Trzy nici. Trzy losy.
Co ona powiedziała? Werka, nie dosłyszałam, co? Jadwiga Wiktorowna pochyla się lekko w bok, tuż obok idącej towarzyszki, Weroniki Pawłownej.
Ta zaczyna ze szczegółami tłumaczyć, o czym rozmawiały przed chwilą mijane przez nie mama i dziewczynka, może siedmiolatka.
Bo u nich w szkole jakiś rozrabiaka, a ona mu powiedziała…
Weronika mówi głośno, na całą ulicę. Jadwiga słucha jej z uwagą, nie przerywa, potem, obracając się, znajduje wzrokiem tę właśnie dziewczynkę, kiwa jej na pożegnanie głową.
Porządna, czysta dziewuszka. Ale jaka ona zakręcona! podsumowuje.
Czemu? dziwi się Jadwiga Wiktorowna, łapie koleżankę pod ramię i ciągnie do przodu, bo światło już dawno jest zielone a auta, wyczekane w szeregu, czekają tylko, aż te dwie seniorki przejdą przez przejście.
Co? Nie słyszę, Jadźka, co? dopytuje Weronika, rozgląda się po ulicy, potem ściska torebkę i drobnymi kroczkami podąża po wybawczy chodnik.
Mówię, czemu taka zagmatwana? powtarza głośniej Jadwiga.
Aaaa, tak jakoś.
Jadwiga Wiktorowna czasem nie lubi tłumaczyć swych rozważań czy to z lenistwa, czy po prostu, bo dla niej to oczywiste.
Dziewczynka postanowiła wychować łobuza? Poprawia go, poucza? Ej, kochani! Tak to się nie rozwiązuje! Tak być nie może!
Jadwiga kiwa głową, jakby podkreślała swoje przemyślenia, a Weronika wzdycha. Czasem przyjaciółka potrafi być zupełnie nie do zniesienia w tej swojej tajemniczej niedopowiedzialności. Ale bez Jadźki ten świat, tak bardzo się zmieniający, dziwnie głośny i przejaskrawiony, byłby wręcz nie do przebrnięcia.
Jadwiga Wiktorowna i Weronika Pawłowna to sąsiadki. Ich mieszkania są nietypowe: każda ma drzwi prosto na dwór, nie ma schodów, nie ma windy. Obie mieszkają w jednym z budynków dawnego folwarku, który kiedyś należał do jakiegoś szalonego huzara, potem przeszedł w ręce prominentnego działacza kultury. Ten, po konsultacji z żoną, zrobił z głównego budynku gimnazjum, a boczne skrzydła i oficynki oddał na pracownie artystyczne. Dalej historia targała ich spokojem i rutyną. W końcu jednopietrowy, półokrągły budynek, który kiedyś (boki zrywać!) był stajnią, przerobiono na mieszkania. Większość lokatorów wyniosła się do większych, wyższych, jaśniejszych lokali, a Weronika, Jadwiga i jeszcze jedna dama, ich przyjaciółka Barbara, uparły się i z kopytami trzymają swoich metrów, drzwiąc się z wszelkich propozycji wykupu z dopłatą i bez, zamiany, transportu i załatwienia meldunków.
Firmy, prywatne biura, agencje ochrony, drobni przedsiębiorcy wszyscy ślinią się na ten kawałek Warszawy. O, bo to tuż obok Nowy Świat, a kawałek dalej Krakowskie Przedmieście, tam, gdzie kościół św. Anny, a o, tam widać złotą kopułę kościoła Wizytek! Tak, główny budynek zajęty przez szkołę artystyczną, ale są jeszcze oficynki, pawilony, domki, które nie przeszły w pewne ręce.
A te kobiety, delikatne, już schorowane nie puszczą swoich norek. Bo tu było wszystko, tu trzeba życie dokończyć, amen.
Idziemy do Basi, mówi pewnym krokiem Weronika, ściska pudełko z ciastem. Złożymy życzenia.
Co? Co mówisz, nie mogę rozszyfrować! Werka, patrz na mnie, będę czytać z ruchu warg! ciągnie za rękaw Jadwiga Wiktorowna. Jej samej głupio, wstyd, a czasem i strach, że Werka wreszcie wybuchnie i sobie pójdzie. No pewnie, kto by się nie irytował na głuchotę, Weronika też nie z żelaza
Ale nie. Weronika staje, pochyla się do twarzy Jadwigi, rusza wyraźnie ustami.
