Telefon zadzwonił wczesnym rankiem. Jagoda, jeszcze nie do końca przebudzona, usłyszała w słuchawce ochrypły, nerwowy głos Marka:
— Jagoda… Ja… Muszę ci coś powiedzieć… — zawiesił głos, jakby szukał słów. — Wszystko przemyślałem… Nie jestem gotowy. Rozumiesz? Nie jestem gotowy na ślub. Pogubiłem się. Sam nie wiem, co teraz do ciebie czuję.
Jagoda zastygła. Serce waliło jej w uszach. Wypowiedziała ledwie słyszalnym szeptem:
— Mówisz poważnie? Tydzień przed ślubem?
— Ślubu nie będzie — wyrecytował twardo, jakby ćwiczył tę scenę w głowie.
— Co?! — wykrztusiła.
— Chcę zacząć nowe życie. Kariera, cele. A ty… ty jeszcze będziesz szczęśliwa. Zasługujesz na więcej.
Pstryk. Rozłączył się.
Jagoda siedziała nieruchomo. Wstała jak automat, podeszła do szafki, wyjęła butelkę whisky. Piła prosto ze szklanki. Bez przekąski. Bez smaku. Bez myśli.
A potem… wrzasnęła tak, że ściany jęknęły z bólu.
Ich historia trwała cztery lata. Wydawało się, że to miłość. Prawdziwa. Poznali się przypadkiem – Jagoda przyniosła laptop do naprawy, Marek go naprawiał. Kiedy oddawał, poprosił o numer. Po kilku dniach zaprosił na randkę. Zgodziła się. I tak się zaczęło.
Po zaledwie pół roku wyznał: chce wyjechać za granicę. Tam, mówił, są większe możliwości.
— Pojedziesz ze mną? — spytał wtedy, niemal nie wierząc, że się zgodzi.
A ona pojechała.
Rzuciła wszystko – pracę, przyjaciół, rodzinę. Bo kochała. Bo wierzyła. Bo on był dla niej całym światem.
Wyleciał pierwszy, żeby “ogarnąć sprawy”. Spotkał ją na lotnisku – bez kwiatów, bez uśmiechu, zgaszony.
— Nie cieszysz się? — spytała cicho.
— Nie, po prostu jestem zmęczony. Problemy.
Zabrał ją nie do mieszkania, ale do hostelu, do pokoju oddzielonego zasłoną.
— Myślałam, że wynająłeś coś…
— Najpierw wynająłem — mruknął. — Pieniądze się skończyły. Pracy nie mogę znaleźć.
Jagoda go przytuliła. Powiedziała: damy radę. I zaczęła pracować. Nie w zawodzie, ale gdzie się dało. Sprzątała, myła okna, wyprowadzała psy. Dorabiała, gdzie tylko mogła.
I go też ustawiła. Porozmawiała z klientem, przekonała. Marek dostał szansę.
Szło lepiej. Stanęli na nogi. Wynajęli małe mieszkanie. Marzyli o przyszłości. Myśleli o dzieciach.
Ale Marek nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej. Zawsze coś szwankowało. Jagoda ciągnęła wszystko sama. Znowu hostel, znowu szukanie. Ona pracowała. On – szukał siebie.
— Marek, może wystarczy? — pewnego dnia nie wytrzymała Jagoda. — Już prawie dwa lata żyjemy jak włóczędzy. W Polsce mieliśmy życie. Tu – przetrwanie. Wracajmy.
Milczał. W końcu skinął głową. Miesiąc później byli w domu.
Jagoda wróciła na poprzednią pracę. Przyjęli ją z otwartymi ramionami. Marka wzięli na próbę. Dał radę. Cieszył się jak dziecko.
Po kilku tygodniach zapytał: idziemy do urzędu stanu cywilnego?
Jagoda promieniała. Szykowali się do wesela. Mieszkała u rodziców. O zamieszkaniu razem przed ślubem nie było mowy.
— Moi rodzice nie uznają konkubinatów — tłumaczyła.
— A za granicę to mogłaś lecieć? — śmiał się ironiczOna tylko wzruszyła ramionami, bo wiedziała, że wtedy kierowało nią coś silniejszego niż rozsądek – miłość.



