyta Jan.

Z czystej skąpstwa odpowiada Waleria. Jesteś tak skąpy, że rozstanie to dla ciebie tylko ogromna strata pieniędzy. Ile to już lat razem żyjemy? Piętnaście? I co przez ten czas osiągnęliśmy? Oprócz tego, że mamy ślub i dzieci?

Całe życie jeszcze przed nami mówi Jan.

Nie całe, Janie. Tylko to, co zostało. Przez te wszystkie lata ani razu nie byliśmy nad morzem na wakacjach. Ani razu! Nawet nie o wyjazd za granicę mi chodzi, ale choćby tu, w Polsce nic. Cały urlop w mieście. Nawet na grzyby za miasto nie pojechaliśmy, bo szkoda pieniędzy.

Bo chcemy zaoszczędzić tłumaczy Jan. Na przyszłość.

Chcemy? parska Waleria. Może ty?

Dla was przecież mówi Jan.

Dla nas? pyta poważnie. Co miesiąc odkładasz pieniądze moje i swoje na konto dla mnie i dzieci?

Oczywiście! Wiesz ile już mamy odłożone? rzuca Jan.

Mamy? Może ty masz coś na koncie wzrusza ramionami Waleria. A może źle to rozumiem Możesz mi dać pieniądze? Chcę kupić nowe ubrania dla siebie i dzieci. Noszę to, co miałam na ślubie piętnaście lat temu, resztę dostaję po żonie twojego brata. Dzieci tak samo, wszystko z drugiej ręki po kuzynach. A najważniejsze! Chcę w końcu wynająć własne mieszkanie. Mam już dosyć życia z twoją mamą.

Mama dała nam dwa pokoje. I powinnaś jej być wdzięczna mówi Jan. A ubrania? Po co wydawać na takie głupoty? Skoro dzieci po kuzynach wszystko mają, to szkoda tracić pieniędzy.

A ja? W czym mam chodzić? Po żonie twojego brata?

Dla kogo masz się stroić? To nawet śmieszne. Jesteś matką dwójki dzieci. Masz trzydzieści pięć lat! Powinnaś o czymś innym myśleć niż o ciuchach.

O czym?

O sensie życia odpowiada Jan. O duchowym rozwoju. Są ważniejsze rzeczy od ubrań, mieszkania i innych babskich pierdół.

Mówisz o duchowości, a wszystkie pieniądze trzymasz na swoim koncie i nam nie dajesz. Żebyśmy mogli się rozwijać duchowo nie wydając ich na materię”? Waleria patrzy w oczy mężowi.

Wy nie możecie dostać, bo zaraz wszystko roztrwonicie krzyczy Jan. A z czego będziemy żyć, gdyby się coś stało? O tym nie pomyślałaś?!

Przeżyć mamy na wszelki wypadek? Dobre sobie, Janie! Ale powiedz, kiedy zaczniemy po prostu żyć? Bo wygląda na to, że według ciebie już trwa ten wypadek.

Jan milczy i patrzy na żonę złym wzrokiem.

Oszczędzasz nawet na mydle, papierze toaletowym i serwetkach. Noszę do domu kremy i mydło z pracy, które przydzielają robotnikom kontynuuje Waleria.

Grosz do grosza, a będzie kokosza mówi sucho Jan. Tak się oszczędza. Przepłacać za kosmetyki, papier czy mydło to głupota.

To powiedz, ile jeszcze mamy czekać? Dziesięć, piętnaście, dwadzieścia lat? Ile będziesz jeszcze zbierał, żebyśmy mogli korzystać z życia? Mam trzydzieści pięć, a nadal za wcześnie?

Jan milczy.

Może w wieku czterdziestu możemy zacząć żyć? pyta drwiąco Waleria.

Jan milczy.

No tak, głupia byłam, kto by w czterdziestce zaczynał korzystać z życia Może pięćdziesiąt lat? Wtedy wreszcie się uda?

