Trucizna zazdrości

Jad zazdrości

Włodek, boję się… Iga nerwowo ściskała serwetkę w dłoniach, jej głos zadrżał przy ostatnim słowie, wbrew wszelkim wysiłkom, żeby brzmieć pewnie. Spojrzała na mężczyznę, a w jej oczach czaiła się autentyczna panika. Znowu te wiadomości…

Szybkim ruchem wyjęła telefon z torebki, próbując trafić palcem w odcisk palca, i podała go Włodkowi. Przeczytał teksty bardzo dokładnie: Dzięki za wspaniały wieczór, Już tęsknię, Kiedy znowu się zobaczymy?, Niedługo znowu się spotkamy, Będę czekał na ciebie po pracy na naszym miejscu aż zmarszczył brwi, a na czole pojawiła się pionowa kreska.

I kiedy przyszły? spytał spokojnie, niemal z obojętnością, oddając jej smartfona.

Ostatnia pięć minut temu. Idealnie w momencie, gdy zamawialiśmy jedzenie wyszeptała Iga, czując jak w żołądku zawiązuje się supeł. I tak już kilka razy jakby ktoś wiedział, gdzie jesteśmy, co robimy. Ktoś nas obserwuje przez cały czas.

Włodek rozsiadł się wygodniej, podrapał się po brodzie i zamyślił, a jego spojrzenie stało się przenikliwe, jakby już miał plan awaryjny.

Pokaż wszystkie wiadomości. I daty. Głos miał pewny, opanowany. Zero histerii, tylko treść.

Iga wyświetliła całą rozmowę, jej dłonie nie przestawały drżeć. Włodek studiował każdą, przyglądając się godzinom i słowom. Nadal nie zdradzał emocji, ale w oczach widać było koncentrację jakby wyśledził niewidocznego wroga. Oprócz tych pierwszych, były inne: Nie mogę przestać o tobie myśleć, Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę? Czekam na więcej, Wiesz, gdzie mnie znaleźć, jeśli się zdecydujesz. Każda następna wiadomość tylko pogłębiała niepokój, jakby ktoś usiłował rozbić ich związek niewidzialną ręką.

Dziwne wydusił w końcu Włodek, a w jego głosie zabrzmiała stal. Ktoś wyraźnie chce, żebym uwierzył, że masz romans za moimi plecami. I robi to nieco zbyt… profesjonalnie.

Iga westchnęła, ramiona jej opadły, jakby ktoś przyłożył jej żeliwną kotwicę do pleców. Miała dwadzieścia pięć lat, pracowała jako projektantka w małej agencji reklamowej na Ochocie. Od zawsze marzyła o normalnym partnerze, u boku którego znajdzie ciepło i wsparcie żadnego kombinowania, tylko zwykła bliskość. Włodek, trzydziestopięcioletni prawnik z Brochowa, sprawiał wrażenie człowieka zaradnego, zwyczajnego i lojalnego. Był tym typem mężczyzny, przy którym czuła się bezpiecznie, i bardzo ją to zaskoczyło, bo w dzisiejszych czasach poczucie bezpieczeństwa to taki trochę jednorożec.

Spotykali się już pół roku, z Włodkiem świat wydawał się jakoś bardziej na swoim miejscu umiał żartować, rozwiązywał problemy bez pieklenia się, autentycznie ją słuchał i nie spieszył z deklaracjami, choć wcale nie ukrywał, że widzi w niej swoją przyszłą żonę. Iga coraz częściej łapała się na myśli, że mogłaby się na to zgodzić i to wcale nie pod wpływem impulsu.

Nie rozumiem, kto mógłby się na to porwać powiedziała cicho. Nie mam tajemnych adoratorów… Nawet kwiatów mi nikt nie przysyła, a co dopiero jakieś nasze miejsce. Przecież to są normalnie bon moty z taniego melodramatu.

Daj mi to ogarnąć Włodek włączył tryb detektywa. Mam kilku znajomych, co znają kilku znajomych Sprawdzimy, kto kupował te numery. Nie wierzę w takie przypadki.

Przez następne dni Iga próbowała nie myśleć o tej całej sytuacji praca, wieczorne pogaduszki z koleżankami, serial na Netfliksie, cokolwiek, byleby nie zerkać, czy znowu nie wpadnie jakaś durna wiadomość. Ale niepokój był jak zimny węgorz śliski i rzeczywisty, nie dało się go strzepnąć. Każde spoglądnięcie na ekran kończyło się minizawałem serca, zwłaszcza że na chacie nagle cisza co oczywiście wcale nie uspokajało.

Piątego dnia zadzwonił Włodek.

Iga, już wiem. To wszystko wysyłała Zośka.

