Tutaj nie ma normalnych

Bronisława wysiadła z łódki, której drewniane kadłuby pachniały żywicą i mokrym torfem, i od razu poczuła, że nie wróci już do domu. Powietrze nad jeziorem Śniardwy było inne: wilgotne, przesycone wonią sosny, mchu, ryby i czegoś nieuchwytnego, jakby samo życie wdzierało się w płuca.

Witaj, przywitał ją przewodnik w kamizelce wędkarskiej. To baza Żywe Wody. Rozstaw namiot, gdzie tylko chcesz. Toaleta tam w lewo. Jeśli chcesz pracować, jutro o ósmej rano zbieramy brud na brzegu. Sprzątamy teren od śmieci.

Bronisława skinęła głową. Słowo pracować nie budziło strachu. Straszne było milczenie. Po raz pierwszy od długich miesięcy nikt nie zadawał jej pytań. Nikt nie pytał: Jak się masz?, Dało się?, Znowu będziesz nauczać?. Nikt nie patrzył z litością ani niepokojem.

Rozstawiła namiot na wzgórzu przy samym brzegu wody, usiadła na pniu, zdjąła buty i zanurzyła stopy w lodowatej rzece Krutynia. Po raz pierwszy od dawna nie płakała.

Mijały dwa tygodnie. Bronisława nosiła wiadra, kopała rowy, myła garnki. Ręce były podrapane, plecy bolały od ciężkiego sprzętu, lecz w głowie panowała cisza. Na bazie mieszkali różni ludzie: studenci, biolodzy, byli programiści, artyści i wolontariusze z całej Polski. Wszyscy trochę ekscentryczni, trochę zagubieni.

Kim byłaś? zapytała pewnego wieczoru Zosia, dziewczyna z rudymi dredami i głosem jakby z lat 80.

Nauczycielką. Historii sztuki. Uniwersytet w Krakowie.

Dlaczego odeszłaś?

Syn zmarł rok temu. Utopił się. Nie miałam już słów.

Zosia nie wydała dźwięku, jedynie skinęła:

Rozumiem. Mój ojciec miał raka i odszedł w grudniu. Musiałam wyjechać tutaj, bo inaczej zwariowałabym.

Tutaj nie zwariuje się?

Zwariować można wszędzie. Tu przynajmniej nie jest strasznie.

Bronisława po raz pierwszy się uśmiechnęła.

Zaczęła rysować na papierze z recyklingu, który wyciągała ze starych worków. Szkice rzeki, ptaków, ludzi przy ognisku, a czasem swojego syna w kamizelce wędkarskiej z wiosłem, uśmiechniętego.

Pewnego dnia ktoś powiesił jej rysunki na sznurze przy stołówce. Wieczorem wszyscy przynieśli własne dzieła zdjęcia, wiersze, ozdoby z kory.

Ogłaszam Dzień Samowyrazu! zakrzyknął Andrzej, wysoki i zawsze rozczochrany koordynator. Pokażcie, kim byliście, kim jesteście, kim chcecie być!

A ty? spytała Bronisława.

Byłem marketerem. Teraz jestem człowiekiem z toporem. I to mi się podoba.

Oboje roześmiali się i przestali wstydzić swoich blizn.

Trzeci miesiąc przyniósł niepokój, nie z lasu, lecz z miasta. Na łódź dopłynęły matka i siostra Bronisławy. Wyglądały jakby wyszły z jaskrawych kurtek, z ogromnymi walizkami i twarzami pełnymi oskarżenia.

Bronisławo! Zwariowałaś?! krzyknęła matka przy jej namiocie. Gdzie jesteś? To ludzie dzicy! Co ty robisz? Boże, czy to w ogóle legalne?

Siostra Wiktoria rozejrzała się, jakby szukała, kogoś, kto mógłby się pożalić.

Martwiliśmy się o ciebie! Nie odbierasz telefonu, nie odpisujesz, zniknęłaś jak nastolatek. A przy okazji masz prawie czterdzieści lat! Jesteś nauczycielką!

Bronisława milczała. Ludzie przy ognisku zamarli. Zosia podeszła od tyłu i dotknęła jej ramienia:

Musisz?

Nie. Poradzę sobie sama.

Matka kontynuowała, łamiąc serce:

My myśleliśmy, że jesteś w depresji. Chcemy cię zabrać do domu. Rozmawialiśmy z psychoterapeutą, on mówi, że potrzebujesz rehabilitacji.

To jest moja rehabilitacja, mamo.

Nie bądź głupia. Śpisz w namiocie! Noszisz wodę! Chodzisz z obcymi!

Oni nie są obcy. A ty od dawna mnie nie słyszysz.

Bronisławo, wtrąciła Wiktoria. Nie słyszysz nas. My jesteśmy twoją rodziną!

Gdzie byliście, kiedy leżałam pod kocem tygodniami? Kiedy nie mogłam wstać? Kiedy codziennie myślałam, że lepiej byłoby umrzeć zamiast niego?

Staraliśmy się pomóc!

Nie. Dzwoniliście i mówiliście: Zbierz się, jesteś silna. Siła to nie pomoc. To wymówka, by nie być przy tobie.

Na chwilę zapadła cisza, jedynie woda pluskała, jakby przytakiwała.

Andrzej podszedł z herbatą. Matka wstała:

Kto to? Zakażył cię?

To człowiek. Jeden z niewielu, który nie

Rate article
Fajna Tajna
Tutaj nie ma normalnych