Dziennik, 15 maja
Telefon zadzwonił o świcie. Jadwiga, jeszcze półprzytomna, usłyszała w słuchawce ochrypły, nerwowy głos Krzysztofa:
— Jadźka… Ja… Muszę ci coś powiedzieć… — Zawiesił głos, jakby szukał słów. — Wszystko przemyślałem… Nie jestem gotowy. Rozumiesz? Nie mogę się ożenić. Pogubiłem się. Sam nie wiem, co teraz czuję.
Jadwiga zdrętwiała. Serce waliło jej w uszach. Wypowiedziała z wysiłkiem:
— Na poważnie? Tydzień przed ślubem?
— Ślubu nie będzie — odciął stanowczo, jakby ćwiczył te słowa.
— Co?! — wyszeptała.
— Chcę zacząć od nowa. Kariera, cele. A ty… jeszcze będziesz szczęśliwa. Zasługujesz na więcej.
Pstryk. Rozłączył się.
Jadwiga siedziała nieruchomo. Wstała wreszcie, jak we śnie, podeszła do kredensu, wyciągnęła butelkę wiśniówki. Piła prosto ze szklanki. Bez przekąski. Bez smaku. Bez myśli.
A potem… krzyknęła tak, że ściany zdawały się drżeć.
Ich historia trwała cztery lata. Wydawało się, że to miłość. Prawdziwa. Poznali się przypadkiem — Jadwiga przyniosła laptop do serwisu, Krzysztof naprawiał. Gdy oddawał, poprosił o numer. Po paru dniach zaprosił na kawę. Zgodziła się. I potoczyło się.
Pół roku później wyznał: chce wyjechać za granicę. Tam, mówił, są perspektywy.
— Pojedziesz ze mną? — spytał wtedy, niemal nie wierząc, że się zgodzi.
A ona pojechała.
Zostawiła wszystko — pracę, przyjaciół, rodzinę. Bo kochała. Bo wierzyła. Bo on był dla niej całym światem.
Wyjechał pierwszy, by „ogarnąć sprawy”. Spotkał ją na lotnisku — bez kwiatów, bez uśmiechu, z gasnącym spojrzeniem.
— Nie cieszysz się? — szepnęła.
— Nie, po prostu zmęczony. Kłopoty.
Zabrał ją nie do mieszkania, lecz do hostelu, do pokoju odgrodzonego zasłoną.
— Myślałam, że wynająłeś coś…
— Najpierw wynająłem — mamrotał. — Pieniądze się skończyły. Pracy nie mogę znaleźć.
Jadwiga przytuliła go. Powiedziała: damy radę. I poszła pracować. Nie w zawodzie, tylko tam, gdzie ją przyjęli. Sprzątała, myła okna, wyprowadzała psy. Brała dodatkowe zlecenia.
I jemu pomogła. Porozmawiała z klientem, przekonała. Dali Krzysztofowi szansę.
Ruszyło. Stanęli na nogi. Wynajęły mieszkanie. Snuli plany. Myśleli o dzieciach.
Ale Krzysztof nigdzie nie zagrzał miejsca. Zwalniali go szybko. Jadwiga ciągnęła wszystko sama. Znowu hostel, znowu poszukiwania. Ona — pracowała. On — szukał siebie.
— Krzyś, może dość? — pewnego dnia wybuchnęła. — Dwa lata żyjemy jak włóczędzy. W domu mieliśmy życie. Tu — przetrwanie. Wracajmy.
Milczał. W końcu skinął głową. Miesiąc później byli w Polsce.
Jadwiga wróciła na stare stanowisko. Przyjęli ją z otwartymi ramionami. Krzysztofa zatrudnili na próbę. Dał radę. Cieszył się jak dziecko.
Po paru tygodniach zapytał: złożymy papiery do USC?
Jadwiga promieniała. Przygotowywali wesele. Mieszkała u rodziców. O wspólnym lokum przed ślubem nawet nie rozmawiali.
— Rodzice nie akceptują związków na kocią łapę — tłumaczyła.
— A za granicę to mogłaś lecieć? — drwił.
— Powiedziałam, że do koleżanki. Nie przyznałam się.
Śmiał się. Ona — marzyła.
Ale wkrótce wciągnął go nowy projekt. Przez dwa tygodnie nie dzwonił. Nie pisał. W końcu uświadomił sobie: nie tęskni.
— A ja chciałem się żenić… — pomyślał. — Po co? Na zawsze? Czy na pewno tego chcę?
Zdecydował się. Zadzwonił.
Po tamtym ranku Jadwiga wzięła zwolnienie. Leżała tydzień w łóżku. Płakała. Nie jadła. Nie funkcjonowała.
Aż przyszła złość.
— Zgubił się? Nie wie, co czuje? — syczała w pustkę. — A ja? Ja, która za nim poleciałam na zI tak została sama — ale po raz pierwszy od dawna poczuła, że to wcale nie jest klęska, tylko nowy początek.