Iga mało nie upuściła telefonu. Zośka? Jej przyjaciółka od czasów ASP, dwadzieścia osiem lat, po rozwodzie, z dwójką dzieci. Zjadały razem tonę pierogów i wiadro kawy, setki razy ratowały się nawzajem w życiowych kryzysach. Od jakiegoś czasu coś między nimi wisiało w powietrzu taki rodzaj cichego napięcia, jak szósty kubek kawy po południu. Zośka coraz częściej narzekała że sama, że faceci nie chcą kobiet z dziećmi, że życie to połatanie permanentnego garnka z dala od wszelkich brokatów.

Zośka…? wyjęczała Iga, z niedowierzaniem i bólem. Ale czemu? Jak mogła?

Myślę, że wiesz. Zazdrość Włodek mówił spokojnie, z cieniem żalu. Ty masz luz, stabilność, nowy związek, nie musisz się martwić dziećmi, alimentami ani promocjami w Lidlu. A ona liczyła, że w wyniku tych wiadomości zacznę cie podejrzewać.

Dwa tygodnie temu spotkali się we trójkę na imprezie u wspólnych znajomych. Salon był pełen ludzi, cicho grała muzyka, unosił się zapach świeżo upieczonego sernika, a wino lało się szerokim strumieniem. Iga zrobiła furorę w szmaragdowej sukience, która na niej wyglądała tak dobrze, że nawet ekspedientka w sklepie zaniemówiła przy kasie. Włodek nie spuszczał jej z oka przynosił napoje, polewał zakąski, chichotał przy jej żartach.

Zośka, w szarym kardiganie z napisem Smile For Me. Please. na rękawie, pojawiła się obok nich z miną, jakby właśnie zobaczyła na Instagramie promocję na czekolady, ale akurat skończyła jej się karta.

Serio, wyglądacie jak okładka Gali rzuciła przez zęby, stając odrobinę za blisko, żeby to była tylko przypadkowa obecność. Sukienka, facet wszystko masz tip-top.

Dziękuję, to naprawdę udany łup z wyprzedaży, jestem w szoku, że się zmieściłam! odparła Iga, szczerze radując się, że coś leży tak, jak powinno.

Jasne burknęła Zośka, zerknęła gdzieś w bok i poprawiła karnie swój sweterek. Ty to masz farta. Moje fundusze w tym miesiącu pozwoliły mi wejść do Pepco i kupić dzieciom skarpetki.

Ale jesteś piękna nawet w szarych swetrach próbowała podbudować ją Iga.

Mhm, dzięki syknęła Zośka i odeszła, niby popatrzeć przez okno. Ale potem, kiedy Włodek poprosił Igę do tańca, kątem oka zobaczyła Zośkę wlepiającą w nich spojrzenie jak w wystawę tortów na Dzień Matki.

Inny zgrzyt pojawił się przy kawie, podczas deszczu na Mokotowie. Iga opowiadała podjarana o weekendzie spędzonym z Włodkiem pod Warszawą spacer po lesie, kiełbaski z ogniska, a wieczorem gwiazdy.

Bajka stwierdziła Zośka, bębniąc łyżeczką po filiżance. Najpierw randka, potem wypad za miasto, a ja tymczasem przedszkole, kałuże, katar, pranie dziecięcej pościeli, potem powrót, a potem godzina pisania rozliczeń. Normalka.

Próbowała podbić ją na duchu koleżanka, Kasia:

Zośka, daj spokój, przecież Iga się nie chwali. Dzielenie się radościami nie jest przestępstwem!

No przecież nie narzekam odbiła Zośka, a jej kawa ledwo nie wylała się na spodek. Po prostu niektórzy mają wolne weekendy, bo mogą sobie na to pozwolić, a inni muszą planować wszystko z miesięcznym wyprzedzeniem i pożyczką od babci.

Iga poczuła ukłucie w klatce piersiowej. Ale zamiast zacząć filozofować, położyła rękę na dłoni Zośki:

Chodź, zrobimy wspólny weekend z dzieciakami. Pójdziemy do ZOO, na plac zabaw, czy gdzie tam chcesz. Razem raźniej!

Zośka mrugnęła, pokręciła głową i rzuciła:

Szkoda zachodu. Dzieci będą i tak marudne. Ty się ciesz swoim spokojem, póki możesz.

Wtedy Iga uznała, że Zośka ma po prostu zły dzień. Teraz, układając w głowie to wszystko, widziała, że Zośka kisiła tę zazdrość i rozgoryczenie od lat, jak mizerię na wielkanoc. Niby to nie była nienawiść, raczej wielopoziomowa mieszanka bólu, niesprawiedliwości i frustracji.

Co robimy? spytała Iga, twardszym tonem, niż zamierzała.

Jedziemy do niej. Zaraz. Oczyśćmy powietrze raz na zawsze oznajmił Włodek.

Pojechali do mieszkania Zośki. Gdy otworzyła drzwi i zobaczyła ich razem, zbladła na kolor bielizny korekcyjnej.

O co chodzi? zadała pytanie z drżeniem w głosie.

