Trzy lata remontu bez odwiedzin gości

Trzy lata remontu bez gości

Basia odłożyła kubek na parapet i dokładnie w tym momencie usłyszała, jak Tomek znieruchomiał w korytarzu. Poczuła jego spojrzenie plecami, choć stała odwrócona twarzą do okna. Przerwa ciągnęła się tak długo, że można by w niej utonąć.

Położyłaś kubek na parapet odezwał się wreszcie. To nie było pytanie, tylko stwierdzenie faktu.

Tak, Tomku. Położyłam kubek na parapet.

Tam jest lakierowana powierzchnia. Gorące zostawi ślad.

Wiem.

To po co?

Basia odwróciła się. On miał czterdzieści osiem lat i wyglądał dokładnie na swoje lata. Ani mniej, ani więcej. Stał w drzwiach kuchni w szarej domowej koszulce, z poziomicą w dłoni. Poziomicę trzymał zawsze, jak inni smartfona.

Bo nie mam gdzie indziej go postawić odpowiedziała. Stół zakryty folią, drugi taboret do góry nogami. Podłoga w przedpokoju jeszcze nie wyschła po gruntowaniu. Piję herbatę stojąc przy oknie, Tomku. Stoję tu już trzeci rok.

Spojrzał na kubek. Potem na nią. Potem jeszcze raz na kubek.

Położę podstawkę.

Nie trzeba podkładki.

Ale zostanie ślad.

Niech zostanie.

Zmrużył oczy. Tak zawsze patrzył, gdy nie był pewien, czy sobie żartuje, czy nie. Basia zresztą sama już nie była pewna.

Basia, no co ty…

Koniec powiedziała cicho, a to słowo wpadło w ciszę jak kamień do Wisły. Koniec, Tomku.

Najpierw nie zrozumiał. Zapytał jeszcze raz:

Co znaczy koniec?

Pakuję się.

Cisza rozciągnęła się niemiłosiernie. Za oknem zatrąbił samochód, zaraz ucichł. Tomek powoli opuścił rękę z poziomicą.

Przez parapet?

Nie. Nie przez parapet.

Basia dopiła herbatę i odstawiła kubek z powrotem na lakier. Zdecydowanie, bez żalu.

Miała czterdzieści pięć lat. Pracowała jako księgowa w małej firmie, wieczorami lubiła czytać, w pracy hodowała maleńkiego kaktusa, któremu dała na imię Feliks, i od bardzo dawna nie zaprosiła żadnej znajomej do siebie. Bardzo dawna. Trzy lata, żeby być precyzyjną.

Poszła do sypialni.

Trzy lata wcześniej, gdy kupili to dwupokojowe mieszkanie na piątym piętrze kamienicy przy spokojnej uliczce na warszawskim Mokotowie, Basia była wniebowzięta. Prawdziwie, fizycznie szczęśliwa. Pamiętała, jak z Tomkiem stali pośrodku pustych pokoi z odpadającymi tapetami i podłogą pomalowaną farbą i ona patrzyła przez okno na jesienne kasztanowce i myślała: to jest to. To jest nasz dom.

Tomek wtedy też był inny. A może jej się tak wydawało. Chodził po mieszkaniu z centymetrem, coś mierzył, notował w zeszyciku i oczy mu błyszczały tym ogniem, który kiedyś tak w nim kochała. Ogniem człowieka, który wie, czego chce i potrafi to zrobić sam, własnymi rękami.

Basia, patrz rozwijał przed nią kartkę w kratkę z pomysłami na projekt. Tu będziesz mieć kuchnię otwartą na salon. Półki zabudowane w ścianie, od podłogi po sufit. Oświetlenie ledowe z możliwością ściemniania… Widzisz?

Ślicznie mówiła i naprawdę tak myślała.

Wszystko zrobimy sami. Powoli, ale raz a porządnie. Na całe życie.

To na całe życie powinna była wtedy usłyszeć. Zrozumieć, że za tym kryje się coś więcej niż chęć oszczędności na ekipie.

Pierwsze pół roku przypominało przygodę. Mieszkali wśród remontu. Basia gotowała na kuchence turystycznej, bo gaz był jeszcze odcięty. Spali na materacu łóżka nawet nie rozpakowali. Jedli z plastikowych naczyń, bo nie było gdzie myć. Uciążliwe, ale trochę romantyczne i w sumie do zniesienia. Wtedy.