Aha, tak, Basia zaprosiła Pamiętam! Weronika kiwa głową. Niezręczność zażegnana, można iść dalej.
U Barbary Feliksowny, biednej, od lat niechodzącej staruszki, dziś święto: urodziny córki. Lidia też już nie pierwszej młodości, gdzieś pracuje w korpo, wpada rzadko. Miały świętować w weekend, potem przełożyły. Ale Barbara nie ma za złe córce.
To tylko moja wina, mówi, gdy goście siadają do prowizorycznie odświętnego stołu. I żeby mi nikt złego słowa o mojej dziewczynie nie powiedział! podnosi palec do góry, choć nikt nie zamierza. Lidia to swoja, o niej tylko dobrze!
Weronika głaszcze rozdygotaną rękę sąsiadki. Ta drży sucha, drobna dłoń, którą Basia jeszcze jako dziewczynka wyrywała chwasty z grządki na podwórku, kiedy pod koniec wojny postanowili założyć ogródek na czas głodu. Tą samą rączką Basia trzymała ciężką łopatę, wgryzała się w gliniastą ziemię, a potem delikatnie jak pisklęta sypała nasiona. Chude to były czasy, bardzo. Głód, bieda. Matki trzech dziewczynek harowały w klinikach warszawskich i w szpitalach, dziewczyny były same. Co znalazły, to jadły. Matki po pracy przynosiły chleb, czasem masło. Ale to masło dziwne było, smakowało piłką i trocinami. Basia, Weronika i Jadwiga nie marudziły, wiedziały tak ma każdy Ale mają ogródek! Ściągnęły nasiona od starego ogrodnika z sąsiedniego domu, dziadka Stasia. Staszek mieszkał w komunale, kłócił się ze wszystkimi, kopcił jak fabryka, ale dziewczyny z stajni kochał. Były jakieś takie żywe, prawdziwe. Młodość dawała im siłę, ciekawość i głód świata.
Chodź tutaj, Werka! zawołał i podał nasiona. Posiejcie, będą pychoty! A ja podpowiem!
Dziewczyny nie wierzyły, że coś urośnie, a tu kapusta nawet dwie głowy, ogórki się wiły gęsto, zakwitały na żółto. Pietruszka tylko nie wypaliła. Wypuściła jasnozielone listki i zwiędła.
Jak się Staszek wtedy darł! Zniszczyłyście cały plon, pod pług wszystko!…
Potem się uspokoił, przyniósł suchary, kazał wytrzeć nosy.
Wojna się skończy, wrócą wasi ojcowie, a my tu taki sad, że wszyscy pozazdroszczą, zrobimy! obiecał.
Sam jednak wojny nie przeżył. Werka, Jadwiga i Basia ze zgrozą patrzyły, jak go wynoszą z domu, jak wieźć go pochować Wtedy śmierci było wiele, ale jak odchodzi ktoś bliski, to strasznie boli Ojców nie było i sad zakładali bez nich
…A teraz Basia siedzi w wózku w swoim pokoju, Weronika gładzi ją po ręce, a Jadwiga, zerkając radośnie na koleżanki, kroi pieczeń i ogórki. Na stole jeszcze kieliszki. Basia uwielbia nalewkę żurawinową. I poczęstuje sąsiadki, wypiją za zdrowie Lidii, za nogi Barbary, które wysiadły pięć lat temu, za łagodną zimę i żeby reumatyzm nie ćwiczył starych kości.
Basia połowę sprawności straciła głupio i nieszczęśliwie. Zimą wyszła na spacer, przewróciła się. Uderzenie niewielkie, plecy tylko trochę pobolały, a rano koniec! Nogi sparaliżowane. Basia przerażona pokryła się potem. Telefon za daleko, nie mogła się doczołgać. Może, gdyby zsunęła się z łóżka i dowlekła? Nie dałaby rady. Z wiekiem drobna Basia rozrosła się w biodrach. Lekarze mówili, hormony, kazali łykać tabletki. Ona wiedziała swoje starość. Nie udawajmy, nie oszukujmy się, nie chodźmy do wróżki.
Basia słyszała, jak na dwór wychodzi Weronika, sypie okruchy gołębiom. Sylwetka sąsiadki migała za oknami, bo ich dom tuż przy ziemi, zimą nawet w domu podłogi lodowate, trzeba chodzić w kapciach-futrzakach. Wszystkich z ulicy było widać jak w telewizorze.
