Wyobraź sobie, że pewnego dnia życie Staszka całkowicie się rozsypało. Wracał wieczorem z pracy do swojego mieszkania na Mokotowie wtedy była zima, wszędzie leżał śnieg, a planowali z żoną wyjazd w Tatry na narty. Przed nim była perspektywa nowej posady miał niedługo objąć stanowisko dyrektora w dużej firmie, pensja robiła wrażenie, ludzie mu zazdrościli. Weekendy spędzał z ekipą jeszcze z liceum, regularnie przesiadując w knajpach w centrum Warszawy.
I wiesz co? W jednej chwili wszystko diabli wzięli. Samochód wypadł z zakrętu i rozbił się o barierki. Obie nogi miał dosłownie roztrzaskane. Po ciężkiej operacji lekarze złożyli je z powrotem, jak puzzle, i po kilku tygodniach wypisali go ze szpitala. Co mu zostało? Modlitwa, trochę szczęścia i ból, który nie opuszczał nawet w nocy. Tylko silne zastrzyki pozwalały mu czasem na kilka godzin snu.
Przez dwa miesiące Staszek leżał przykuty do łóżka. Sam nawet do łazienki nie mógł, korzystał z kaczej. Tu podziękowania dla Hani, jego żony niosła ten ciężar bez słowa pretensji, codziennie. Gdy w końcu po kilku tygodniach nauczył się jakoś wstać i stanąć na chodziku, ból wracał z podwójną siłą.
A zastrzyki w brzuch, te na zakrzepy, to osobna historia. Wiesz, to taki dziwny rodzaj bólu nie możesz kichnąć, kaszlnąć, ani nawet normalnie do łazienki pójść. To wyprowadza z równowagi. Cierpliwość topnieje w ekspresowym tempie.
Mijały tygodnie, aż Staszek powoli nauczył się znowu chodzić. Powolutku, chwiejnym krokiem, ciągle z obawą, że zaraz się przewróci. Ale była poprawa.
A ludzie? Tu zaczyna się znana historia koledzy nagle przestali dzwonić, nie pytali co u niego, nawet sms-ów nie było. W pracy na stanowisku dyrektora już ktoś się zadomowił. Czy to kiedyś się skończy? Było mu ciężko uwierzyć, że jego życie się jeszcze odmieni.
Na szczęście Hania została przy nim. To chyba jedyna prawdziwa, niewypowiedziana wdzięczność, jaka go spotkała.
Gdy Staszek w końcu, podtrzymując się o kulach i pod czujnym okiem Hani, wywlókł się pierwszy raz na podwórko, słońce przywitało go ostrym, niemal bolesnym światłem. Nawet zaciął się, próbując złapać głęboki oddech, aż popłynęły łzy. Poczuł się jak nikomu niepotrzebny kaleka o dwóch kijach pod pachami. Tyle zostało po dawnym Staszku.
Hania dała mu chwilę samotności, a on starał się zrobić kilka kroków, krzywiąc się od słońca i próbując przyzwyczaić do powiewu wiosennego wiatru.
Słyszy wtedy, że pod lewą kulą coś miauczy. Spogląda a tam szare, chude kociątko.
Czego chcesz, malutki? pyta. Zwierzęta wcześniej kompletnie go nie interesowały, nie miał pojęcia, jak się nimi zajmować. Mały kotek spojrzał na niego żałosnym wzrokiem i cichutko poprosił o coś do jedzenia.
Przynieś mu, proszę, mielonego mówi do Hani.
Gdy wróciła, zgiął się z trudem w pół i podał kotu smakołyk. Kociak rzucił mu szybkie, badawcze spojrzenie i zabrał się do jedzenia.
Następnego dnia, kiedy wyszli na świeże powietrze, spotkała ich niespodzianka czekały już trzy koty.
No nieźle, ekipa rośnie uśmiechnął się Staszek.
I wtedy choć na minutę ból go puścił. Hania kręciła nosem, ale jednak przyniosła kolejne trzy mielone. Znowu się schylił, mimo że wszystko go bolało, i rozdał kotom jedzenie.