Potem zaczęło się coś zmieniać. Powoli, jak podmywa się ziemia pod fundamentem.

Tomek remontował każdą wolną sobotę, a czasem także wieczorami po pracy. Był kierownikiem budowy, wiedział o materiałach więcej niż większość złotych rączek. To dobrze. Ba, wręcz doskonale. Problem nie tkwił w jego umiejętnościach.

Problem był taki, że on nie potrafił przestać.

Początkowo Basia nie zwracała na to uwagi. Podejrzane uczucie przyszło dopiero po ośmiu miesiącach remontu, gdy siedziała z koleżanką Krysią w kawiarni, a Krysia spytała:

No i kiedy w końcu mnie na tą kawę zaprosisz? Obiecałaś pierogi!

Jeszcze chwila odparła Basia. Tomek mówi, że do Sylwestra się uwiniemy.

Sylwestra spędzili w trybie remontowym. Gości nie zapraszali, bo w salonie stały płyty gk i koziołki. Popijali szampana w kuchni, ona była już prawie gotowa. Prawie.

Tomku, za rok robimy normalną imprezę oznajmiła Basia, rozlewając szampana.

Jasne obiecał. Skończę sufit w salonie, położę parkiet, zrobimy.

Sufit skończył w marcu. Wtedy okazało się, że trzeba poprawić hydraulikę w łazience bo majster źle położył rurki, a Tomek nie mógł na to patrzeć. Potem stwierdził, że okno balkonowe do poprawki pianka montażowa opadła i powstała szpara. Trzy milimetry. Tomek znalazł ją miarką.

Basia jeszcze wtedy żartowała: Mój mąż walczy z trzema milimetrami. Koleżanki się śmiały, ona również. Było śmiesznie.

Parkiet w salonie kładli w maju, gdy można było otworzyć okna. Basia nosiła panele, podawała narzędzia, odkurzała kurz przemysłowym odkurzaczem. Tomek pracował jak chirurg: każdy rząd poziomicą, laserem. Kilka razy podnosił panele i układał na nowo, bo szczelina nie taka.

Tomku, widzisz to tylko Ty… încercowała.

Ja widzę rzucił bez podnoszenia głowy.

To był pierwszy raz, gdy poczuła w jego słowach coś, co ją zatrzymało. Nie zabolało. Po prostu zatrzymało. Stała z mokrą szmatką w ręce, patrzyła na jego kark i miała dziwne przeczucie, że zrozumiała coś ważnego, choć jeszcze nie wiedziała co.

Parkiet skończyli w czerwcu. Wyszło przepięknie. Jasny dąb, cienkie pióro, idealna geometria. Basia przejechała po nim dłonią.

Ładnie.

Jeszcze polakieruję zapowiedział Tomek. Dobrym lakierem, niemieckim.

Kiedy?

Za tydzień.

Za tydzień odkrył, że listwa przy ścianie odchodzi o pół milimetra. Lakierowanie odwołane.

To wtedy, w czerwcu, Basia zadzwoniła do Krysi i umówiła się na kawę. Siedziały pod parasolem, piły zimną herbatę, Krysia pytała:

No to jak? Kiedy wpadam?

Niedługo odpowiedziała Basia… i zamilkła.

Coś się dzieje?

Nic. Ale… Wiesz, Krysiu, zaczynam mieć wrażenie, że on nigdy nie skończy.

Każdy facet tak ma. Wszystko przekładają…

Nie, Ty nie rozumiesz. On nie przekłada. On jakby… wcale nie chce skończyć. Rozumiesz? Bo póki nie jest skończone, ma wymówkę. Żeby nie zapraszać gości. Żeby nie ustawiać mebli. Żeby nie żyć normalnie.

Krysia przyjrzała się jej poważnie.

Mówiłaś mu to?

Próbuję. Ale on zawsze tłumaczy, że zaraz już końcówka i będzie idealnie.

Ty chcesz idealnie?

Basia milczała.

Ja chcę do domu powiedziała w końcu. Po prostu do domu.

W domu tego wieczoru Tomek rozkładał próbki farb na ściany. Na stole około dwudziestu. Wszystkie białe, ale każdy inny.

Zobacz wyjaśniał. To biel ciepła, z kremem. Ta zimna, z szarością. Tu odcień lekko błękitny. Różnica minimalna, ale za dnia kluczowa. Myślę, wybierzemy tę.

Wskazał jedną. Basia widziała wyłącznie biel. Nic więcej.

