Przyjaciółki Zosia i Basia właśnie przyjechały nad Bałtyk na długo oczekiwane wakacje. Pokój, choć niewielki, znajdował się tuż przy plaży. Całe dnie spędzały na opalaniu się, a ich skóra zbrązowiała, co tylko zwiększało ich ochotę na dalszy relaks na piasku. Południowe słońce prażyło bez litości, wszystko wokół zdawało się topić, a powietrze było niemal nie do zniesienia. Upalnie jak w saunie, oddychało się z trudem.
– Ja już nie mogę – powiedziała Zosia, podnosząc się z ręcznika. – Chodźmy stąd. Jest tak gorąco, że zaraz zamienimy się w krakersy.
– Masz rację – odpowiedziała Basia i dodała – Przejdźmy się do kawiarni. Tam jest chłodniej, a poza tym, czas na obiad.
Koleżanki udały się do pobliskiej kawiarni, gdzie w cieniu mogły zjeść pyszną przekąskę. Do kolejki ustawiło się wiele osób takich jak one, cierpliwie czekając.
Zosia zasłoniła głowę książką, starając się ochronić przed palącym słońcem. Kapelusz zostawiła w domu, więc konieczne było mrużenie oczu.
– Dobrze się czujesz? – zapytała Basia. – Skoczę po lody, trochę się schłodzimy.
– Pójść z tobą? – zaproponowała Zosia.
– Nie, nie! – stanowczo odmówiła. – Zobacz, ile ludzi. Stracimy miejsce, zostań tutaj!
Basia oddaliła się, a Zosia zaczęła się nudzić. Stała przy nagrzanym budynku, bez ruchu, w palącym słońcu. Kolejka w miejscu stała, a ona mrużyła oczy.
Poczuła dzwonienie w uszach, a wszystko przed jej oczami zamazywało się. Nagle była daleko na morzu, bez widocznego brzegu. Leżała na wodzie, która, dziwne, nie była słona. Wypiła kilka łyków i poczuła, jak wraca siła. Na niebie malowała się piękna, ogromna tęcza, a woda błyszczała jak w kalejdoskopie. Piękno otaczało ją ze wszystkich stron. Czuła się lekka jak piórko na falach i szczęśliwa… Ludzie spacerowali po tęczy. Wśród nich dostrzegła zmarłego ojca. Uśmiechał się i machał.
Nagle docierają do niej głosy.
– Tutaj! – krzyczeli. – Podaj rękę! Pomagamy!
Ręce chwyciły Zosię i wciągnęły do łodzi. Nie chciała wracać, ale głosy stawały się coraz wyraźniejsze, głównie kobiece.
– Kto ma amoniak? – nie ustawały. – Więcej wody, potrzebuje!
Zosia otworzyła oczy, wracając do rzeczywistości.
– Uff, Zosiu – westchnęła Basia z ulgą. – Przestraszyłaś mnie! Tak się bałam!
Ku zdumieniu Zosi, siedziała na werandzie kawiarni, nie na morzu.
– To był udar słoneczny, kochana! – stwierdziła Basia, dziękując wszystkim za pomoc. – Mówiłam „Załóż kapelusz!”, a ty, „Dobrze, dobrze!”. Teraz widzisz!
Ludzie się rozeszli.
– Basiu – mówiła z zamyśleniem Zosia. – Widziałam tam tatę. Minął niemal rok, a wyglądał tak młodo.
W końcu weszły do kawiarni, znalazły stolik. Zosia wciąż myślała o tym nieoczekiwanym spotkaniu z ojcem.
Tydzień po pożegnaniu z tatą, w niezrozumiałej półświadomości, wpadła rano w zakamarki korytarzy. Biegła, nic nie pamiętając, wiedziała tylko, że pilnie potrzebuje telefonu.
Trafa do nieznanego pokoju, gdzie na ścianie wisiał stary aparat telefoniczny. Ucieszona, podniosła słuchawkę i krzyknęła:
– Witaj! Witam!
– Spokojnie, Zosia, co się dzieje? – ojciec mówił pewnie. – Uspokój się i powiedz. Pomogę, jak tylko mogę.
Ojciec nigdy nie był rozmowny, a każde pytanie zaczynał od krótkiego „Dobrze”. Z radością słuchała jego wyraźnego głosu. Opowiadała szybko o wszystkim: o matce, o kuzynce, która niedługo po jego śmierci obroniła magisterkę. Ojciec czekał na ten dzień, ale nie doczekał.
– Tato, wyobrażasz sobie – śmiała się. – Zdała na piątkę, jak obiecała!
Nagle się zatrzymała.
– Halo, tato! – krzyczała. – Tatku, przecież Ciebie nie ma! Jak to możliwe, że mówisz?
– Czasem – odpowiedział ojciec. – Jeśli czegoś mocno pragniemy, to się zdarza, córko.
Mimo że ojciec był realistą, teraz uspokajał ją inaczej. Obudziła się, wspominając, jak siedziała z Basią w kawiarni, wpatrując się w tęczę nad wodą.
Teraz nadal czuje, że ojciec jest blisko, wspierając ją codziennie.



