Dawno, dawno temu, we wsi pod Łomżą, żyła sobie babka Jadwiga. Miała ona starego kota, zasłużonego kocura imieniem Wacek. Oj, wiele triumfów miał ten kot na swoim koncie niejedną wiejską kotkę zdobył, niejednego kocura przegonił i mnóstwo myszy na poddaszu pochwycił. Lata jednak leciały, i kocisko stary już się zrobił, nie dało się tego ukryć. Dwadzieścia lat przeżył bez generalnego remontu, co we wsi było rzadkością.
Kiedy więc pewnego ranka znalazła babka Jadwiga swego Wacka leżącego spokojnie i bez tchu na piecu, zawinęła go w czysty biały ręcznik, złapała łopatę i ruszyła za ogród, żeby go godnie pochować. Jej mąż, Stanisław Franciszek, coś tam dłubał w piwnicy po drugiej stronie podwórka młotkował, podśpiewując pod nosem, a czasami i przeklął soczyście.
Odprawiwszy ostatnie modły nad grobem kocura, babka Jadwiga zasypała dołek i ruszyła w stronę domu, dźwigając ubłoconą łopatę na ramieniu. Akurat przechodziła obok sąsiadka pani Halina, kobieta z miasta, tamtej Warszawy przyjechała.
Szczęść Boże, Jadwigo Mateuszowa! zawołała Halina, pytając z grzeczności: Cóż tam porabiasz o poranku?
A cóż mam robić westchnęła babka Jadwiga. Wacek mój ukochany już swoje wycierpiał. Pan Bóg zabrał staruszka. Popłakałam i pochowałam go za ogrodem.
Halina z wrażenia aż się zatrzymała, bo przecież wczoraj widziała Stanisława Franciszka w sklepie: cukru kupował, papierosy “Klubowe” i półlitrówkę żytniówki brał.
Ale jak to? wykrzyknęła. Twój Stasiek nie żyje? Tak niespodziewanie? Przecież dopiero go widziałam!
No tak pokiwała Jadwiga głową. Wczoraj jeszcze śmigał jak młodzieniaszek, cały dzień wesół, nawet śledzia całego zjadł. Nawet wieczorem leżeliśmy jeszcze razem na tapczanie…
Halina coraz szerzej otwierała oczy.
A dziś rano już posmutniał, słabować zaczął dokończyła Jadwiga. Położył się na ławie, coś pomruczał i wyzionął ducha.
Halina odruchowo się przeżegnała.
Ot, jak się to czasem zdarza westchnęła. Był Stasiek i go nie ma. Ale powiedz, po cóż ci łopata?
No jak to po co? odparła Jadwiga. Przecież mówiłam, za ogrodem go pochowałam. W białe płótno zawinęłam, gałązkę posadziłam, żeby potem nie zapomnieć miejsca.
Halina, choć była z miasta, nie znała wiejskich zwyczajów i aż się zdziwiła.
Ty to obrotna, Jadwigo! wymamrotała zaskoczona. Sama pochowałaś? A nie trzeba przypadkiem komuś zgłosić no chociaż sołtysowi, żeby odnotował śmierć?
Tym razem to Jadwiga popatrzyła na Halinę jak na dziecko.
Ty to do rzeczy gadasz! zaśmiała się. Stasiek orzeł był, ale żeby do każdego Staśka ścigać policjanta? To może prokuratora z Łomży zawołać od razu?
Halina zamilkła speszona. Jadwiga przełożyła łopatę na drugie ramię.
Może w mieście u was tak się przyjęło dodała pojednawczo. U was same mądre głowy, pełno urzędów, adwokatów i radców A u nas, na wsi, po swojemu. Umarł Franek trudno, łopatę chwyć i kop. Miejsca za ogrodem dostatek.
O rety… wymamrotała Halina. Czuję, że jeszcze wiele nie wiem o tej waszej wsi. Ale czemu za ogród, w pokrzywy? Nie można normalnie, na cmentarzu?
Niecierpliwość zaczęła w Jadwidze narastać.
A gdzie ja miałam go nieść, jak skonał? odparła zniecierpliwiona. Na cmentarz z porządnymi ludźmi? Za dobrze by miał. Od zawsze za ogrodem chowam.
Halina nieśmiało przysiadła na kawałku pnia. Łopaty w rękach Jadwigi wolała nie oglądać.
Oj, sąsiadko, powiedziała w końcu. I co, wielu już za ogrodem pochowałaś?
Ano, kilku, zamyśliła się Jadwiga. Przed Wackiem był Misiek. Miły, ale podstępny. W nocy się przytulał, a rano cała pościel mokra. Tego też nie żałowałam, jak trzeba było skarcić! Wcześniej był jeszcze Szymek, posłuszny, kochany ale przyszedł czas, swoje wycierpiał, i też leży Wielu już się przewinęło.
Z rozmachem wbiła łopatę w ziemię, jakby stawiała kropkę nad i.
Teraz leżą sobie wszyscy za ogrodem w jednym rzędzie Wacek, Misiek, Szymek, moje pociechy. Ale nie szkodzi, Halinka mi niedługo obiecała młodego podrzucić. Na mój wiek jeszcze nie zabraknie!
Co pomyślała sobie Halina, nie wiadomo, bo właśnie zza pleców Jadwigi pojawił się Stanisław Franciszek cały umazany w ziemi i wściekły jak nigdy.
Ty chyba mojej śmierci chcesz, stara pierzyno! wrzasnął do żony. Zasypałaś mnie po uszy, krzyczałem, szarpałem się Ledwo się wygrzebałem, a tu plotki szerzysz!
Wyrwał jej łopatę z ręki.
No, podaj no ten sprzęt! Idę buty odkopać, bo i flaszka tam w piwnicy została!
W tym momencie pani Halina zsunęła się po cichu z pnia i zupełnie zemdlała. I wtedy ta żytniówka z piwnicy naprawdę się przydała.



