Trudny wybór: Powrót

Trudna decyzja. Powrót

— Jeśli chcesz, leć — powiedział Krzysztof, stawiając filiżankę w zlewie. Jego głos był spokojny, niemal obojętny. — Tylko nie licz na moje wsparcie. Ani moralne, ani fizyczne.

— Nie liczę — cicho odparła Zuzanna, nie patrząc na niego.

— Potem nie mów, że jechałaś na darmo.

— Może powiem. A może nie. Ważne, żeby nie żałować, że się nie spróbowało.

W końcu wyjechała.

Lot z przesiadką został opóźniony, a łączący samolot odleciał, nawet nie zauważając jej spóźnienia. Siedem godzin męczącego czekania w dusznym lotnisku, plastikowa kanapka i torba na ramieniu zamiast walizki — suknia została w luku bagażowym na innym kontynencie.

W hotelu powiedzieli, że rezerwacja „nie przeszła”. Młody mężczyzna za recepcją tłumaczył to z uśmiechem, jakby mówił o czymś błahym:

— Przepraszam, pani, wszystko zajęte. Mogę podać listę pobliskich moteli.

— Dziękuję — rzuciła Zuzanna sucho. — Tylko tego mi brakowało, listy życiowych porażek.

Usiadła w kafejce za rogiem, zamówiła kawę i wpatrując się w ekran telefonu, przewijała kontakty. Palec zatrzymał się na nazwisku: Marta Kowalska. Przyjaciółka z uczelni, z którą razem studiowały we Wrocławiu. Potem wymiana wiadomości, rzadkie lajki… i cisza.

“Może zaryzykować?” — pomyślała Zuzanna i wysłała krótką wiadomość.

Odpowiedź przyszła po trzech minutach:

„Oczywiście, przyjeżdżaj! Mamy pokój gościnny. Suknię znajdziemy, żaden problem. Pewnie jesteś szczuplejsza — wezmę z zapasem. Jak długo cię nie było!”

Rano jechały już ulicami podwarszawskiego miasta. Zuzanna czuła, jak z każdym skrętem samochód zabiera ją coraz głębiej w przeszłość, która dawno umarła. Marta przez ten czas bardzo się zmieniła — zadbana, pewna siebie, ale wciąż życzliwa, bez śladu wywyższania. Podarowała adres klubu, krytycznie spojrzała na Zuzannę, ułożyła jej włosy, spryskała lakierem, wręczyła broszkę:

— Idziesz tam nie jako cień przeszłości, ale jako kobieta, która zna swoją wartość. Oni wszyscy tam są — z tymi samymi twarzami i ustami. Ale nie wszyscy mają duszę. Trzymaj się prosto, Zuzia.

Impreza była pretensjonalna.

Namioty, zadbane trawniki, kelnerzy z szampanem, kobiety w kreacjach projektantów — jakby wylepione z jednej formy. Wszystko drogie, przesadne i… obce. Znajomych twarzy Zuzanna nie zobaczyła. Tylko nowe — opalone, poddane liftingom, pełne buty.

Sławek pojawił się pierwszy. Trochę postarzały, ale wciąż ten sam. Podeszedł, przepraszająco się uśmiechnął, przytulił, szepnął:

— Cieszę się, że przyjechałaś. Wybacz, nie powiedziałem Ilonie. Chciałem, żeby po prostu zobaczyła…

Zuzanna nie odpowiedziała. Już wszystko stało się jasne.

Ilona podeszła nieco później. Nie sama — z całym orszakiem. Suknia od projektanta, twarz idealnie wygładzona, spojrzenie — szklane.

— Zuzanna? Jaka niespodzianka — powiedziała z grymasem, który udawał uśmiech. — Ty… tutaj?

— Ja — to ja. A tutaj — to tylko miejsce — spokojnie odparła Zuzanna. — Gratulacje z okazji jubileuszu.

— Dziękuję. Mam nadzieję, że droga nie zbyt cię zmęczyła?

— Trochę. Ale Marta Kowalska pomogła. Zabawne, jak trwałe są dawne więzi, nawet po latach.

— Marta? No tak… Świetnie nam pomogła przy przeprowadzce. Podobno ma dobry gust. To nie jej suknia?

— Jest wygodna. I leży lepiej niż niektóre wspomnienia.

Ilona na moment straciła rezon.

— No cóż… Życzę miłego wieczoru.

— Już jest miły. Dziękuję za zaproszenie.

— Ja… nie zapraszałam.

— Ale też nie wyrzucasz — odparła Zuzanna z lekkim półuśmiechem.

Później, gdy jeden z gości nagle osunął się na krześle i zaczął sinieć, salę ogarnęła panika.

— Dusi się! — krzyknęła kobieta w sukni w leopardzie. — Niech ktoś wezwie karetkę!

— Jestem lekarzem — spokojnie powiedziała Zuzanna, już stojąc obok. Bez histerii, bez zamieszania, precyzyjnie. Badanie, puls, torba pod głową, rozpięty kołnierz. Działała, jakby robiła to codziennie. I robiła.

Karetka przyjechała po piętnastu minutach. Przez ten czas ani Ilona, ani nikt z jej świty nawet nie podszedł.

Rano Zuzanna obudziła się w pokoju u Marty. Suknia była starannie złożona na fotelu, na stole — kawa i karteczka:

„Postąpiłaś słusznie. Jeśli znowu zechcesz zniknąć w tym mieście — dzwoń. Pokój twój.”

Na lotnisku czuła lekkość.

Nie dlatego, że wszystko się skończyło.

Ale dlatego, że wreszcie wszystko znalazło swoje miejsce.

Ta przyjaźń umarła dawno. Tylko pogrzeb się przeciągnął. Teraz się odbył. Bez kwiatów. Bez łez. Ale z pożegnaniem.

Krzysztof czekał na nią przy wyjściu. Jego kudłaty pies Burek o mało nie przewrócił jej z radości.

— No i jak było? — zapytał.

— Zamknęłam gestalt.

— Z hukiem?

— Trochę. Ale z godnością.

— I?

— Już nie ciągnie.

Wziął od niej torbę.

Wzięła go pod rękę.

I poszli do domu.

Rate article
Fajna Tajna
Trudny wybór: Powrót