Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć pewną historię, bo aż trudno uwierzyć, że takie rzeczy się dzieją w realu. Wiesz, ja jestem zwyczajną dziewczyną, żadnej korony nie noszę na głowie pracuję po osiem godzin dziennie, razem z mężem spłacamy kredyt za mieszkanie w Poznaniu, do tego rachunki, zakupy… Wszystko na naszych barkach.
Teściowa, pani Jadwiga Nowak, mieszka na wsi pod Wrześnią, tam też siostra mojego męża, Zuzanna. Ogólnie relacje mieliśmy poprawne, dopóki nie wymyśliły sobie, że nasze mieszkanie to ekskluzywny hotel weekendowy. Na początku brzmiało to nawet sympatycznie:
Wpadniemy w sobotę na chwilę.
Nie zostaniemy długo.
Przecież jesteśmy rodziną.
No jasne, na chwilę to oczywiście z noclegiem. A wpadniemy z naręczem pustych garnków i miną oczekującą szwedzkiego stołu.
I tak co weekend: wracam styrana po pracy, latam po Biedronce, gotuję, sprzątam, nakrywam stół, cały czas się uśmiecham, a potem jeszcze do północy myję górę naczyń i ogarniam dom. A pani Jadwiga, rozsiadła przy stole, komentuje wszystko:
A dlaczego ten sałatka bez groszku?
Rosół taki cienki, na wsi robimy bardziej treściwy.
My to na wsi inaczej gotujemy.
A Zuzanna dorzuca swoje:
Ojej, ale jestem zmęczona po podróży.
Nie ma niczego słodkiego na deser?
I ani razu nie usłyszałam: Dziękuję, Mogę jakoś pomóc?. Nic, po prostu zero odzewu.
Któregoś dnia nie wytrzymałam i gadam do męża, Michała:
Słuchaj, ja nie jestem tu gosposią, nie zamierzam co weekend obsługiwać Twojej rodziny!
Może faktycznie trzeba coś z tym zrobić odburknął.
No i mnie olśniło.
Następnego piątku dzwoni teściowa:
W sobotę będziemy u was.
A ja spokojnie:
Oj, mamy swoje plany na weekend.
Jakie plany? pyta zdziwiona.
Takie nasze.
No i wiesz, faktycznie zrobiliśmy sobie plany. W sobotę o dziewiątej rano stoimy z Michałem pod chałupą pani Jadwigi. Otwiera drzwi, patrzy na nas wielkimi oczami.
Co wy tu robicie?!
Przyszliśmy w gości. Na chwilę.
A ona:
To nie można było uprzedzić?! Nic nie przygotowałam! Wiecie, ile kosztuje przyjęcie gości? Kilo schabu teraz ponad 35 złotych!
Spojrzałam na nią spokojnie i mówię:
No właśnie, ja tak mam co weekend.
Czyli chciałaś mi dać nauczkę?! Bezczelna!
Zrobiło się głośno, sąsiadki patrzyły przez firanki, więc zwinęliśmy się szybko do domu.
I wierzysz od tamtej pory bez wcześniejszego zaproszenia już nikt się nie pojawia. Koniec z wpadniemy na chwilę i weekendami na mojej kuchni. Czasem, żeby ludzie Cię zrozumieli, trzeba po prostu postawić ich w Twojej sytuacji.
A Ty co byś zrobiła? Myślisz, że dobrze postąpiłam?



