**Trzecia izba — nie dla gości**
— Nie waż się tam wchodzić! — krzyknęła Weronika Józefowa, wybiegając z kuchni z mokrymi dłońmi. — Ile razy mam ci powtarzać!
Dziesięcioletni Jasiu zastygł przy uchylonych drzwiach, odwrócił się do babci. W jego oczach malowało się zmieszanie i uraza.
— Babciu, co tam jest takiego? Chciałem tylko zerknąć…
— Nic tam nie ma! Same kurze! — Weronika Józefowa szybko podeszła do wnuka, zdecydowanie zatrzasnęła drzwi i przekręciła klucz. — Idź lepiej bajki oglądać albo klockami się bawić.
Jasiu wzruszył ramionami i powlókł się do salonu, ale Weronika widziała, jak rzuca wzrokiem na tajemnicze drzwi. Westchnęła ciężko, schowała klucz do kieszeni fartucha. Znowu to samo. Za każdym razem, gdy wnuk przyjeżdżał na wakacje, zaczynały się te same pytania.
— Mamo, czemu go straszysz? — Katarzyna wyszła z łazienki, wycierając włosy ręcznikiem. — To przecież dziecko, wszystko go ciekawi.
— A ciebie nie ciekawi? — ostro odparła Weronika.
Katarzyna zastygła, ręcznik zawisł w powietrzu.
— Mnie… mnie dobrze tak, mamo. Po co rozdrapywać rany?
— Właśnie. I Jasiowi też nie trzeba. Niech lepiej na świeżym powietrzu się bawi, zamiast po cudzych kątach szperać.
Katarzyna chciała coś dodać, ale zamilkła. Znała ten ton matki, wiedziała, że sprzeciw nie ma sensu. Lepiej zająć syna czymś innym.
Weronika wróciła do kuchni, włączyła czajnik. Dłonie drżały, gdy wyjmowała filiżanki z szafki. Dwadzieścia lat minęło, a serce wciąż ściskało się na myśl o tamtej izbie. O tym, co w niej zostało.
Po obiedzie Jasiu rozłożył się na kanapie z tabletem, Katarzyna czytała książkę w fotelu. Weronika zmywała naczynia i kątem oka obserwowała wnuka. Chłopiec był bystry, zauważał więcej, niż powinien.
— Babciu — zapytał nagle Jasiu, nie odrywając wzroku od ekranu — czego macie trzypokojowe mieszkanie, a korzystacie tylko z dwóch?
Weronika upuściła talerz do zlewu, ten zadźwięczał o metal.
— Skąd wiesz, że trzypokojowe? — spytała ostrożnie.
— No przecież widzę! Drzwi umiem liczyć. Tu wasza sypialnia, tu salon, gdzie ja śpię, a tam — trzecie drzwi. Zawsze zamknięte.
Katarzyna podniosła wzrok znad książki, spojrzała na matkę. Weronika stała tyłem, ramiona miała napięte.
— To… tam trzymam stare rzeczy — odparła cicho. — Nic ciekawego.
— Mogę zobaczyć? Będę ostrożny, nic nie zepsuję.
— Nie wolno! — Weronika odwróciła się gwałtownie. — I nie pytaj więcej!
Jasiu drgnął od jej tonu, nawet Katarzyna uniosła zdumione brwi.
— Mamo, co się stało? — wstała. — Nigdy nie krzyczysz na Jasia.
Weronika oparła się o zlew, przetarła dłonią twarz.
— Przepraszam, wnusiu. Po prostu… jestem dziś zmęczona. Nie gniewaj się na starą.
Jasiu skinął głową, ale pytanie w jego oczach nie zniknęło. Bystry chłopiec. Za bystry.
Wieczorem, gdy Jasiu zasnął, Katarzyna przysiadła przy matce w kuchni.
— Mamo, może już czas?
— Na co czas?
— No… rozpakować tamtą izbę. Dwadzieścia lat minęło. Taty już dawno nie ma, a ty wciąż…
— Ani słowa! — Weronika zerwała się tak gwałtownie, że krzesło się przewróciło. — Nie waż się tam wchodzić!
— Mamo, uspokój się. Myślę tylko, że to niezdrowe tak żyć. Samą siebie dręczysz.
Weronika podniosła krzesło, usiadła z powrotem. Dłonie znów drżały.
— Nie dręczę. Po prostu… tak jest spokojniej. Wiedzieć, że wszystko na swoim miejscu. Że nic nie ruszono.
— Ale Jasiu rośnie, niedługo będzie potrzebował własnego pokoju, gdy przyjeżdża. I co, wciąż będziesz go kłaść na kanapie?
— Jeszcze zdąży. Mały jeszcze.
Katarzyna westchnęła. Pamiętała tamtą izbę. Pamiętała, jak wyglądała dwadzieścia lat temu, gdy ostatni raz do niej weszła. Biurko pod oknem, półki z książkami, wąskie łóżko przy ścianie. I wszędzie ślady życia, które przerwało się za wcześnie.
— Pamiętasz, jak się na ciebie złościł? — szepnęła nagle Katarzyna. — Gdy sprzątałaś w jego pokoju? Krzyczał, że ma swój porządek, że nie wolno niczego przesuwać.
Weronika uśmiechnęła się przez łzy.
— Pamiętam. Takim samodzielnym był. Wszystko sam, nikomu nie pozwalał pomagać. Nawet brudnych naczyń nie oddawał, sam wynosił. Mówił, że mężczyzna powinien po sobie sprzątać.
— Miał dopiero siedemnaście lat, mamo.
— Tak, tylko siedemnaście… A wydawał się taki dorosły. Wszystko wiedział, we wszystkim się znał. Pamiętasz, jak z ojcem o polityce dyskutował? Godzinami potrafił, fakty jakieś przytaczał, liczby…
Katarzyna skinęła głową. Pamiętała młodszego brata, jego śmiech, upór, marzenia. Pamiętała, jak szykował się do studiów, jak snuł plany.
— Czasem śni mi się, że tylko wyjechał gdzieś — szepnęła Weronika. — Że jutro wróci, otworzy swoje drzwi i powie: „Mamo, czemu zakluczone? Kluczyki zgubiłem”.
— Mamo…
— Wiem, wiem, że to głupie. Ale łatwiej mi myśleć, że jest w podróży. Długiej podróży. A gdy wróci, wszystko będzie jak dawniej.
Katarzyna wzięła matkę za dłoń.
— Nie wróci, mamo. I ta izba go nie przywróci.
— A co przywróci? — Weronika łkając, schyliła głowę. — Co sprawi, że zapomnę, jak leżał w szpitalu? Jak lekarze kiwali głowami? Jak błagałam Boga, obiecywałam wszystko, byle tylko syn żył?
Katarzyna milczała. Cóż tu powiedzieć? Wypadek był głupi, absurdalny. Andrzej przechodził przez ulicę, kierowca nie zauważył go w ciemności. Chłopak przeleżał w szNazajutrz rano promienie słońca wpadły przez odsłonięte zasłony trzeciej izby, a Jasiu z ciekawością odkrywał świat swojego wuja, łącząc przeszłość z przyszłością w rodzinnym domu.