Tomku westchnęła. Mi wszystko jedno.

Patrzył na nią jak na kosmitę.

Jak to? Będziemy tu mieszkać!

No właśnie. Tu się mieszka, są tu ludzie. Żyjący. Nikt nie rozgląda się, czy ściana jest o ton jaśniejsza.

Widzą. Ale nie są tego świadomi.

Dobrze, wybierz sam.

Zawsze wybierał sam. Najpierw Basia się cieszyła, bo on zna się na rzeczy. Potem zauważyła, że jej opinia coraz rzadziej jest pytana. W końcu przestał ją pytać wcale. Subtelnie. I tak robił wszystko po swojemu. Jak mówiła podoba mi się ta płytka, tłumaczył, że technicznie lepsza jest inna. Jak proponowała postaw tu kanapę, pokazywał na wizualizacji, że tak nie można. Mówiła lubię to, on zawsze ale poprawniej jest inaczej.

Przestała mówić lubię. Po co.

Jesienią, w październiku, odwiedzić chciał Tomka dawny kumpel Wojtek z Poznania. Zadzwonił, że będzie przejazdem, chciał przenocować. Basia się ucieszyła. Kupiła dobre produkty, odkurzyła stół, wyjęła porcelanę.

Tomek powiedział, że Wojtek nie może spać, bo w sypialni są prace.

W sypialni żadnych prac nie było. Normalne łóżko, szafa jak trzeba Basia wiedziała.

Tomku zapytała cicho po rozmowie jakie prace?

Zawahał się.

Podłogę w jednym miejscu muszę zdjąć. Wojtek by nie wytrzymał tego zapachu.

Jaki zapach? Tam nie śmierdzi.

Basia, po co komuś pokazywać mieszkanie w tym stanie?

W jakim stanie?

Nieukończone.

Basia patrzyła na niego i poczuła, jak grunt usuwa się spod nóg. Dosłownie. Bo właśnie zrozumiała: on się wstydzi. Własnego mieszkania, które sam urządza, bo jeszcze nie jest takie, jak je sobie wymarzył. I dla tej iluzji, skłamie nawet najlepszemu przyjacielowi.

W porządku powiedziała. Nic więcej.

Wojtek przyszedł na herbatę, zjadł z Tomkiem kolację na mieście, przenocował w hotelu. Basia jadła w domu, sama.

Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Wpatrywała się w sufit, który Tomek wymalował idealnie białą farbą ani plamki, ani szwu. Idealny sufit nad idealnym łóżkiem w pokoju, gdzie nie było gości już dwa lata.

Zimą mama Basi zachorowała. Niby nieduży kłopot, zwykła grypa, ale mama była sama, więc Basia kursowała dwa razy w tygodniu na drugi koniec Warszawy. Czasem nocowała. Tomkowi to nie przeszkadzało on malował akurat od środka loggię jakimś specjalnym impregnatem w dwa etapy.

Pewnego wieczoru wróciła wcześniej niż zwykle i zastała go w korytarzu, siedzącego z lupą i badającego szczelinę przy listwie.

Coś się stało? spytała, zdejmując płaszcz.

Przerwa odparł bez odrywania wzroku.

Nie zapytała jak duża. Wiedziała, że on i tak wyjaśni to w milimetrach.

Tomku powiedziała. Jadłeś dziś coś?

Pomyślał chwilę.

Nie pamiętam.

Rano coś było chyba…

Weszła do kuchni, ugotowała makaron, usmażyła jajko. Przyszedł, gdy już kończyła.

Dzięki.

Nie ma za co.

Jedli w ciszy. Za oknem prószył śnieg. Na stole leżał katalog okuć do szafy w przedpokoju, wybieranej już od roku.

Tomku… opowiedz mi coś. Nie o remoncie.

Zerknął na nią, jakby chciała, by zaczął nagle rozmawiać po japońsku.

O czym?

O czymkolwiek. Jak ci minął dzień. Co cię śmieszy, porusza, martwi… O czymkolwiek innym niż szczeliny i materiały.

Długo się zastanawiał. Basia widziała, że to nie zbywanie. On naprawdę próbował znaleźć coś, co nie ma nic wspólnego z remontem. I nie znalazł.

Nie wiem. Chyba nic.

