Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć coś, co strasznie siedzi mi w głowie od tygodnia. Wyobraź sobie, że po latach zobaczyłam moją pierwszą miłość na pogrzebie jego żony. I od tamtej chwili mam wrażenie, że wszystko w moim życiu się rozpadło albo co najmniej przewróciło do góry nogami. Mam już czterdzieści lat, jestem dwa lata po rozwodzie, z dwójką dzieci. Myślałam, że już naprawdę wszystko, co miało się wydarzyć w temacie miłości, to się wydarzyło. Że mam to poukładane, pozamykane rozdziały… A okazało się, że wystarczy jeden moment, by sobie uświadomić, że pewne historie nigdy się nie domykają.
Miałam siedemnaście lat, kiedy byliśmy razem. On był naprawdę moją pierwszą, prawdziwą miłością. Taką, co wiesz ściska w piersi i nie pozwala zasnąć. Pisałam do niego listy, marzyłam o wspólnej przyszłości. Ale moi rodzice w ogóle go nie akceptowali. Mówili, że nie skończył technikum, że pracuje jako mechanik w Płocku, że nie ma żadnych widoków na przyszłość i że stać mnie na więcej. Ta presja była koszmarna, w końcu się poddałam i rozstałam się z nim. Wcale go nie przestałam kochać, po prostu czułam, jakbym nie miała wyjścia. Chwilę potem rodzice wysłali mnie na studia do Warszawy i zaczęło się dla mnie coś zupełnie nowego.
Czas leciał. Skończyłam uniwersytet, wyszłam za mąż, urodziłam dwójkę dzieci, wydawało się, że wszystko jest w porządku. Ale niestety, z mężem się rozstaliśmy. Od jakiegoś czasu wróciłam z dziećmi do rodzinnej miejscowości pod Płockiem. Spotykam ludzi z dawnych lat, starych znajomych, sąsiadów ze szkoły jego nigdy nie widywałam, o nim nie pytałam. Sama nie wiem, czy się bałam, czy po prostu czułam, że nie warto rozgrzebywać tego, co kiedyś tak bolało.
I tak było do zeszłego tygodnia. Dostałam wiadomość od wspólnego znajomego: Słyszałaś, co u niego? Na początku nie zrozumiałam. Dopiero jak powiedział, że jego żona zmarła, a koledzy organizują kwiaty i chcą iść na pogrzeb zagrać mu serenadę, zapytał, czy nie chciałabym dołączyć. Patrzyłam na telefon chyba z pięć minut, zanim odpisałam, a właściwie nie odpisałam nic.
W końcu poszłam na ten pogrzeb. Sama nie wiem dlaczego czułam, że powinnam. Jak go zobaczyłam, jak stał przy trumnie, zmęczony, z podkrążonymi oczami Serce mi stanęło. To już nie był tamten siedemnastoletni chłopak, ale jednak Wciąż był sobą. Spojrzeliśmy na siebie przez tłum. Nie przytuliliśmy się, nie rozmawialiśmy nawet. Po prostu wymieniliśmy spojrzenia. I to mi wystarczyło, żeby wszystko się we mnie obudziło.
Od tygodnia nie mogę przestać o nim myśleć o nas, o tym, czego nie spróbowaliśmy. O tym, jak mogłoby wyglądać moje życie, gdybym wtedy nie była taka posłuszna rodzicom. Czuję wyrzuty sumienia, że myślę o nim teraz, kiedy przechodzi żałobę. Nie chcę się narzucać, ani burzyć mu świata, ani go wytrącać z równowagi. Nawet nie mam go w kontaktach na Facebooku, zero interakcji. Wszystko rozgrywa się w mojej głowie i sercu.
No i widzisz mnie czterdziestolatka, dwójka dzieci, zawód, wszystko pozornie poukładane a ja znowu czuję się, jakbym miała siedemnaście lat i znowu się zakochała. I teraz sama nie wiem czy to nostalgia, tęsknota za czymś, czego nie było, czy po prostu pierwsza miłość zawsze tak mocno siedzi w człowieku, że nawet po latach ją czujesz? Co Ty o tym sądzisz? Potrzebuję rady, bo sama już nie ogarniamMoże powinnam po prostu napisać do niego zwykłe cześć. Bez oczekiwań i wielkich planów, bez wyznawania tajemnic, których nikt nie powinien wypowiadać w żałobie. Może nie chodzi o to, żeby znów być razem, może wystarczy krótkie spotkanie nad kawą, żeby to, co kiedyś, nie bolało tak bardzo teraz. Może życie to suma właśnie takich niedokończonych rozmów i spojrzeń i tylko od nas zależy, czy odważymy się zapytać: Jak się trzymasz? Może nawet w wieku czterdziestu lat można pierwszy raz poczuć, że się czegoś naprawdę potrzebuje, bez względu na to, co myślą inni.
Patrzę w okno, czuję jak powietrze pachnie czerwcową nocą. Do jutra jeszcze wszystko może się zdarzyć. Może napiszę. A może nie. Ale wiesz co? Jest we mnie spokój, którego dawno nie czułam. Bo już nie boję się tego, co jeszcze może się wydarzyć. I myślę, że to wystarczy, by w końcu być naprawdę sobą.