“To Werka w sklepie. Zaraz i Jadźka wyjdzie, ona to lubi pospać”
Basia za długo nie chciała wzywać pomocy, leżała, marzła, bo październik wywiał ciepło przez uchylone okno. Chciało się jeść i do łazienki
Sąsiadki zaniepokoiły się same. Gdzie to widziane, żeby Basia nie włączyła radia przy śniadaniu?! Zaspała? Niemożliwe! Basia ma wbudowany budzik, zawsze wstaje jak w zegarku!
Najpierw pukały Weronika z Jadwigą, potem dołączył dozorca. Pytał pokracznie, czy nie trzeba pomóc, potem, na prośbę pań, rozbił drzwi. Wpadli do środka, a za nimi głośna Jadwiga, dalej Weronika.
Basia! Gdzie jesteś?! Co się stało! krzyczała Jadwiga Wiktorowna. Ze strachu jeszcze bardziej ogłuchła, w głowie pusto.
Zobaczyli leżącą Basię. Wyprosili dozorca.
Wstyd, dziewczyny, nie patrzcie na mnie, idźcie, nie ma tu co stękała Basia, a Weronika już zmienia pościel, myje, przebiera. Dla Werki to była codzienność opiekowała się sparaliżowanym mężem, co to z rusztowań poleciał. Weronikę pochowała go osiem lat temu z domieszką żalu i ulgi zarazem.
Męczył się już bardzo, mówiła, stojąc przy grobie. Teraz mu lekko. Tam, kiwała w niebo, znów jest jak nowy.
Czemu taki złośliwy i sknerowaty jej mąż miałby iść do nieba tego przyjaciółki nie rozumiały, ale przekonywać jej nie próbowały. Niech się cieszy…
Basia trafiła do szpitala. Diagnoza była nieubłagana Całą noc przepłakała, przeklinając się i przekonując współlokatorki, że to kara Boża.
Ale za co?! dziwiły się inne.
A znalazłoby się. Basia urodziła córkę śliczną, rudą Lidię mając dziewiętnaście lat, z wielkiej miłości do kolegi z klasy. Chodzili, spotykali się, potem wydarzyło się to coś, o czym nawet Weronice i Jadwidze Basia się wstydziła mówić. Skończyli szkołę, Basia zorientowała się, że jest w ciąży. Matka wysmagała ją ręcznikiem, kazała biec do szpitala, “może coś wymyślą”. Co zrobili? Urodzić kazali, jak już tak wyszło. Matka Basie próbowała dać lekarzom pieniądze, szukać winnych “dzieciobójców”, nie zdążyła. Basia uciekła do kuzynki na wieś. Tam urodziła Lidię, dwa lata tułała się po PGR-ach. Matka ją odwiedzała, z wnuczką się oswajała bardzo powoli.
A ojciec? Umył ręce. Przecież nie będzie sobie życia psuł, kajdany wiązał przed nim politechnika, kariera, dyplomacja… Basia i Lidia nie w planach! Inteligentna rodzina nie chce tego w papierach!
Jak Lidia miała dwa i pół roku, matka zabrała je obie z powrotem do Warszawy. Weronika z Jadwigą były jak ciocie-nianie. Lidia wędrowała między mieszkaniami, pilnowana przez trzy pary oczu: babci, Weroniki (wtedy jeszcze bystrej) i Jadwigi, niezmiernie czułej.
Śmiesznie i obco było im, że Basia była dziewczynką, a już jest mamą, że wie coś, czego one nie Ale później zrozumiały to wciąż ta sama Basia, tylko bardziej zmęczona.
Basia skończyła studia zaocznie, pracowała, wychowywała Lidię. Matkę pochowała, gdy Lidia miała dziewięć lat.
I nagle zagraniczna delegacja w drukarni. A tam Francuz! Żaden pion polityczny i żadna komórka partyjna go nie powstrzymała, Basii też nie, choć na rozmowy ją ciągali. Ale miłość wiadomo.
Werka z Jadwigą oczy wytrzeszczały, gdy Pierre przywoził Basii prezenty ubrania, lalki, talerze Potem poprosił ją o wyjazd.
Ma, wyobraźcie sobie, willę pod Paryżem! I dla mnie pokój, i opowiadała podekscytowana Basia.