Trzeciego dnia było ich już pięciu i przyszły do tego dwie małe kundelki. Hania na głos przeklinała cały ten zwierzyniec, ale Staszek uprosił ją, żeby skoczyła po kilogram parówek do Żabki za rogiem. Każdemu rozdzielił równo. Potem wszystkie ogoniaste biegały wokół jego kul jakby zapraszały go do zabawy. Sam się z siebie śmiał, choć w oczach miał łzy, i przeszedł parę kroków. Psiaki aż szczekały z radości.
Następny dzień? Siąpił deszcz i to porządny, a żona już poważnie groziła, że zabierze mu kule. Staszek się uparł i sam zszedł na dół pierwszy raz od miesięcy bez czyjejkolwiek pomocy.
Przecież czekają na mnie tłumaczył Hani. Nie mogę ich zawieść.
Oczywiście, piątka kocurków i dwa radosne psy biegały wokół niego, a on śmiał się i zapominał o całym swoim nieszczęściu. Padał ciepły, wiosenny deszcz, a Staszek w kurtce i z kulami gonił te kundelki, jakby znowu był dzieciakiem.
Hania stała wtedy pod daszkiem z parasolem, obserwowała całą scenę i, wiesz co, pierwszy raz widziałem u niej taki szeroki uśmiech
Czas płynął, kule z dwóch zrobiły się jedną, aż w końcu i ta okazała się niepotrzebna przeszkadzała podczas pogoni za zwierzakami. I nagle zauważył, że nogi już od dawna zupełnie go nie bolą.
Do pracy już nie wrócił. Nikt nie chciał kulowego przesiadywacza na etacie. Dostał solidną odprawę ponad 80 tysięcy złotych! i rozstał się z firmą za porozumieniem stron. Nadszedł wreszcie czas, by coś napisać. Chciał opowiedzieć swoją historię.
Wyszła z tego, co ciekawe, całkiem niezła sztuka teatralna. Poszedł z nią do kilku teatrów, są teraz w Warszawie i takie, i takie miejsca, ale wszystko na nic tylko jeden mały, osiedlowy teatrzyk w piwnicy odpowiedział.
Po tygodniu dzwoni do niego reżyser:
Wchodzimy w to! Tylko sporo trzeba skrócić, trochę poprzerabiać.
Siedzieli nad tym tekstem po nocach, kłócili się o każde słowo czerwone od nerwów uszy i nieprzespane noce. Po miesiącu przyszła chwila premiery.
Mała widownia piętnaście osób. Ale dla Staszka to była cała sala wszechświata. Stres taki, że nie miał odwagi spojrzeć publiczności w oczy. Nastała cisza po ostatniej scenie, wyjątkowo ciężka i przykra. Myślał, że tak już zostanie aż nagle rozległy się brawa, takie prawdziwe, z głębi serca! Aktorzy, rozpromienieni, kłaniali się i schodzili po kilka razy z ukłonami.
Drugi spektakl? Komplet! Ludzie stali w przejściach, siedzieli na schodach. Oklaski nie dawały się uciszyć. Tyle pozytywnej energii spadło wtedy na Staszka, że poczuł się kimś ważnym.
Po paru tygodniach teatr wynajmował już scenę w centrum miasta. Sztuka szła, widownia wracała, tłum teatromanów szukał w jego historii nadziei i sensu.
Staszek kupił sobie naprawdę elegancki garnitur i na pokłon za każdym razem wychodził z Hanią. Bo jakże mogłoby inaczej? Bez niej nic by się nie udało.
A co ze zwierzakami z podwórka? Otóż dwie suczki i dwa kotki zamieszkały z nimi, a reszta znalazła domy u fanów sztuki Staszka.
O czym jest ta historia? Tak naprawdę o niczym. A może może o tym, że ważne jest mieć obok siebie parę par wierzących oczu nadziei wtedy już nie da się tak po prostu się poddać. Musisz iść dalej, krok po kroku, nawet gdy wydaje się, że nie dasz rady.