Po tej rozmowie długo wpatrywała się w ciemność. Zastanawiała się: kiedy żywego człowieka zamieniło się w zestaw funkcji? Czy zawsze taki był, a ona tego nie widziała? Nie, pamiętała innego Tomka. Jak jechali jego Oplem w Bieszczady, a on opowiadał jej o gwiazdozbiorach. Wszystkie znał na pamięć. Pokazywał palcem tu Kasjopea, tu Wielki Wóz, a tu Plejady, widzisz? Widziałam.

Gdzie się podziały Plejady?

W trzecim roku przestała mówić koleżankom, że już zaraz koniec. Bo to było nieprawda. Remont się kończył i zaczynał od nowa. Tomek znajdował nowe niedoskonałości. Płytki okazywały się zbyt kruche, farba po wyschnięciu miała nie ten ton, klamka dobra, ale zawias skrzypi zimą… Każde niedociągnięcie rodziło nowy cykl robót.

Basia kupiła sobie lampkę nocną. Najzwyczajniejszą z materiałowym abażurem. Postawiła na szafce. Wieczorem Tomek spojrzał i zapytał:

Skąd to?

Kupiłam.

Po co? Mieliśmy planować wbudowane spoty.

Chcę czytać przed snem.

Spoty będą lepsze.

Kiedy?

Nie odpowiedział.

No właśnie podsumowała. Spoty będą kiedyś, a czytać chcę dzisiaj.

Lampka postała tydzień. Potem Tomek przyniósł ze schowka lampkę na metalowej podstawce i postawił obok bo lepsza, daje równy strumień.

Basi lampka poszła w kąt. Potem na półkę. W końcu Basia znalazła ją w schowku, przy kartonach z gruntem.

Nie powiedziała nic. Wzięła lampkę z powrotem. Tomek znów ją przestawił na półkę. Ona z powrotem na szafkę.

On się nie odezwał. Ona też nie.

Lampka została na szafce. To była mała wygrana i mała tragedia jednocześnie. Bo w normalnym domu, w normalnej relacji, to nie byłoby ani wygraną, ani porażką. Tylko lampką. Ot, mebel.

Na wiosnę trzeciego roku, w kwietniu, Basia napisała do Krysi w przerwie w pracy: Kryśka, a może byśmy się gdzieś wyrwały na parę dni? Bez chłopów. Do sanatorium albo nad jezioro?

Krysia odpisała: Jadę! Kiedy?

Pojechały w maju, do małego pensjonatu za miastem. Basia wzięła wolne. Tomka to zdziwiło, ale nie sprzeciwił się akurat przerabiał łazienkę.

W pensjonacie Basia miała skromny pokoik, drewniane meble, kolorowy narzuta i uchylone okno, przez które pachniało lasem. Wszystko odrobinę obdrapane, trochę krzywe, z drobnymi ryskami. I właśnie wtedy zrozumiała, że jej tu dobrze. Po prostu dobrze. Pierwszego dnia położyła się na łóżku z narzutą w kwiaty, spojrzała na sufit z pęknięciem przy lampie i się popłakała.

Krysia leżała na sąsiednim łóżku. Nie pytała. Po prostu była.

Mieszkam w muzeum powiedziała Basia po chwili. Idealnym, pięknym, ale martwym muzeum.

Krysia milczała. Potem dodała:

Mówiłaś mu?

Tak.

I?

On twierdzi, że zaraz się wszystko poprawi. Zawsze zaraz.

Może czas do psychologa? Razem?

On nie pójdzie. Uważa, że psycholog to dla ludzi z prawdziwymi problemami. A on ma tylko remont.

W milczeniu pachniało lasem, a Basia myślała: właśnie tego mi brakowało. Okna. Lasu. Narzuty kupionej bez wyliczania stopni i lumenów. Życia.

Wróciła po czterech dniach. W domu pachniało tynkiem. Tomek powitał ją w przedpokoju, zapowiedział, że poprawił półkę w łazience. Zdjęła buty, zostawiła torbę, poszła zobaczyć.

Fajnie powiedziała.

Widzisz? Teraz wszystko równo. Prawa strona była za szeroka o półtora centymetra.

Widzę.

Cały tydzień myślałem, jak to zrobić, żeby nie uszkodzić płytek. W końcu wymyśliłem.

Super.

Przebrała się. Położyła na łóżku. Spojrzała w perfekcyjny sufit.

W czerwcu odbyła się rozmowa, którą zapamiętała bardzo dokładnie. Była niedziela, wieczór, dziewiętnasta. Tomek malował coś w schowku. Basia gotowała obiad i słyszała szelest taśmy malarskiej, przesuwane kartony.

