— Twoja mama wyjeżdża na cały miesiąc? To ja jadę do swojej — żona stała już z walizką.
Weronika miała plan. Prosty jak dziecięce marzenie: wakacje z mężem nad morzem. Krzysztof obiecał — w tym roku na pewno jedziemy. Bilety kupione, hotel zarezerwowany, walizki prawie spakowane…
— Wer, przepraszam — Krzysztof nie odrywał wzroku od telefonu. — W pracy pożar. Wszystko odwołane.
Serce ukłuło. Nie zaskoczenie — przyzwyczajone rozczarowanie. Po latach małżeństwa Weronika wiedziała: plany męża zawsze ważniejsze niż jej.
— Nic nie szkodzi — pogryzła wargi. — To chociaż odpocznę w domu. Książki poczytam, na balkonie posiedzę.
Pierwszy raz od lat — cisza w domu! Kawa bez pośpiechu, ulubiony kryminał, zachód słońca za oknem. Los chyba dał jej prezent.
Ale los, jak widać, miał słabość do czarnego humoru.
— Mama dzwoniła — Krzysztof promieniał. — Odwołała sanatorium. Po co wydawać pieniądze, skoro ty jesteś w domu wolna? A przy okazji się ze mną zobaczy.
Halina Stanisławówna. Kobieta z żelazną wolą i przekonaniem, że cały świat istnieje, by jej usługiwać.
— Miesiąc? — głos Weroniki zadrżał.
— No tak! Super, co nie? — Krzysztof uśmiechał się jak dziecko z gałką lodów.
A Weronika nagle zobaczyła swoje wymarzone wakacje: dni w kuchni, niekończące się „podaj-przynieś”, rozkazy teściowej i brak prawa do zdania we własnym domu.
— Jasne, super — skinęła głową.
Trzy dni później Halina Stanisławówna wkroczyła do ich mieszkania jak czołg na tereny okupowane.
— Weroniko, dlaczego cukier nie jest w tej puszce? — pierwsze słowa po „dzień dobry”.
— Mamo, wejdź, usiądź — Krzysztof kręcił się jak fryga.
A Weronika zrozumiała: jej wakacje zmienią się w miesięczny dyżur kelnerki.
— Barszcz ugotujesz? — Halina Stanisławówna rozsiadła się w fotelu jak na tronie. — Tylko nie za kwaśny. I mięso dobrze rozgotuj.
Weronika w milczeniu poszła do kuchni.
**Nowe porządki**
Teściowa urządziła się w domu jak dowódca na zdobytym terytorium. Wieczorem pierwszego dnia było jasne: urlop Weroniki został definitywnie anulowany.
— Weroniko, gdzie macie normalne garnki? — Halina grzebała w szafkach. — Te jakieś malutkie. I dlaczego przyprawy nie stoją alfabetycznie?
Weronika bez słów przekładała słoiki. We własnej kuchni nagle stała się gościem.
— Mamo, nie martw się — Krzysztof przewijał wiadomości. — Weronika wszystko załatwi.
Tak, oczywiście. Weronika załatwi. Jak zawsze.
Pod koniec tygodnia jej harmonogram wyglądał tak: pobudka o siódmej, śniadanie dla teściowej (nie tłuste, nie słone, nie ostre), sprzątanie, obiad, podwieczorek, kolacja, zmywanie. I tak w kółko.
— Jakaś taka ospała ostatnio — zauważył Krzysztof. — Może witaminy?
Witaminy? Ona potrzebowała nie witaminy C, a witaminy „Swoje Życie”.
**Balkon — ostatnia twierdza**
Jedynym ratunkiem został balkon. Tu Weronika mogła po prostu oddychać. Patrzeć w niebo. Myśleć.
— Weroniko! — głos teściowej przeciął ciszę. — Gdzie ty jesteś? Herbata mi potrzebna!
— Idę! — automatycznie odpowiedziała.
Ale nogi nie chciały się ruszyć. W głowie kołatała myśl: „A może nie iść?”
Tak zuchwała, że aż dech zaparło.
— Weroniko! Głucha jesteś?!
— Słyszę — cicho powiedziała do pustego balkonu. — Bardzo dobrze słyszę.
I tak poszła zaparzyć herbatę.
**Punkt wrzenia**
— Weroniko — Halina Stanisławówna siedziała w salonie jak sędzia na trybunie. — Jakaś taka nieufna. Ciągle na balkon uciekasz. Nie umiesz się zachować wobec rodziny.
Rodziny? Weronika zakrztusiła się powietrzem.
— Myślałam, że przyjadę odpocząć — ciągnęła teściowa — a tu jakbym w kuchni została. Gotuj, sprzątaj, usługuj.
Weronika zastygła ze ścierką w ręce. Świat stanął na głowie. Ona — w kuchni? Ona gotuje i sprząta? A kim w takim razie jest Weronika?
— Przepraszam — jej głos brzmiał dziwnie spokojnie. — Ale to ja gotuję i sprzątam. Codziennie. Od dwóch tygodni.
— Weronika! — oburzył się Krzysztof. — Co ty mówisz? Mama jest gościem!
Gościem. Który rządzi w cudzym domu od dwóch tygodni. Który zamienił gospodynię w służącą.
— Tak — skinęła głową. — Macie rację. Mama jest gościem. A ja kim jestem?
**Wieczorna rozmowa**
Gdy Halina Stanisławówna zasiadła przed telewizorem, Weronika podeszła do męża:
— Krzysiu, musimy porozmawiać.
— Poczekaj, wiadomości kończą…
— Teraz — powtórzyła stanowczo.
Krzysztof spojrzał na żonę zaskoczony. W jej głosie zabrzmiało coś, czego dawno nie słyszał.
— Słuchaj, jeśli twoja mama wypoczywa u nas — mówiła cicho, ale każde słowo brzmiało jak uderzenie młotka — to ja jadę odpocząć do swojej.
— Oszalałaś?! — Krzysztof aż podskoczył. — A co z domem? A mama?
— A co ze mną? — zapytała i poszła pakować walizkę.
W sypialni, składając ubrania, po raz pierwszy od dwóch tygodni się uśmiechnęła. Prawdziwie.
Jutro pojedzie do mamy. Do kobiety, która nigdy nie traktowała jej jak służby. Do domu, gdzie można po prostu siedzieć z herbatą i milczeć. Gdzie nikt nie krzyknie: „Weronika, gdzie jesteś?”
— Ja też potrzebuję urlopu — powiedziała do swojego odbicia w lustrze.
I odbicie po raz pierwszy kiwnęło głową.
**Operacja „Ucieczka gospodyni”**
Rankiem Weronika stała w przedpokoju z walizką. Halina Stanisławówna, widząc ją w „marszowym” stroju, wytrzeszczyła oczy, jakby ogłosiła lot na Marsa.
— Gdzie się tak zbierasz?! — głos teściowej drżał z oburzenia.
— Do mamy. Na urlop — zapinała kurtkę z biznesową miną.
— A kto będzie śniadanie robił?! — Halina chwyciła się za serce. — A obiad?!
— Krzyś umie robić jajecznicę — spokojnie odparła Weronika, przekręcając klucz w zamku — a przecież sama mawiałaś, że gotować i sprzątać każdy może.