Nie udawaj Włodek nie bawił się w subtelności. Wiemy, że wysyłałaś te wiadomości. Mamy dowody.

Zośka cofnęła się krok, przyklejając do ściany niczym biedronka złapana na gorącym uczynku. Przez moment zacisnęła pięści do białych kłykci, w oczach mieszanka wstydu i wściekłości. Głos jej zadrżał.

Tak, to ja! I? Myślisz, że miałam z radością patrzeć, jak wszystko ci się układa, a ja się kiszę z dzieciakami jak jakieś kluchy w sosie własnym? Ty zawsze miałaś z górki! Ładna, wolna, bez zobowiązań! A ja? Balast dla każdego.

Chciałaś mnie skrzywdzić… tylko dlatego, że jestem szczęśliwa? wyszeptała Iga. Nie było w tym żalu, tylko czysta zaduma nad niepojętością rzeczywistości.

Nie rozumiesz, jak to jest być niewidzialną rzuciła Zośka już łamiącym się głosem. Ty masz Włodka, wyjazdy, spokój. Ja mam dzieci, niekończącą się hipotekę i faceta, który nawet nie podał numeru do terapeuty, tylko spakował walizkę. Chciałam, żebyś poczuła się niepewnie, żebyś dostała swoją rysę na szkle. Może wtedy byś zrozumiała…

Włodek zasłonił Igę ramieniem jak rycerz na Orszaku Trzech Króli.

Dość. Zośka, trzeba ponosić konsekwencje. Zniszczyłaś przyjaźń z własnej goryczy.

Po policzkach Zośki popłynęły łzy. Ledwo mogła mówić.

Przepraszam wyszeptała. Wszystko mi się nałożyło. Rozwód, dzieci. Jestem zmęczona. Źle zrobiłam. Nie chciałam tego tak

Iga poczuła ścisk w sercu. Owszem, była wściekła i rozczarowana, ale żal wobec Zośki tej, z którą dzieliła się knedlami, pożyczoną sukienką i ploteczkami był równie realny. Tamta osoba gdzieś się zgubiła, a została tylko nieszczęśliwa kobieta, która pomyliła ból z zazdrością i działaniem.

Nagle przypomniało jej się, jak ostatnio Zośka powiedziała, wpatrzona w zamówioną kawę:

Ty masz życie na poziomie, wszystko ci łatwo przychodzi. Ja walczę o cokolwiek, dzień w dzień od nowa.

Pomogę ci! powiedziała wtedy Iga napiszę ci CV, znajdziesz coś blisko, masz talent!

Kto mnie zatrudni z dziećmi? odparła wtedy Zośka. Ty możesz być wolna. Mnie życie przykuło do roli matki.

Wtedy machnęła na to ręką, teraz dotarło do niej, co naprawdę się kryło za tymi słowami.

Zośka powiedziała drżącym głosem. Mogłaś mi powiedzieć wprost. Zrobiłybyśmy coś razem. Ale po tym, co zrobiłaś… nie umiem tak od razu wszystko zresetować. To boli.

Wiem łkała Zośka. Nie prosiłam, żebyś mi wybaczyła od razu. Ja po prostu… już sama nie wiem.

Włodek ujął dłoń Igi.

Iga, jak chcesz to zakończyć? spytał spokojnie.

Iga wybierała słowa z niezwykłą ostrożnością. Obserwując zapłakaną Zośkę, czuła, jak żal powoli miesza się ze współczuciem.

Przyjmuję, że to była zazdrość, rozgoryczenie i rozpacz, nie czysta podłość. Ale nie mogę tak po prostu wrócić do tej samej przyjaźni. Musisz się nauczyć cieszyć moim szczęściem, przestać traktować mnie jak zagrożenie. Potrzebuję przyjaciółki, nie własnego cienia.

Zośka tylko kiwnęła głową, otarła łzy.

Dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Przepraszam… wyszeptała.

Wyszli z mieszkania. Było już ciemno, uliczne latarnie rozświetlały asfaltowe kałuże, powietrze pachniało mokrymi liśćmi i pieczonymi kasztanami ze straganu w pobliżu. Iga głęboko odetchnęła. Czuła się pusta, ale i lekko wolna.

Jakoś mi pusto… mruknęła do Włodka, opierając się mu o ramię.

I dobrze. To znaczy, że już nie musisz się zadręczać. Ja zawsze będę przy tobie powiedział cicho, obejmując ją i przygarniając blisko, jak ogromny koc z promocji.

Razem podchwyciła, a w jej oczach błysnęły łzy tym razem już nie ze smutku, ale z nadziei.

Tak szli przez miasto, zostawiając za sobą przeszłość, z ironią i humorem typowo polskim, z wdziękiem dla absurdu codzienności, przekonani, że nawet najbardziej toksyczny jad zazdrości można wywietrzyć, jeśli tylko się go nie dzieli przez nieskończoność.

Rate article
Fajna Tajna
Trucizna zazdrości