TYLKO WEZ MNIE ZA RĘKĘ „Ogłaszam Was mężem i żoną!” – donośnie zadeklarowała urzędniczka z USC, po…

Ogłaszam Was mężem i żoną! zawołała uroczystym tonem pani z Urzędu Stanu Cywilnego, po czym nagle się zakrztusiła i zaczęła gwałtownie kaszleć.

No tak… To chyba nie wróży nic dobrego skomentowała niespodziewany kaszel moja mama.

Goście zaczęli szeptać i nerwowo spoglądać po sobie. Ja i Marzena, wtedy osiemnastoletni, spojrzeliśmy na siebie przerażeni. W gruncie rzeczy byliśmy jeszcze dziećmi. Nasz ślub był pośpieszny i nieplanowany; Marzena wychodziła za mąż z posagiem, czyli z ciążą. Za dwa miesiące miała się urodzić nasza córeczka, zupełnie niespodziewana. Suknię ślubną wynajęliśmy w ostatniej chwili, a buty Marzena pożyczyła od swojej najlepszej przyjaciółki. Ciekawostką jest, że lata później miałem z tą przyjaciółką przelotny romans.

Ale wtedy byliśmy młodzi, szczęśliwi, pełni nadziei.

Pewnego razu spacerowałem z Marzeną alejką w parku. Trzymałem ją delikatnie za talię, a wtedy podszedł do nas nieznany pan i powiedział półgłosem, do mnie: Pilnuj swojej kobiety, bo ktoś ci ją zabierze…

Rzucił to i poszedł dalej. Uśmialiśmy się z tej nagłej przestrogi i zapomnieliśmy o niej momentalnie. Przed nami była cała przyszłość! Kto mógłby nas rozdzielić? Spróbujcie…

Mój kolega, który był świadkiem na naszym ślubie, kiedyś wypomniał mi:
Mirek, nie mogłeś wybrać lepszej? Popatrz, ile pięknych dziewczyn chodzi po świecie!

Machnąłem ręką:
One chyba tylko czekają na ciebie…

I, trzeba przyznać, doczekały się. Kolega miał cztery żony, wszystkie wyjątkowe i piękne.

Narodziła się nasza córeczka Weronika.

Wkrótce potem czekała mnie służba wojskowa. Służyłem daleko od domu, tęskniłem do żony i córki. Marzena wysłała mi zdjęcie. Trzymałem je pod poduszką, licząc, że żona pojawi mi się we śnie.

Pewnego dnia wracam do koszar, a zdjęcie Marzeny leży na mojej szafce ktoś je wulgarnie pokolorował i napisał ordynarny komentarz. Wściekły rzuciłem się na sąsiada z łóżka obok i pobiłem go niemal do nieprzytomności. Wylądowałem za to na żebraczej (areszcie wojskowym). Zniszczone zdjęcie musiałem podarł i wyrzucić. Sąsiad też otrzymał słuszną karę.

Z wojska wróciłem bardziej zgorzkniały. Byłem zły na żonę, sam nie wiem czemu. Wmawiałem sobie, że każda młoda kobieta musi mieć kochanka. Byłem przekonany, że Marzena zdradzała mnie przez dwa lata mojej nieobecności. Tym bardziej, gdy zobaczyłem ją po powrocie stała się pewna siebie, promienna, zmysłowa; żegnałem się z szarą myszką, witając piękną, młodą kobietę.

To naprawdę ty, Marzena? Nie poznaję cię! szeptałem do niej.

Przepełniała mnie duma z żony, ale od tej pory zaczęła mnie drążyć niepewność. Może nie jestem jedyny w jej życiu? Tyle chętnych wokół. I, tak na wszelki wypadek, znalazłem sobie kochankę. Nie chciałem być stratny, jeśli coś…

Po trzech miesiącach Marzena dowiedziała się o moich wyczynach. Ledwo uprosiłem ją, żeby wstrzymała się z rozwodem. Usłyszałem:

Mirku, teraz już się nie gniewaj…

Marzena spaliła wszystkie moje listy z wojska. Przechowywała je starannie w szkatułce, czasem czytała. Odsunięto mnie od małżeńskiego łóżka na czas nieokreślony, do obiadu mnie nie zapraszano. Rozmowy tylko o codziennych sprawach.