Jan nie odpowiada.

A może sześćdziesiąt? Wtedy już pewnie będziemy mieli dużo odłożone! I wtedy mogę kupić sobie i dzieciom nowe ubrania?

Może nie dożyjemy tych sześćdziesięciu Wiesz, Janie, do czego prowadzi twoje skąpstwo? Jemy najtańsze rzeczy, bo takie można jeść bez ograniczeń, ale to szkodzi zdrowiu. I mamy permanentnie kiepski nastrój. Zauważyłeś? Z takim samopoczuciem długo się nie pociągnie.

Jeśli wyprowadzimy się od mamy i zaczniemy normalnie jeść, nie damy rady oszczędzać mówi Jan.

Właśnie dlatego odchodzę oznajmia Waleria spokojnie. Mam już dość odkładania pieniędzy. Nie chcę tego. Ty lubisz to, a ja wolę normalnie żyć.

Jak ty sobie wyobrażasz dalsze życie?! przeraża się Jan.

Jakoś sobie poradzę. Gorzej niż teraz nie będzie. Wynajmę mieszkanie i będę żyć. Moja pensja nie jest niższa od twojej. Starczy i na mieszkanie, i na jedzenie, i na ubrania. A najważniejsze nie będę musiała codziennie słuchać twoich wykładów o prądzie, wodzie i gazie. Pralkę będę włączać w dzień, nie w nocy. I nie będę się martwić, jeśli na chwilę zostawię gdzieś światło. I zawsze kupię najdroższy papier toaletowy. I na stole u mnie zawsze będą papierowe serwetki. I w sklepie będę brać to, co mi się podoba, nie tylko, jeśli jest przecenione.

Przecież nie odłożysz nic na przyszłość! wykrzykuje Jan.

Dlaczego nie? Bardzo chętnie! Wasze alimenty na dwójkę dzieci właśnie będę odkładać. A może i nie, bo przecież szczerze mówiąc, nie chcę już nic więcej odkładać. Całą kasę wydam. Od pierwszego do pierwszego. W weekendy będę przywozić wam dzieci. A sama wtedy pójdę do teatru, restauracji, na wystawę. Latem pojadę nad morze. Jeszcze nie wiem gdzie, może do Ustki, może do Gdańska, może na Mazury. Zobaczę, zdecyduję. Najpierw muszę tylko uwolnić się od ciebie.

Janowi robi się ciemno przed oczami. Wcale nie martwi go Waleria czy dzieci. Przerażony jest wyłącznie o siebie. W myślach przelicza, ile mu zostanie po wypłacie alimentów i kosztach dzieci, które będą przyjeżdżać w weekendy. Najbardziej go boli perspektywa, że Waleria wyda odłożone na konto pieniądze jego pieniądze na podróże i morze.

Nie powiedziałam jeszcze najważniejszego dodaje Waleria. Konto, na którym są oszczędności, podzielimy.

Jak podzielimy? Jan aż nie wierzy własnym uszom.

Równo, na pół wyjaśnia Waleria. I wydam co do grosza. Ile tam przez piętnaście lat uzbierałeś? Pewnie niezła suma. I to wszystko wydam. Nie będę już więcej oszczędzać na życie. Ja będę żyć teraz, od dziś.

Jan porusza ustami, chce coś powiedzieć, ale słowa nie przechodzą mu przez gardło. Ogarnia go panika.

Wiesz, jakie mam marzenie, Janie? mówi Waleria, patrząc na niego spokojnie. Kiedy nadejdzie mój czas odejścia, chcę, by na moim koncie nie było nawet grosza. Wtedy będę wiedzieć, że wszystko, co miałam, wydałam na siebie i swoje życie.

Dwa miesiące później Waleria i Jan są już po rozwodzie.

