Valentina wracała z torbami z Biedronki, trajkocząc z sąsiadką Natalią. Gdy tylko ujrzała pod swoim …

Wiesz, wracam sobie ostatnio z Biedronki, toreb pełne zakupów ledwo trzymam, a obok mnie sąsiadka Grażyna. Wiesz jak to ona, z niczego rozmowę nakręci. I nagle już pod moją bramą stoi wypasiona limuzyna, więc się prostuję dumna jak paw:

Oho, patrz Grażynko, chyba zięć przyszły już z samego rana przyjechał!

Grażyna też zerka na auto, tylko w jej oczach od razu błysk nieprzyjazny.

Oj, już zięciem go nazywasz? Oj Haniu, przecież Zosia to jeszcze nawet oświadczyn nie miała. Zresztą, sprawdzić trzeba, co to za jeden; a nuż oszust albo jakiś przestępca?

Machnęłam tylko ręką, aż mi wargi aż się zacisnęły.

Daj spokój, Graża, do Zosieńki z poważnymi zamiarami jest. Muszę lecieć, czasu nie mam! Gościa do herbaty trzeba czymś uraczyć, a tu akurat dobre Michałki kupiłam.

Podchwyciłam siatki i prawie biegiem do domu. Grażyna za mną patrzy z nosem wykrzywionym.

No jasne myśli. Teraz jasne, po co jej te drogie kabanosy, najlepsze słodycze i ten ser A to ona gościa wita. Tak jej już się spieszy Zosię wydać.

***

W domu uśmiech na szerokość twarzy. Wchodzę, patrzę Zosia siedzi na stołku, tuż obok niej on gość. Zięć przyszły, nachyla się, patrzy jej prosto w oczy. A jak tylko drzwi huknęły od razu się prostuje, odsuwa elegancko. No zakochani, normalnie!

Zachowanie sam szarmancki typ. Przyniósł kwiaty, bombonierkę, perfumy. A mnie to prawie się w pas ukłonił! Gapiłam się na niego cały czas.

Ojej, Zosiu, jaki on przystojny! (później dzieliłam się z córką wrażeniami.) Ma już trochę siwych włosów przy skroniach, ale to tylko dodaje uroku, taki szlachetny Jak arystokrata!

Zosia się śmieje dumnie:

Bo on właśnie taki jest, mamo.

A po co przyszedł? Z prezentami, no i z kwiatami? dopytywałam.

Twarz Zosi od razu posmutniała:

Nie, mamo. Oświadczyn nijakich. Po prostu namawiał mnie do wyjścia do teatru, na randkę do miasta.

Mój uśmiech szybko zniknął.

Aha Namawiał, powiadasz Oj, żeby nie był z tych miejskich przystojniaków. Najpierw nachodzą się po mieście z dziewczynami, a potem na wieś nowych szukają Na randki, ba! Zosiaczku, coś mi się widzi, żeś sobie Kazanowę upolowała. Już drugi miesiąc tu przyjeżdża, a o ślubie ni słowa!

Mamo

Co mamo? Ty już trzydziestka na karku, a on chyba bliżej czterdziestki! Czas byłby się ogarnąć, a on tylko zwodzi Lepiej już niech nie zawraca Ci głowy!

Mamo, daj spokój, sama sobie z tym poradzę!

Cicho, słuchaj matki! Poszłam do niej szybkim krokiem i wyrwałam jej z ręki kawał kabanosa.

Odłóż! Musisz myśleć o sylwetce, jak chcesz za mąż iść! A kabanos kosztowny jutro znowu ten Twój przyjedzie na herbatę, z czym go poczęstuję, jak wszystko zjesz?

Zosia popatrzyła na mnie swoimi cudnie niebieskimi oczami i pyta cichutko:

Mamo A czemu się znowu denerwujesz? Co znowu nie tak?

Schowałam kabanosa do lodówki, zabrałam talerz z serem i nawet miseczkę z czekoladkami jej sprzed nosa też wzięłam. Popatrzyłam skrzywdzona i burknęłam:

Boję się! Chodzi tu do nas, całe osiedle widzi, że do Ciebie przyjeżdża, a potem jeszcze się rozmyśli i kto cię potem weźmie?! Już i tak po wsi gadają, że stara panna.

A jak po wszystkich tych wyjazdach tego arystokraty nikt już nie trafi do naszego domu!

Nie dramatyzuj, mamo roześmiała się Zosia. Nigdzie się przede mną nie schowa, zobaczysz.

***

Za tydzień siedziałam i pakowałam Zosi walizkę, a łzy leciały mi ciurkiem. Myślałam, że córka taka niewinna, a tu proszę! Zosia w ciąży! Na pytanie kiedy się zdążyło, tylko się uśmiechała zawadiacko:

No bo on mnie woził do lasu na jagody. Czekał cierpliwie pod lasem, żeby mnie z powrotem zabrać. Strasznie mu się spodobałam No jestem przecież ładna.