Tomku! zawołała.

Co?

Za dwadzieścia minut jest obiad.

Dobrze.

Nakryła stół. Za dwadzieścia minut nie wyszedł. Ani po czterdziestu. Zapukała.

Obiad stygnie.

Jeszcze pięć minut.

Po pięciu minutach nie wyszedł.

Zjadła sama. Pozmywała. On wyszedł ze schowka koło wpół do jedenastej. Zobaczył pusty stół.

Ojej, straciłem poczucie czasu.

Wiem.

Ogrzać ci?

Ogrzej sobie.

Poszła do sypialni, wzięła książkę. Czytała, a może udawała, że czyta. Gdy przyszedł, zapytała, nie podnosząc wzroku:

Tomku, szczęśliwy jesteś?

Długa cisza.

No… chyba tak.

Jesteś pewny?

Basia, co to za pytania?

Normalne.

Położył się obok. Chwilę milczeli. W końcu powiedział:

Skończę schowek, zabiorę się za balkon. Tam trzeba ocieplić pod panele. I wtedy mieszkanie będzie gotowe.

Zamknęła książkę.

Rozumiesz, że właśnie odpowiedziałeś na moje pytanie?

Jak to?

Spytałam, czy jesteś szczęśliwy. A Ty mówisz mi o balkonie.

Nie umiał odpowiedzieć. Milczał.

Dobranoc, Tomku.

Dobranoc.

Nie gasiła światła jeszcze długo. Siedziała z książką, słuchała jego oddechu i myślała, że w jakimś innym życiu leżą tak samo, ale rozmawiają o czymkolwiek. O serialu. O tym, jak mama Basi znów coś śmiesznego powiedziała. Że w ich ulubionej kawiarni zmienili menu. Po prostu rozmawiają.

A w tym życiu była cisza. Idealna jak sufit.

To tę rozmowę Basia sobie przypomniała rano, gdy stawiała kubek na parapecie. Wtedy zrozumiała, że słowo koniec dojrzało dawno. Potrzebowało tylko kubka, żeby wyjść.

Pakowała się metodycznie i bez łez. Brała rzeczy naprawdę swoje. Kilka książek. Kosmetyki. Ubrania. Lampkę. Dokumenty, ładowarkę. Małego kaktusa Feliksa, którego przyniosła z pracy pół roku temu, bo w domu nie było żywej rośliny. Tomek nie miał nic przeciwko kaktusowi. Kaktus nie zostawiał śladów.

Tomek stanął w drzwi sypialni, patrzył, jak wkłada rzeczy do torby.

Basia…

Tak?

Porozmawiajmy.

O czym?

Jak to o czym… Pakujesz się.

Tak.

Przez kubek?

Tomku… błagam cię. Sam wszystko doskonale wiesz.

Nie rozumiem. Naprawdę.

Zatrzymała się. Spojrzała na niego. Nie miał już poziomicy w ręce. Stał, wysoki, zdezorientowany. Prawdziwie zagubiony. Już dawno nie widziała go takiego.

Tomku powiedziała. Mieszkamy tu trzy lata.

Tak.

I przez trzy lata nie zjedliśmy z gośćmi ani jednej normalnej kolacji. Ani razu.

Bo mieszkanie…

Bo mieszkanie nie jest jeszcze gotowe. Ale nie będzie gotowe. O to chodzi. Zawsze znajdziesz coś do poprawy. Taki już jesteś. To nie wada. Ale nie umiem tak żyć. Mam dosyć tej niekończącej się budowy.

Jeszcze tylko chwilkę…

Nie. Powiedziała to delikatnie, ale stanowczo. To nie jest kwestia terminu. Tu chodzi o to, że przez trzy lata byłam u ciebie w gościach w swoim domu. Chodziłam na palcach, żeby nie zarysować. Zdejmowałam swoją lampkę, podkładałam podkładki pod kubki, nie zapraszałam koleżanek, bo wstydziłeś się nieukończonego remontu. Ja…

Głos jej zadrżał. Przerwała na moment.

Chcę żyć. Po prostu żyć. Z ryskami na podłodze, z plamą po kawie na parapecie, z gośćmi w niedzielę, z twoją starą kurtką na krześle. Ze wszystkim, co jest w żywym domu. U nas się nie udało.

Długo milczał.

Dokąd jedziesz?

Na razie do mamy.

Na długo?