Mówiąc krótko: biłem się z żoną dzień, płakałem po tym rok. Musiałem zabrać żonę i córkę dodatkowo na wakacje, poza sezonem. Wina, owoce, morze, słońce… tam się pogodziliśmy.

Po powrocie z kurortu zerwałem z tamtą kochanką.

Przez siedem lat mieliśmy z Marzeną spokojną, domową idyllę. Ale chyba czegoś brakowało mojej żonie może włoskiej namiętności?

W mojej firmie pracował swojski wesołek Borys. Potrafił rozkręcić każdą rozmowę, był świetnym słuchaczem. Przychodzili do niego koledzy narzekać na życie, żonę, teściową, politykę. Zawsze otrzymywali radę. Zaprosić Borysa na urodziny Marzeny? Rozbawi gości, pomyślałem. Gdybym wiedział, jak to się skończy…

Borys przyszedł na naszą imprezę z żoną. Tego wieczoru był duszą towarzystwa, sypał żartami, toastami. Marzena promieniała uśmiechała się do gości, podawała jedzenie, trajkotała jak wróbel. To były udane urodziny. Miesiąc później zaczęło się prawdziwe piekło.

Zadzwoniła do mnie żona Borysa:
Mirek, czy pan nie wie, co się dzieje? Nasze małżonki się spotykają! Niech pana żona nie zabiera mi Borysa, mamy dwoje dzieci!

Ja, głupi, niczego nie podejrzewałem. Czy Marzena tak bezmyślnie mściła się za moje grzechy?

Nie będę opisywał wszystkich koszmarów. Żona Borysa śledziła Marzenę, groziła samobójstwem. Zamknąłem Marzenę w domu, wyłączyłem telefon, groziłem rozwodem. Bez skutku. Mówią, że ogień, miłość i kaszel tego nie da się ukryć. Wtedy zwróciłem się o pomoc do najlepszej przyjaciółki Marzeny.

Odpowiedziała mi bezlitośnie:
Mirek, tam jest miłość. Marzena nie wróci. Droga do niej zamknięta.

Zostałem z boku, z rozpaczy spędziłem pół roku z tą przyjaciółką. Trochę mnie pocieszyła.

Marzena i Borys pobrali się, żyli tylko sobą, jakby świat nie istniał. Byli jak jedno serce. Wtedy nienawidziłem ich z całych sił. Chciałem krzyczeć, rwać włosy z głowy. Jak to możliwe odebrano mi żonę! Widocznie szczęście z nieszczęściem jeżdżą jednym wozem.

Cóż, mówią, że czas leczy. Ja nie wierzę. Rana tylko przykryła się cienką skorupą, ale bolała. Przyjaciele niewinnie szukali mi nowej żony. Znaleźli… Piękną. Ożeniłem się szybko, nie zdążyłem się wycofać. Jesteśmy razem już siedemnaście lat. Zachwycić się urodą żony jednak nie potrafię. Udaję szczęśliwego… Bez nadziei mam nadzieję. Gdyby ktoś zajrzał do piwnic mojej zgnębionej duszy! Tam na zawsze została moja Marzena… Czy jeszcze mnie kiedyś zawołasz?

Nauka dla mnie: Dopiero dzisiaj wiem, że prawdziwe szczęście nie zawsze jest tam, gdzie szuka się go za wszelką cenę. Czasem ciepło domu i bliskość tych, którzy są obok, są wartością, której nie da się niczym zastąpić.

Rate article
Fajna Tajna
TYLKO WEZ MNIE ZA RĘKĘ „Ogłaszam Was mężem i żoną!” – donośnie zadeklarowała urzędniczka z USC, po…