No tak, no tak nie ogarniałam. Ale co, w lesie? Opowiadaj, cwaniaro! Muszę wiedzieć, gdzie przegapiłam moment w Twoim wychowaniu!

A Zosia chrupa kabanosa, ser też pyka i tylko się śmieje:

Nieważne, mamo Najważniejsze, że biorę ślub!

Ale wesele będzie porządne! Cała rodzina musi być, pamiętaj! swoje powtarzałam zawzięcie. O matko, jak ja cię puszczę do obcych stron? Jesteś moim oczkiem w głowie.

No przecież będę często wpadać, mamusiu

Do domu już dobiegli sąsiedzi, hałas, krzyki, wszyscy coś chcą:

Hanka, mówią, Zosia za mąż idzie, a Ty nam nic?!

Wyjeżdża już! latałam po domu zbierając wszystko.

O, my bez prezentów, trzeba było uprzedzić!

Nie trzeba, ona tylko do miasta, z narzeczonym!

Ależ radość!

***

Pojechała moja jedyna, Zosia, z ukochanym do miasta. Dzwoniła, opowiadała, jaką to willę ma jej Pawał przyszły mąż w samym centrum Poznania. Ja sobie tylko głowę suszyłam, kiedy wesele. Najpierw miesiąc, później drugi, potem pół roku Aż pewnego dnia Grażyna przybiega zadyszana i mówi, że widziała gdzieś w mieście Zosię z wózkiem. Myślałam, że zemdleję.

Z wózkiem?! Ale jak to?

Nie pamiętam nawet jak się ubrałam, jak wyskoczyłam na autobus i dojechałam do Poznania. Zosieńka ma dziecko, a mnie nawet nie powiedziała! Jaka radość, a jaka złość!

Dzwonię pod dworcem. Fajnie, bo w mieście przynajmniej zasięg jest, a wieś to już czasem lipa. Zosia długo nie odbierała, aż mi ciśnienie podskoczyło.

No gdzie jesteś? krzyczę, że wszyscy się gapią. Czekam na dworcu, przyjeżdżaj i powiedz mi, jak to możliwe, że urodziłaś, a ja nic nie wiem?!

Przyjechała, sama, taksówką. Oczy w podłogę.

Mamo, wybacz, nie było kiedy tłumaczyć. Urodziłam córeczkę, nazwałam ją Weroniką. Strasznie podobna do Ciebie

Mieszkamy w domu Pawła. Piękny dom, mamo.

No i?

Patrzę na nią zły, ale i dumny.

Powiedz szczerze, wstydzisz się mnie?

Zosia zbladła:

Nie, no co Ty, mamo! W życiu. Tylko Paweł mieszka z matką. Ten dom, ta cała willa to jest jej. Paweł robi wszystko pod jej dyktando. I ona nie pozwala mu się ze mną ożenić.

***

Weszłam do tego domu przekonana, że już ja tu zarządzę. Jak to tak, syn przywozi ukochaną z brzuchem, a matka na ślub nie pozwala?!

Nie patrząc ani na Pawła, ani na małą, którą wręczała mi córka, poszłam szukać mamusi. Siedziała na górze w salonie i coś klasycznego na pianinie pobrzękiwała.

Chrząknęłam znacząco, ale kiedy zero reakcji, podeszłam i klap zamknęłam klapę od pianina.

Naburmuszona pani domu patrzy na mnie twardo:

Co tu się dzieje? Kim pani jest?

Ja jestem mama Zosi! prawie krzyknęłam. I nie wstyd ci grać na fortepianie, jak tu dziecko spać próbuje?!

Weronika? Już się wyspała rzuciła przez zęby. To jeszcze nie wiadomo, kto tu komu przeszkadza.

Przeszkadza ci dziecko? pytam zaskoczona. Przecież jest sposób: można się wyprowadzić do własnego mieszkania i spać spokojnie, co?

Czemu ja mam się wyprowadzać ze swojego domu, proszę pani?

Bo przeszkadzasz młodym.

Ach, to ja przeszkadzam?! Przecież ja ich do niczego nie zmuszam. Drzwi otwarte, mogą się wynieść!

Czyli wnuczka ci wisi? dziwię się.

Pani domu patrzy na mnie zimno.

Jak się pani nazywa? Hania? Bardzo miło. To powiedz Haniu, czemu mam się troszczyć o Twoją córkę i wnuczkę, skoro Ty i Paweł jesteście? Ja już dałam Zosi najważniejsze: mojego syna! Ale widzę, że to za mało. Jak będziesz mi podskakiwać, to zadzwonię tam, gdzie trzeba, i wyniosą cię stąd! A jak cię porządnie wkurzę, to wrócicie na wieś w czwórkę: Ty, córka, wnuczka i Paweł.