Nie wiem.

Zapięła torbę. Wzięła Feliksa. Przeszła obok niego do korytarza, założyła kurtkę, buty, unikając patrzenia na idealny parkiet pod stopami.

Basia…

Hm.

Ja… nie wiedziałem, że to tak.

Wiedziałeś odpowiedziała. Po prostu nie myślałeś o tym.

Drzwi zamknęły się cichym kliknięciem. Bardzo delikatnym, jak w całym tym mieszkaniu.

Został sam.

Tomek postał w korytarzu minutę, potem przeszedł do salonu i usiadł na kanapie. Kanapę kupował trzy miesiące, materiał wybrał z katalogu nie rwie się, nie zbiera kurzu. Siedział na tej porządnej kanapie w porządnym salonie i rozglądał się dookoła.

Mieszkanie było piękne. Naprawdę piękne. Ściany w ciepłej bieli, parkiet bez szpary, sufit bez śladu, półki od podłogi po sufit wyrysowane jak od linijki, światło bez cieni, drzwi balkonowe bez szczeliny, płytki w łazience na styk.

Patrzył na to wszystko i czuł coś dziwnego. Nie dumę. Coś podobnego do mdłości, tylko wyżej niż w brzuchu.

Na półce stało kilka książek, których Basia nie zabrała. Spojrzał na nie i próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widział ją, jak czyta. Tak na serio. Dawno. Bardzo dawno.

Wstał, przeszedł do kuchni. Kubek stał na parapecie. Spojrzał na miejsce, gdzie go stawiała. Nie było żadnego śladu. Herbata dawno wystygła.

Umył kubek, wstawił do suszarki. Stał chwilę. Poszedł do sypialni. Położył się w ubraniu, niespotykane u niego. Wpatrywał się w sufit.

Sufit był perfekcyjny.

Leżał godzinę. Albo dwie. Stracił poczucie czasu. Potem wstał, poszedł do schowka. Tam stały puszki farb, wałki, narzędzia, wszystko starannie poukładane. Znalazł niewielką próbkę płytki, którą kiedyś kursował do Castoramy na porównanie. Pokręcił w rękach. Położył.

W schowku nie było nic zbędnego. Tylko on.

Wieczorem podgrzał coś z lodówki, zjadł, nie czując smaku, pozmywał. Mieszkanie było idealnie ciche. Dawną ruch, szum, zapach chemii. Teraz nic. Idealna cisza w idealnych pokojach.

Włączył telewizor, obejrzał fragment filmu, nie zrozumiał niczego, wyłączył.

Wziął telefon, patrzył na jej kontakt. Nie zadzwonił. Myślał.

Myślał nie o tym, jak ją odzyskać. Myślał o tym, co mówiła. O gościach. O lampce. O byciu gościem we własnym domu. To słowo szczególnie go bolało. Gość. W swoim mieszkaniu.

Przypomniał sobie Wojtka skłamał mu o noclegu. Czemu? Sam nie wiedział. Kłamał, bo mieszkanie niegotowe, choć doskonale nadało się do życia już rok wcześniej. Ono po prostu nie było tym ideałem, jaki obiecywał sobie osiągnąć.

Obiecał sobie zrobić perfekcyjne mieszkanie. I robił. I nie mógł zrobić, bo ideał nie istnieje. To nie sufit, który można domalować. To horyzont im bliżej, tym dalej.

Basia to rozumiała. On nie.

Albo nie chciał zrozumieć.

Wstał. Przeszedł po mieszkaniu, włączając światło w każdym pokoju. Zatrzymał się przy półce w salonie. Wszystko idealnie: książki według wielkości, dekor trzymam co do centymetra.

Na środkowej półce stało małe szklane serduszko. Z lekko rudawym kolorem, trochę krzywe, jak ręcznie dmuchane. Basia kupiła je dwa lata temu gdzieś na jarmarku. Wtedy powiedział: Po co ci to, tylko kurz łapie. Ona: Bo mi się podoba. Serduszko zostało. Nie protestował.

Teraz wziął je do ręki. Czuł ciepło szkła albo mu się zdawało.

Myślał o tym trzy dni. Chodził, nic nie robił, ledwo spał. W pracy się mylił, musiał poprawiać. Kolega zapytał: Tomek, wszystko gra? Odrzekł: Tak, wszystko.

Czwartego dnia napisał jej SMS-a: Basia, pogadamy?

Odpisała po godzinie: Możemy.

