9 października 2023, Warszawa
Dziś znów wspomniałem, jak zmieniło się moje życie po śmierci Asi, mojej żony. Minęły już trzy miesiące od tamtej nocy, a ja ciągle szukałem sensu w każdym kolejnym dniu. Wtedy usłyszałem od kolegi z pracy, że w Oknie Życia przy szpitalu na Woli ktoś zostawił maleńkie dziecko. Długo biłem się z myślami, ale po rozmowie z księdzem i moją mamą postanowiłem: spróbuję dać mu dom.
Szybko zebrałem wszystkie wymagane dokumenty, chociaż przyznam szczerze papirologia i urzędy nigdy nie były moją mocną stroną. Przeszedłem przez szereg wizyt i kontroli od opieki społecznej, pani psycholog i pani z urzędu miasta. Sprawdzali, jak mieszkam, jak się trzymam po tragedii, czy nadaję się na samotnego ojca. Ku mojemu zaskoczeniu i chyba mojego brata, który bardzo mnie wspierał wszystko przeszedłem pomyślnie.
Kilka dni później wziąłem w ramiona mojego syna. Nadałem mu imię Bartosz po moim ojcu, bo wiedziałem, że gdyby Asia widziała, byłaby dumna. Od razu poczułem się ojcem od zawsze. Codziennie rano szykowałem mu śniadania, chodziłem z nim do parku Skaryszewskiego, a wieczorami czytaliśmy bajki o Bolku i Lolku. Chociaż moje serce długo goiło się po stracie, Bartek dał mi nową siłę.
Gdy Bartosz miał już cztery lata, zaczął wypytywać o rodzeństwo. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że dam radę, ale moja praca w IT pozwala mi zarządzać wszystkim przez Internet, więc mogłem zostać w domu i zająć się dziećmi. Zgłosiłem się do kolejnej adopcji i znów cała machina ruszyła dokumenty, wizyty w urzędach, rozmowy z lekarzami. Tym razem wszystko poszło szybciej, bo już znałem procedury. Pani w domu dziecka zaprowadziła mnie do pokoju i wskazała małą Zosię, która właśnie skończyła trzy dni. Gdy tylko ją zobaczyłem, wiedziałem: będzie moją córką.
Od tamtej pory jesteśmy we troje ja, Bartosz i Zosia. Każdy dzień zaczynam z wdzięcznością, a kiedy liczę grosze w portfelu, wiem, że mogę wszystko, dopóki jesteśmy razem. Nauczyłem się, że nawet po największej burzy można odnaleźć ciepło domowego ogniska. Trzeba mieć odwagę, by sięgnąć po szczęście nawet jeśli czasem wydaje się, że świat się kończy.