Na krzyki wbiega Paweł, podbiega, przekonywuje:

Proszę, Haniu, Zosia już przygotowała herbatę, napij się, odpocznij po podróży.

***

No, powiem Ci, herbata, choć z nerwami, trochę uspokaja. Siedzimy, pijemy ja zerkam na tę drugą przez ramię, ona tylko się uśmiecha złośliwie.

Siedzę i myślę: jasne, może i mnie przetrwasz, ale ja się nie dam.

Widzę Paweł cały spięty, pod stołem Zosi klepie w udo, marszczy brwi: Za dużo Twoja matka, pogadaj wreszcie z nią! Zosia wie, że pora na poważną rozmowę.

Mamo! zamknęła się ze mną w gabinecie, kiedy tamta znowu rzucała pasaże na pianinie. Musimy pogadać.

O czym? prawie się obraziłam. Przecież widać, że nie daje się wam spokoju ta teściowa twoja. Wodzi was, jak chce!

Mamo ona nie jest moją teściową, tylko żoną Pawła. Kiedyś była jego pierwszą i jedyną. Oni oficjalnie dalej są małżeństwem!

Wiesz, oniemiałam, nie mogłam w ogóle na nią patrzeć.

Jak to możliwe?

Zosia patrzy na mnie smutno:

No, Paweł jest taki bogaty dzięki niej. Ożenił się z nią dwadzieścia lat temu, ona już wtedy miała prawie pięćdziesiątkę. Dzieci nie ma, nawet nie chciała mieć

A ja nie kumałam, gdzie trafiłam. Tu złote tapety na ścianach, grube aksamitne zasłony, meble jak z żurnala. Książek pełne półki, można zwariować cała biblioteka w domu! To wszystko jej.

No widzisz, mamo Ja na początku nie wiedziałam, Pełniłam tu rolę dziwnej współlokatorki. Potem Paweł przyznał się, jaka jest prawda.

Ale świnia! aż furknęłam. Po co Ci taki?

Bo chce dzieci i rodzinę. A ona nawet nie chciała próbować Paweł się długo męczył, aż w końcu pozwoliła mu mieć kogoś na boku. Czyli mnie. Prawda jest taka, że od dawna nie mają normalnego związku, mieszkają jak sąsiedzi.

Wystarczy tej telenoweli, pakuj się, zabieramy Weronikę i wracamy na wieś!

Ale Zosia tylko zadarła nos:

Wykluczone, mamo! Ja tu zostaję z Pawłem, jest mi tu dobrze. Może kiedyś zostanie wdowcem i wtedy mnie poślubi.

A przez ten czas będzie Ci krew psuć.

Niech i będzie, to moje życie, sama je wybrałam.

No to siedź tu jak lokatorka bez praw, a ja wracam do siebie! Odeszłam obrażona.

***

Dni dłużyły mi się bez sensu. Przychodziłam pogadać do Grażyny, bawiłam się z jej wnukiem, wspominałam Zosieńkę i Weronikę W końcu nie wytrzymałam. Stanęłam pod domem Zosi, schowana za bramą, i obserwuję. A tam moja Weronisia już całkiem duża, biega z dwoma pudlami po ogrodzie i krzyczy: Babciu! Babciu! i woła tamtą! Tę żonę Pawła!

No szlag by to. Zazdrość taka, że nic, tylko wybiec z cienia. I pobiegłam w te pędy do bramy.

***

Nie wyrzuciła mnie z domu. Pani domu tylko mruknęła: Willa duża, pokoi starczy.

Nie kłóciłyśmy się już, tylko czasem ciętą docinką się przywitałyśmy, pielenie kwiatów czy zabawa z Weroniką już we dwie:

No przyszłaś, przestraszyłaś się, że krzywdzę Twoją córkę? I dobrze, Twoja córka to mięczak, trzeba ją bronić.

Jak zechcę, wywlokę ją stąd w każdej chwili, a mogłabym nie wywalać. Pewnie po ojcu odziedziczyła charakter, nie po Tobie

Zaraz dostaniesz szmatą po oku, choćbyś i panią willi była! I co znaczy słaba? mruczałam pod nosem.

Bo to Ty tu przyleciałaś, a nie córka do Ciebie. A mogłaś mieć twardszy charakter.

Akurat! Ja dlatego tu zamieszkałam, bo patrzę, że z Tobą coraz gorzej, niedługo będziesz odejdziesz, a wtedy trzeba będzie nocnik nosić. Wiec mnie to nie przeszkadza, byle nie Zosia.

Ha, zabawna jesteś. Ja się dobrze czuję, jem zdrowo, lekarze najlepsi, nigdy nie miałam dzieci, żadnego stresu Skąd wzięłaś, Haniu, że umrę pierwsza?

Rate article
Fajna Tajna
Valentina wracała z torbami z Biedronki, trajkocząc z sąsiadką Natalią. Gdy tylko ujrzała pod swoim …