A Lidia? zaraz zapytała Werka.
Zostanie tu, jak się urządzę, zabiorę ją, ja tłumaczyła się jak panna młoda. W głowie orkiestra, marsz weselny tak huczał, że własne myśli nie dochodziły do głosu.
Ona ci nie wybaczy, Weronika odstawiła filiżankę, wstała i wyszła. Jadwiga jeszcze postała, zaraz też poszła. Basia tylko kiwała głową one po prostu jej zazdroszczą! Lidia zrozumie, przyjedzie, co w tym złego?
Mamo, a gdzie mój bilet? poważnie pytała po powrocie ze szkoły Lidia. I jak mam powiedzieć w szkole, że…
Ty zostajesz, Lidzka. Taka podróż to dla ciebie za wcześnie. Ja wrócę, zabiorę cię później, a teraz zamieszkasz u…
Basia aż podskoczyła, gdy rozległ się huk rozbitej przez Lidię pamiątkowej wazy od Pierra. W ścianę poleciały talerze i filiżanki…
Lidia potem przyznała cioci Weronice, że tego dnia coś w niej zgasło. Brak tchu, dławiąca złość, ręce bezradnie skrobią powietrze, w oczach ciemno.
Twoja mama wróci. Zobaczysz, nie wytrzyma długo bez ciebie. I wtedy będziesz musiała zdecydować, czy jej wybaczysz, czy nie powiedziała Werka, gdy Lidia się wypłakała. Możesz czuć co chcesz. Ja jej nie będę oceniać. Ale… sami żyliśmy monotonnie, łatwo się oszukać wizją lepszego życia. Taka już nasza słabość…
Weronika też kiedyś dała się zwieść kobieta na bazarze obiecała sprzedać jej świetną futrzaną czapkę. Przymierzyła, zapłaciła, dano tobołek i kazano szybko iść. W domu same szmaty. Czapki ani śladu. Piękna, proszę państwa, nie wyszła.
Basia wyjechała. Lidia nie odprowadzała jej na peron, listów nie czytała. O życiu córki Basia dowiadywała się tylko od przyjaciółek.
Wróciła po pół roku to dla nastolatki wieczność. Lidia znienawidziła ją wtedy, wszystkie prezenty wyrzuciła do śmieci.
No i co, choć za mąż wyszłaś? spytała cicho Jadwiga.
Nie Basia pokręciła głową. Rodzina Pierra stwierdziła, że nie pasuję z dzieckiem. Zaproponowali, abym oddała Lidię, drobnostka jak to określili. Wiesz Basia szeptem, gdy to usłyszałam, gdy zobaczyłam, że Pierre ich popiera, naplułam na ich lśniący parkiet i wróciłam. Czy Lidia mi wybaczy?
Jadwiga wzruszyła ramionami, pomilczała, potem odpowiedziała:
Z czasem. Musi dorosnąć, sama się sparzyć, zakochać. Wtedy może zrozumie. Nie bronię cię, Basia, głupio i okrutnie postąpiłaś.
Wtedy Weronika i Jadwiga miały już własnych mężów, synów. Wyjechać choć na parę dni nie do pomyślenia…
Za ten grzech Basia uważała się za ukaraną. Stąd te nogi.
Lidia zatrudniła matce opiekunkę, lecz ta była obca, szorstka. Basia milczała, bo bez pomocy by sobie nie poradziła. Pewnego razu opiekunka przypadkiem oblała ją wrzątkiem. Basia zaczęła krzyczeć, płakać. Skóra puchła, piekła, kobieta uciekła. Basia została naga w łazience z bólem i łzami przed oczami.
Ściany cienkie sąsiedzi wszystko słyszą. Weronika przybiegła na ratunek. Miały z Jadwigą klucze od mieszkania Barbary. Wyleczyły. Werka została jej opiekunką.
Nie wygłupiaj się! Ja ci płacić nie będę, burknęła Weronika. Zaś te pieniądze wydaj na rozsądek! Jesteśmy już stare, nie będziemy się głupotą zajmować!
Cóż tu się wstydzić? Razem do bani chodzone, w kolejkach do przychodni wysiedziane, znamy siebie na wylot. Po tylu perypetiach tyle się wycierpiało, nie wypada sobie wyciągać ręki po złotówki.
