Jadwiga zeszła z łódki pachnącej żywicą i leśnym mchem i od razu poczuła, że nie zawróci. Powietrze nad brzegiem jeziora Śniardwy było inne: wilgotne, przesycone wonią sosny, mchu, ryby i czegoś nieokreślonego jakby samo życie, bez domieszek.
Witaj, powiedział przewodnik w kamizelce wędkarskiej. To baza Żywe Wody. Rozstaw namiot, gdzie chcesz. Toaleta tam. Jeśli chcesz pracować, jutro o ósmej rano przy brzegu sprzątamy teren.
Jadwiga skinęła głową. Słowo pracować nie przerażało. Przerażała cisza. Po raz pierwszy od miesięcy nikt nie zadawał pytań w stylu: Jak się masz?, Już się ogarnęłaś?, Znowu będziesz nauczać?. Nikt nie patrzył z litością ani niepokojem.
Rozbiła namiot na wzgórzu przy samym brzegu, usiadła na kłodzie, zdjęła buty i zanurzyła stopy w lodowatej wodzie. Po raz długi nie płakała.
Dwa tygodnie minęły. Jadwiga nosiła wiadra, kopała rowy, myła garnki. Ręce były podrapane, plecy bolały od ciężkiego sprzętu, ale w głowie panowała cisza. Na bazie byli różni ludzie: studenci, biolodzy, byli programiści, artyści, wolontariusze z całej Polski. Wszyscy trochę dziwacy, trochę zagubieni.
Kim byłaś? zapytała pewnego wieczoru Stasia, dziewczyna z rudymi dredami i głosem jakby z lat 70.
Nauczycielką. Historia sztuki. Uniwersytet w Krakowie.
Dlaczego odeszłaś?
Syn zmarł rok temu. Utopił się. Nie zostało mi już nic do powiedzenia.
Stasia nie wydała ani westchnienia, tylko skinęła:
Rozumiem. Mój tata miał raka, zmarł w grudniu. Wyjechałam tutaj, bo inaczej zwariowałabym.
Czy tutaj się zwariuje?
Zwariować można wszędzie. Tu po prostu nie jest strasznie.
Jadwiga po raz pierwszy uśmiechnęła się.
Zaczęła rysować na kartonie z dawnych worków: rysunki rzeki, ptaków, ludzi przy ognisku, a czasem swojego syna w kamizelce wędkarskiej z wiosłem, uśmiechniętego.
Pewnego dnia ktoś powiesił jej prace na sznurze przy stołówce. Wieczorem wszyscy przynieśli własne: zdjęcia, wiersze, ozdoby z kory.
Ogłaszam Dzień Samowyrazu, zakrzyknął Andrzej, wysoki i wiecznie puszysty koordynator. Kto kim był, kim jest, kim chce być pokażcie!
A ty? spytała Jadwiga.
Byłem marketerem. Teraz jestem facetem z toporem. I wiesz co? Lubię to.
Oboje wybuchnęli śmiechem i przestali się wstydzić swoich blizn.
Trzeci miesiąc przyniósł kłopoty, nie z lasu, ale z miasta. Na łódce przybyły matka i siostra Jadwigi, wyglądające jakby wyszły z katalogu sportowych kurtek, z ogromnymi torbami i twarzami pełnymi krytyki.
Jadwigo! Odpłynęłaś w obłokach? krzyknęła matka przy jej namiocie. Gdzie jesteś? Ludzie tu dzikie! Wyglądasz, jakbyś przeszła przez piekło! Czy to w ogóle legalne?
Siostra, Weronika, rozejrzała się, jakby szukała, gdzie się pożalić.
Martwiliśmy się o ciebie! Nie odbierasz telefonu, nie odpisujesz, zniknęłaś jak nastolatek. A przy okazji masz prawie czterdzieści lat! Jesteś nauczycielką!
Jadwiga milczała. Ognisko zamilkło. Stasia podeszła od tyłu i lekko dotknęła jej ramienia:
Musisz?
Nie. Poradzę sobie sama.
Matka kontynuowała, łamiąc ciszę:
My z Weroniką myślełyśmy, że jesteś w depresji. Chcemy cię zabrać do domu, rozmawialiśmy z psychoterapeutą, on mówi, że potrzebujesz rehabilitacji.
To właśnie jest moja rehabilitacja, mamo.
Nie bądź głupia. Śpisz w namiocie! Nosisz wodę! Chodzisz z obcymi!
Oni nie są obcy. A ty… już mnie nie słyszysz.
Jadwigo, nie słyszysz nas. Jesteśmy twoją rodziną!
Gdzie byliście, kiedy leżałam pod kocem tygodniami? Kiedy nie mogłam wstać? Kiedy codziennie myślałam, że lepiej bym umarła zamiast niego?
Staraliśmy się pomóc!
Nie. Dzwoniliście i mówiliście: Zbierz się, jesteś silna. Siła to nie pomoc. To wymówka, by nie być przy tobie.
Na chwilę zapadła cisza, a jedynie rzeka pluskała, jakby przytakiwała.
Andrzej podszedł z herbatą. Matka wstała:
Kto to? Zainfekował cię?
To człowiek. Jeden z niewielu, co nie boi się mojego bólu. Ja nie jestem zainfekowana. Jestem żywa.
Jesteś szalona, wyszeptała Weronika. Po prostu szalona.
Może i tak, ale to mój wybór.
Wyjechali następnego dnia bez pożegnania. Jadwiga siedziała na przystani boso, trzymając słoik miodu. Stasia usiadła obok.
Jak się masz?
Jak drzewo, z którego wyrwano korzenie, a które nagle wypuściło nowe pędy.
Super, nauczycielko.
Tak. Ale teraz to życie.
Pod koniec września Jadwiga była jedną z ostatnich na bazie. Niektórzy wyjechali, inni zostali na zimę. Andrzej także. Zbudował zimowy domek, rozgrzewał piec i gotował grzybową zupę.
Pewnego dnia razem poszli nad rzekę