Rate article
Fajna Tajna
Valeria zmywała naczynia w kuchni, gdy wszedł Ivan. Przedtem wyłączył światło. — Jest jeszcze jasno, nie ma co marnować prądu — mruknął ponuro. — Chciałam nastawić pranie — powiedziała Valeria. — Zrobisz to w nocy, kiedy prąd tańszy — odparł sucho Ivan. — I nie puszczaj tak mocno wody, za dużo zużywasz, Valeria. Za dużo. Tak nie wolno. Nie rozumiesz, że marnujesz nasze pieniądze? Ivan zmniejszył strumień. Valeria spojrzała smutno na męża, wyłączyła wodę, wytarła ręce i usiadła przy stole. — Ivan, patrzyłeś kiedyś na siebie z boku? — spytała. — Codziennie patrzę — warknął Ivan. — I co o sobie myślisz? — Jako człowiek? — dopytał Ivan. — Jako mąż i ojciec. — Mąż jak mąż. Ojciec jak ojciec. Normalny. Taki jak inni. Czego chcesz? — Chcesz powiedzieć, że wszyscy mężowie i ojcowie są tacy jak ty? — O co ci chodzi? Chcesz się pokłócić? Valeria wiedziała, że nie ma odwrotu. Ten temat trzeba dokończyć, aż zrozumie, jak męczące jest z nim życie. — Wiesz, czemu jeszcze ode mnie nie odszedłeś, Ivan? — A dlaczego miałbym? — Bo mnie nie kochasz — powiedziała Valeria — i naszych dzieci też nie kochasz. Ivan próbował zaprzeczyć, ale Valeria mówiła dalej: — Nic nie mów. I tak nic nie zmienisz. Powiem ci jedno: jeszcze mnie nie zostawiłeś, bo jesteś za skąpy. Jesteś tak skąpy, że rozstanie to dla ciebie strata pieniędzy. Ile my już razem? Piętnaście lat? Na co minęły te lata? Co osiągnęliśmy, poza tym że ślub i dzieci? Jakie mamy sukcesy po piętnastu latach? — Przecież całe życie przed nami — rzekł Ivan. — Nie całe, Ivan, tylko reszta. Przez cały ten czas ani razu nie byliśmy razem nad morzem. Nie mówię o zagranicy. Nawet w Polsce nigdzie nie pojechaliśmy. Wakacje zawsze spędzamy w mieście. Nawet na grzyby nie jeździmy, bo za drogo. — Bo odkładamy na przyszłość — powiedział Ivan. — My? Może ty? — Dla was się staram — upierał się Ivan. — Dla nas? Naprawdę? Od piętnastu lat bierzesz moje i swoje pieniądze i odkładasz na konto na mnie i dzieci? — A na kogo niby? Dzięki mnie już sporo uzbieraliśmy. — My? Może ty masz na koncie, ale nie ja. Dobrze… Sprawdźmy: daj mi pieniądze, kupię sobie i dzieciom nowe ubrania. Bo od piętnastu lat noszę to, co miałam do ślubu lub co mi żona twojego brata odda, a dzieci wszystko mają po kuzynach. Może przynajmniej zamieszkamy w swoim mieszkaniu, bo mam dosyć życia u twojej mamy. — Mama dała nam dwa pokoje, nie narzekaj. A jeśli chodzi o ubrania, po co wydawać, kiedy dzieci mogą mieć po kuzynach? — A ja? Czyja stara odzież pasuje dla mnie? Żony twojego brata? — Po co ci się stroić? Masz 35 lat! Jesteś matką dwójki dzieci, nie pora na nowe ciuchy. — A o czym mam myśleć? — spytała Valeria. — O sensie życia. Są ważniejsze rzeczy niż ubrania. Duchowy rozwój — o to chodzi. — Rozumiem. Dlatego trzymasz wszystkie pieniądze na swoim koncie i nam nic nie dajesz. Żebyśmy wzrastali duchowo. Dobrze rozumiem? — Bo wam nie można ufać. Zaraz wszystko wydacie. A jak coś się stanie, z czego