Temat zamknięto. Werka opiekowała się Basią, potem szła wyprowadzić Jadwigę. Ta potrafiła wpaść pod auto albo hulajnogę, w mieście radziła sobie słabo ze słuchem było coraz gorzej. Weronika pod ramię i na spacer. Wolno szły wzdłuż Nowego Światu, potem przez Powiśle, czasem przez cichutki Mokotów. Lubiły siadać na ławce w parku, patrzeć na dzieci, wspominać chłopaków, którzy do lip się wspinali i spodnie darli. Tu wszędzie rosną lipy. Gdy kwitną zapach aż kręci w głowie. Jadwiga kochała suszyć lipowe kwiaty, znała się na herbacie z lipy jak nikt. Z Weroniką i Basią miały zwyczaj wieczorów herbacianych z lipowym naparem u Jadwigi, przy maleńkim stole w kuchni, w porcelanowych filiżankach. Każda przynosiła coś domowego rarytas, jakiego nie znała żadna kuchnia włoska. A synowie tylko kręcili się pod nogami, przez co zwykle, zamiast coś z Toskanii, na stole lądowało pyszne polskie kluchy albo sernik.
Jadły, popijały herbatki, patrzyły przez okno na ogród i tańczące na lipach kwiatki. Rozmowy były szczere Basia o Paryżu, Weronika o muzeum i artystach, a Jadwiga która pracowała na Stomilu więcej milczała. Już wtedy zaczynała tracić słuch.
W czasie wojny, po wybuchu bomby, omal nie ogłuchła. Głowa bolała, jakby chciała wybuchnąć mała Jadwiga myślała, że to jak arbuz: pęknie i po sprawie. Kładła się na podłodze, ściskała głowę. Mamy nie było w domu, więc sama się ratowała I tak z wiekiem słuch coraz gorszy.
W fabryce Jadwiga poznała męża. Był starszy aż o dwanaście lat.
Na co ja ci, dziewczyno? zasłaniał twarz poparzoną. Młodego znajdziesz, a ja umrę z rozpaczy!
Po ślubie, całą pierwszą noc sprawdzał, czy Jadwiga śpi obok, słuchał zegara, myszy pod podłogą, deszczu o dach, jej oddechu. Zasnął dopiero bladym świtem, gdy ona już wstała do śniadania. Teraz Jadwiga patrzyła na niego. Nie bała się blizn, siwizna mu nawet pasowała, oczy miał wciąż chłopięce.
Ivan był jedyną miłością Jadwigi. Niebo zabrało go wcześnie, miał ledwie pięćdziesiąt pięć lat. Po prostu się nie obudził. Jadwiga stała nad nim, łzy kapały na policzek, a ona je wycierała, by nie były gorące, by go nie poparzyły…
Syn Egon wezwał sąsiadki, zabrali Jadwigę i chłopca do siebie. Razem płakali, a Lidia przestraszona, że cierpienie jest tak realne i bliskie zrozumiała wtedy, że mama jest dla niej wszystkim. Zaczęła wybaczać, kropla po kropli, wracała do matki, nieudanej paryżanki.
Mąż Weroniki nie budził sympatii wśród przyjaciółek. Mówi, że miękko, a śpi się twardo powtarzała Basia. Wszystko wyliczał, rachował, obiecywał, ale gdy przyszło do kupna, to później. Na nowe firany szkoda, na lodówkę drogo. Na wynajęcie auta po lodówkę za drogo, więc Weronika marzeń realizować nie mogła.
Czekała w domu, miejsce było gotowe, gniazdko w ścianie też A Andrzej wracał wkurzony, tupał i mruczał, że on nie pozwoli, on wie lepiej…”
Po co za niego wyszłaś? pytała cicho Jadwiga, gdy mąż odmówił nawet szafy.
Bałam się, że nikt na mnie nie spojrzy. Wy z Basią jesteście ładne, a ja mysz Kto mnie zechce?
Rozwiedź się! radziły chórem koleżanki.
Nie mogę. Dla syna, dla Michała. On lubi ojca, nie zrozumiałby. Nie, dziewczyny…
Jadwiga i Basia przewracały oczami, narzekały na Andrzeja, ale nagle Weronika jakby rozkwitła. Idzie ulicą płynie lekko i śmieje się sama do siebie.
Co się dzieje? surowo pyta Jadwiga. Co to za radość z takim mężem?