Zadzwonił. Odebrała po drugim sygnale.

Cześć powiedział.

Cześć.

Jak tam?

OK. U mamy dobrze.

Cisza. Słyszał jej oddech. Nie wiedział, jak zacząć. Od zawsze to ona rozpoczynała trudne rozmowy.

Basia, myślałem ostatnie dni.

Wiem.

Wiesz, co powiem?

Przeczuwam.

Rozumiem już, że… że źle wybrałem priorytety. Brałem nie to, co trzeba.

Milczała.

Mówiłaś o gościach. O lampce. Zapamiętałem. Teraz to rozumiem, wtedy nie. Albo nie chciałem.

Po co to mówisz?

Bo chciałbym, żebyś wróciła.

Długa cisza.

Tomku…

Nie proszę o powrót od razu. Mówię, jak jest. Chcę, żebyś wróciła. I chcę spróbować inaczej. Nie wiem, czy się uda. Ale chcę spróbować.

Milczała długo. Usłyszał odgłos może odstawiała kubek. Na parapet czy stół, nieistotne.

Wiesz, że samo spróbuję się zmienić to za mało? spytała wreszcie.

Wiem.

Wiesz, że nie mogę wrócić i żyć tak samo, jak żyłam?

Wiem.

Nie sądzę, byś wiedział. Nie obrażaj się. Mówisz teraz to, co powinieneś powiedzieć, bo jesteś przestraszony. Ale nie możesz ot tak się zmienić. To nie jest wkręcenie wkręta.

Wiem, że nie jest.

Więc co konkretnie proponujesz?

Zastanowił się.

Spotkajmy się. Tak normalnie pogadajmy, nie przez telefon.

Dobrze powiedziała po przerwie. Umówmy się.

Spotkali się w kawiarni. Zwykłej, z nieco wykrzywionymi krzesłami, menu na tablicy kredą. Basia w znanej, beżowej kurtce, trochę zmęczona, ale spokojna.

Zamówili kawę. Tomek patrzył na nią i nie wiedział, kiedy ostatni raz patrzył tak po prostu, bez rachowania fug w tle.

Jak mama? spytał.

Lepiej. Kupiła fiołki, sadzi kwiatki do skrzynki. Cieszy się, że z nią byłam.

Cieszę się.

Milczeli trochę.

Tomku powiedziała. Chcę, żebyś zrozumiał jedną rzecz. Tu nie o remont chodzi. I nie o to, że oddajesz się temu z pasją. To się chwali! Tu chodzi o to, że pomyliłeś narzędzia z celem. Mieszkanie to narzędzie do życia. A ty zrobiłeś z życia narzędzie do mieszkania.

Tak powiedział.

Zgadzasz się dla świętego spokoju, czy naprawdę rozumiesz?

Wziął kubek. Potrzymał. Odstawił.

Nie dasz rady tego sprawdzić rzekł szczerze. Ja też nie wiem, na ile się zmienię. Ale wiem, że tak dalej nie można. Póki nie wyjechałaś, wydawało mi się, że jest spoko. Kiedy wyszłaś zostało mi tylko ładne pudełko.

Basia spojrzała na niego.

Ładne pudełko powtórzyła cicho.

Tak.

Dobrze, że to widzisz.

Wrócisz?

Długo patrzyła przez okno. Za oknem lał zwykły wiosenny deszcz, ludzie spieszyli z siatami. Kwiaciarnia naprzeciwko: tulipany czerwone, rozwichrowane na wiatrze.

Spróbuję powiedziała wreszcie. Ale pod warunkiem.

Jakim?

Przez miesiąc żadnego remontu. Ani jednego gwoździa, żadnych katalogów. Tylko życie.

OK.

Za tydzień w niedzielę zapraszamy Krysię z Piotrem i Wojtka, jeśli może. Kolacja, rozmowy, bez napinki. W tym mieszkaniu, jakie jest.

Skinął głową.

Jeszcze jedno. Jeśli znów zrobisz z każdej ryski katastrofę, powiem to wprost. Musisz to usłyszeć.

Dobrze.

Wiesz, że to trudne, tak naprawdę?

Wiem odpowiedział. Dla mnie szczególnie. Ale dam radę.

Popatrzyła na niego raz jeszcze, uważnie, jakby chciała zobaczyć coś ukrytego. Potem dodała:

No, zobaczymy.