będziemy żyć? — Kiedy my zaczniemy żyć? Przecież już teraz żyjemy tak, jakby to twoje „a jak coś się stanie” już nastąpiło! Ivan milczał. — Oszczędzasz nawet na mydle, papierze toaletowym i ręcznikach papierowych. Z pracy przynosisz mydło i krem, który wam tam dają. — Grosz do grosza i będzie kokosza. Na wszystkim trzeba oszczędzać. — To chociaż powiedz, ile jeszcze wytrzymać? Dziesięć lat? Piętnaście? Dwadzieścia? Kiedy wreszcie będziemy mogli po prostu żyć? Kupić papier najlepszy? Mam 35 lat i jeszcze czas nie nadszedł? Ivan milczał. — Może czterdzieści? Od czterdziestki można już żyć? Ivan milczał. — Pięćdziesiąt? To może już? Kupić sobie i dzieciom nowe ubrania? Ivan milczał. — Może w sześćdziesiątce się zacznie? Ile wtedy uzbierasz na koncie? Dużo! Wtedy to dopiero będziemy żyć. Ivan milczał. — Ivan, a co jeśli nie dożyjemy tych sześćdziesięciu lat? Przez twoje skąpstwo jemy najgorsze rzeczy i zawsze za dużo, bo tanie jedzenie się je kilogramami. My jemy samą taniochę. Nie myślałeś, jak to szkodzi zdrowiu? Ale najgorzej, że mamy ciągle złe nastroje. Kto długo żyje z takim nastrojem? — Gdybyśmy się wyprowadzili od mamy i lepiej jedli, nie odkładaliśmy byśmy pieniędzy — rzekł Ivan. — Zgadza się. I właśnie dlatego odchodzę. Mam dość ciągłego oszczędzania. Ty możesz odkładać, ja nie chcę. — Jak ty sobie poradzisz? — przeraził się Ivan. — Dam radę. Wynajmę mieszkanie. Starczy mi pensji na ubranie i jedzenie. I najważniejsze, już nie będę słuchać tych twoich wykładów o oszczędzaniu prądu, gazu i wody. Będę prać kiedy chcę i nie będę przeżywać, że zapomnę zgasić światło. Kupię najlepszy papier toaletowy i zawsze będą u mnie papierowe serwetki. I będę kupować w sklepie to, na co mam ochotę, a nie tylko na wyprzedaży. — Ty nie będziesz w stanie odkładać! — Będę, z twoich alimentów na dwójkę dzieci. A może wcale nie będę odkładać. Bo nie chcę — będę wydawać wszystko, co mam. Nawet alimenty. I będę żyła od wypłaty do wypłaty. A na weekendy będę przywozić dzieci do ciebie i mamy. To dla mnie oszczędność — wtedy chodzę do teatru, restauracji, na wystawy. A latem jadę nad morze. Jeszcze nie wiem gdzie — ale postanowię, kiedy się od ciebie uwolnię. Ivan zbladł; w oczach mu pociemniało. Przeliczył w głowie, ile mu zostanie po alimentach i kosztach weekendów, a najbardziej bolały go wydatki Valerii na morze — przecież to jego pieniądze! — Nie powiedziałam najważniejszego — mówiła dalej Valeria. — Konto, na którym masz pieniądze, podzielimy na pół. — Jak na pół? — Po równo. Też je wydam. Przez piętnaście lat trochę tam zebrałeś. I te pieniądze też wydam. Nie będę odkładać na życie. Ja będę żyć już teraz. Ivan bezgłośnie poruszał wargami, nie mogąc wydusić słowa. Strach odebrał mu mowę i paraliżował myśli. — Wiesz, jakie mam marzenie, Ivan? Żeby, kiedy przyjdzie mój czas, nie zostało na moim koncie ani grosza. Wtedy będę wiedzieć, że wydałam na siebie wszystko, co miałam. Dwa miesiące później Ivan i Valeria się rozwiedli.