Urodziła się dziewczynka, ale niezwykle kłopotliwa – tak bardzo, że lekarze zaczęli namawiać rodziców do podpisania zrzeczenia się opieki.

Wszystko było okropnie dobrze. Badania USG pokazały, że dziecko jest zdrowe jak rydz, choć sam poród był niczym maraton przez Góry Świętokrzyskie trudny i wyboisty. Urodziła się dziewczynka, ale… komplikacje przyszły razem z nią. Tak poważne, że lekarze zaczęli mnie przekonywać, żebym się poddała.

Mała wylądowała w inkubatorze. Gdy mój mąż, Janusz, przyszedł w odwiedziny, ordynator szpitala wypalił prosto z mostu, że to dziecko nie przeżyje, i tylko będzie ciężarem. Janusz długo się wahał, aż w końcu zdecydował, że lepiej zrezygnować i nie zmarnować sobie życia. Ja siedziałam w ciszy byłam jak cień, pogrążona w depresji.

Tuż przed wypisem powiedziałam jednak stanowczo: Nie oddam swojej córki. Janusz spakował manatki i wyszedł. Wróciłam z małą do pustego mieszkania. Nasza codzienność to była wędrówka po szpitalach, gabinetach lekarzy, łapanie każdej szansy jak pierogi na stole. I… zaczęły pojawiać się efekty.

Spotkałam na swojej drodze wiele matek z chorymi dziećmi wspierały mnie, jak tylko mogły. Pewnego dnia w szpitalu natknęłam się na pana Zbyszka. Opowiedział mi swoją historię: żona zostawiła go dla młodego kochanka, dzieci nie mieli, więc żył sam jak palec.

Zbyszek spojrzał na moją córkę z taką czułością, że aż mnie zatkało i łzy zaczęły kapryśnie ciekły po policzkach. Pomagał mi, czym tylko mógł swoim doświadczeniem, kontaktami, nawet pieniędzmi (nie oszczędzał złotówek na dobre sprawy). Z czasem staliśmy się nierozłączni jak barszcz z uszkami. Wzięliśmy ślub.

Dziś moja córka, Kasia, jest prawie całkiem zdrowa. Trenuje sport na mistrzowskim poziomie. A do naszej rodziny dołączył mały chłopiec, nasz syn Piotruś.

Rate article
Fajna Tajna
Urodziła się dziewczynka, ale niezwykle kłopotliwa – tak bardzo, że lekarze zaczęli namawiać rodziców do podpisania zrzeczenia się opieki.