Do domu szli pieszo mimo mżawki. Obok siebie, nie za rękę, ale blisko. Ona trzymała Feliksa w kieszeni, on jej torbę. Przed wejściem spojrzała na kamienicę i na piąte piętro.

Ładny dom zauważyła.

Tak zgodził się.

Pojechali windą. Otworzył drzwi. Weszła pierwsza, do salonu, postawiła Feliksa na parapet. Tak, bez podkładki.

Tomek patrzył na kaktusa na lakierze.

Nie powiedział ani słowa.

Basia poszła do kuchni. Usłyszał dźwięk czajnika, szum wody.

Sam usiadł na kanapie, spojrzał na półki. Szklane serduszko stało tam, gdzie je zostawił trzy dni temu. Nie na miejscu obliczonym, lekko przesunięte.

Nie poprawił go.

W niedzielę zadzwonili do Krysi. Krysia powiedziała nareszcie i śmiała się tak, że było ją słychać przez telefon. Wojtek nie mógł dotrzeć, ale obiecał, że przyjdzie następnym razem. Piotrek przyniósł wino, Krysia upiekła sernik, Basia zrobiła barszcz, na który obiecywała od lat.

Nakryli stół w salonie. Tomek układał talerze i od razu zauważył, że trochę nierówno. Przestawił jeden. Potem się powstrzymał. Zostawił jak jest.

Przy stole było gwarno i lekki tłok. Krysia przewróciła kieliszek, czerwone wino rozlało się na obrus. Wszyscy jęknęli. Tomek poczuł, jak coś się w nim zaciska, spojrzał na Basię.

Basia patrzyła na niego. Spokojnie, bez obaw. Po prostu patrzyła.

Wziął serwetkę, starł plamę.

Nic się nie stało.

Krysia odetchnęła. Basia lekko się uśmiechnęła.

Po kolacji długo jeszcze siedzieli, żartując, popijali herbatę. Kiedy goście wyszli, była już noc. Basia zmywała, Tomek wycierał. Milczeli, ale ta cisza była inna niż dawniej.

Plama zejdzie rzucił o obrusie.

A jak nie, to trudno.

No właśnie.

Spojrzała na niego. Podała talerz.

Tomku.

Hm?

Dzisiaj było miło.

Tak. Było.

Wyszli do salonu. Na stole zostały jeszcze filiżanki, na obrusie ciemniała plama po winie. Szklane serduszko na półce. Kaktus Feliks na parapecie.

Tomek patrzył na to wszystko. Myślał o tym, że będzie musiał zamoczyć plamę jutro, zanim zaschnie. Myślał, że kaktus bez podkładki zostawi ślad na lakierze. Że jedna filiżanka krzywo.

Potem pomyślał, że Basia dzisiaj dwa razy się roześmiała. Pierwszy raz, gdy Krysia opowiadała o swoim kocie. Drugi, gdy Piotrek pomylił słowa przy toaście. Śmiała się tak, jak kiedyś, dawno, gdy myślał: to jest Ona, to ja.

Przeszła do sypialni. Zatrzymała się w drzwiach.

Idziesz?

Zaraz odpowiedział.

Jeszcze raz spojrzał na salon. Plama, kaktus, serduszko.

Zgasił światło.

Położył się obok. Ona już czytała. Lampka z tkaninowym abażurem dawała miękkie światło. Spojrzał w sufit.

Basiu.

Mhm?

Słyszysz mnie, kiedy zaczynam mówić o szczelinach i milimetrach?

Opadła książka. Spojrzała na niego.

Słyszę.

O czym wtedy myślisz?

Zastanowiła się chwilę. Naprawdę.

Myślę, że wtedy jesteś bardzo daleko.

Tak powiedział. Chyba tak.

Podniosła książkę z powrotem.

Leżał i myślał, że nie wie, czy się uda. Że trzy lata to długo, że coś w niej się zmieniło, w nim też, i to jak rysa w tynku: da się zaszpachlować, śladu prawie nie widać, ale materiał już nie ten. To wiedział lepiej niż ktokolwiek.

Myślał o tym, aż opadł powoli w sen. I jeszcze jedna myśl że rano przestawi Feliksa na podstawkę, bo zostanie kółko na lakierze.

Otworzył oczy.

Sufit był ten sam. Idealny, bez pęknięcia.

Obok Basia przewróciła stronę.

Zamknął oczy. Feliks poczeka do rana.

Rate article
Fajna Tajna
Trzy lata remontu bez odwiedzin gości