Weronika najpierw macha ręką, potem cichutko wyznaje:
Zakochałam się. Związałam z kimś dobrym, który pokazał mi, co znaczy męskie oparcie…
Płakała, a Jadwiga kiwała głową. Z jej zasadami Werka nigdy się nie rozwiedzie, będzie dręczyć siebie i wybranka…
Ten romans trwał długo, aż Michał był już dorosły, zdawał na studia, a jego ojciec przeszedł udar i już nie wstał. Weronika pielęgnowała, winiła się za położenie męża, prosiła o wybaczenie, a on tylko chrząkał.
Gdy zmarł, adorator zaproponował ślub, ale Weronika odmówiła.
Michał by tego nie zrozumiał. To byłaby zdrada.
Ten mężczyzna znikł z Warszawy. Gdzie nie wiadomo. Nie pisał, nie dzwonił. Nie wyciągnął Weroniki z kokonu winy i żalu, a szkoda. Dobrze jej zrobił i lodówkę, i segment mebli, i Michałowi kurtki. Ale gospodarzem nigdy się nie stał. Szkoda
Lata mijały, sąsiadki starzały się razem z domem, półokrągłym jak obwarzanek, z wysokimi lipami obok. W szkole artystycznej rosły talenty, dorośleli muzycy. Ich próby i recitale na żywo słuchały trzy staruszki, często przychodząc na koncerty.
Barbara na wózku, pod kocem, w aksamitnej sukience z koronkowym kołnierzykiem, Weronika wyprostowana, elegancka w kakaowej sukience z pasem obszytym koralikami i bucikach na niziutkim obcasie. Jadwiga ta chodząca za towarzystwo nie słyszała już prawie nic, ale uśmiechała się pogodnie, w spodniach i szarym żakiecie, z wysłużoną torbą i aurą takiego spokoju, że brano ją czasem za jakąś inkognito pianistkę.
Wszystkie trzy w koronkowych rękawiczkach, na cześć paryskiej przeszłości Barbary.
Nie obwiniaj się już, Basia! mówiąc i krojąc ciasto, rzuciła Weronika. Lidia dorosła, dawno jest żoną i mamą. Wie, co znaczy miłość. Twojego Pierre’a może i nienawidzi, i dobrze, ale ciebie kocha.
Taak! potakiwała Jadwiga. Młodość jest okrutna, zero kompromisów. Potem przychodzą cienie, półtony. Lidia wtedy nie rozumiała, cierpiała, ale dorosła i przemyślała. Ale Pierre ci, Basia, żaden anioł…
Postawiły jeszcze raz samowar. Elektryczny, bez szyszek, bez leśnego aromatu ale ładny, pękaty. Dobrze jest przy nim, milsze rozmowy, cieplej w sercu. Odbija się w nim cień matek tych wszystkich, co już są starsi. On jest ich skarbem i wspomnieniem, pielęgnują go, pucują.
Za oknem padał już deszcz na zwiędłe liście. Za chwilę pierwszy mróz, czarne aksamitki przed domem, zwinięte liście nagietków. Jesień już w powietrzu, ale chwilowo łaskawa.
Do podwórka, chlupocząc kołami po asfalcie, wtoczył się samochód. Mignęły światła, zgasły. Ktoś pobiegł na obcasach, zbliżył się do drzwi. Barbara znieruchomiała, nasłuchuje.
Dzwonek. Weronika otworzyła, przepuściła Lidię przodem, ucałowała, wskazała kuchnię.
Czekała. Martwi się. Idź, córeczko, idź! Wszystkiego najlepszego!
Lidia przyniosła swoje ulubione dalii, głębokie fioletowe z żółtym środkiem. Za bukietem nie widać solenizantki, a ona płacze. Siedzi, łzy ciekną, bo ciągle nie wierzy, że dawno jej wybaczono. Albo sama nie umie sobie wybaczyć i jeszcze się cieszy. Urodziła dziś córeczkę, malutką rudzielkę, kociaka w różowym kocyku. Szczęście!
A jeśli dzisiaj zagląda się w okno tego starego, półokrągłego domku za dawnym dworem oficerskim, zobaczy się trzy rozchachane babeczki przy stole: śmieją się, wspominają, herbatę piją i czekają, czekają… Na dzieci, wnuki, prawnuki na tych, dla których wszystko tu było warte. Niedługo się rozproszą, odejdą cicho, więc trzeba zdążyć się poprzytulać, pożyć razem. To jest bezcenne.



