To i tak nie ma znaczenia, powiedziała żona obcym, zimnym głosem. Sam przyjedź i porozmawiaj z lekarzem.

– I tak nie ma szans, – powiedziała żona zimnym, obcym głosem. – Przyjedź sam i porozmawiaj z lekarzem, jeśli mi nie wierzysz. Tam są pielęgniarki, wszystkie warunki dla niego będą. Po to wymyślili ten oddział paliatywny, wszyscy tak robią…

Irek urodził się dwa miesiące przed terminem i od razu trafił do reanimacji. Początkowo nic nie mówiono, potem pojawiła się jakaś nadzieja – zaczął sam oddychać, zaczynał przybierać na wadze. Gdy go wypisano, wciąż wydawał się taki malutki, że Piotr bał się go brać na ręce, żeby przypadkiem go nie uszkodzić. Ale gdy Irek budził się i cicho płakał nocami, Iwona nie wstawała do niego, musiał więc Piotr jakoś się dopasować. I do lekarzy Iwona nie chciała go prowadzać, mówiła, że to przez lekarzy tak wyszło, przecież wszystkie badania robiła i mówili, że wszystko jest w porządku. A gdzie to w porządku? Trzy miesiące, a on nawet głowy nie trzyma.

Piotr sam umawiał się do lekarzy, wysłuchiwał niezrozumiałych słów, od których język przyklejał się do podniebienia, robił z synem badania, za każdym razem dziecięco zamykał oczy, kiedy pielęgniarka próbowała znaleźć żyłę. W końcu dotarł do genetyków w wojewódzkim centrum, którzy wyjaśnili, że można mu pomóc, ale potrzebne są specjalne leki. Dlatego Piotr pojechał na kontrakt – przyjaciel od dawna go namawiał, tam dobrze płacili, ale Iwona nie chciała go puścić. Teraz nie było jednak wyjścia. I wyjechał. Myślał, że z Iwoną i synem wszystko jest w porządku, a tu okazało się inaczej. Babcia nic mu nie mówiła, choć czuł, że coś przed nim ukrywa.

– Wszystko dobrze, synku, pracuj, – powtarzała.

Jak się okazało, to ona przez cały czas odwiedzała Irka w szpitalu – rozmawiała z nim, smarowała kremem przeciw odleżynom, wykonywała masaż. Iwona wróciła do pracy, a jemu nic nie powiedziała. Przyznała się dopiero wtedy, gdy Piotr poinformował, że przyjedzie na miesiąc urlopu.

– Iwona, przecież to nasz syn! – oburzył się. – Jaki oddział paliatywny, po co pracuję? Lekarz mówił o lekach…

– Jakie leki! – wybuchnęła Iwona. – Widziałeś go w ogóle? Nie było cię pół roku, i chcesz mi mówić, co mam robić? Jeszcze jestem młoda, chcę trochę dla siebie pożyć. A dziecko można inne urodzić. Nie chcę całe życie zmieniać pieluch!

Młodszy brat Iwony miał porażenie dziecięce, i kiedy się poznali, Piotra fascynowało, jak delikatna i wrażliwa Iwona dźwiga brata, sadza go na wózek i czyta mu książki. Tylko niestety, wyglądało na to, że jej miłości starczyło jedynie dla brata.

– Jeśli nie zabierzesz syna do domu, złożę pozew o rozwód, – zagroził Piotr.

– No to składaj! Strasz mnie dalej! Jakoś bez ciebie żyłam, i nadal sobie poradzę.

Nie spodziewał się, że naprawdę odejdzie. Ale Iwona odeszła, jeszcze zanim przyjechał. Klucze do mieszkania zostawiła jego babci, która była świadoma całej sytuacji, tylko Piotrowi nic nie mówiła – przez te pół roku Iwona znalazła już kogoś innego.

– Nie martw się, synku, damy radę. Pomogę ci z Irkiem, ale pracę musisz tu znaleźć – sama sobie z nim nie poradzę.

Piotr i sam to rozumiał – babcia od dawna chorowała, też potrzebowała opieki, ale nie mógł się rozdwoić.

Wychowywała Piotra babcia. Jego matka, dość znana śpiewaczka, przywiozła go do babci na miesiąc, jednak już go nie zabrała. Wysyłała pieniądze, póki chodził do szkoły, ale potem uznała, że to wystarczy, że sobie poradzi. Młody Piotr wierzył, że mama go kocha, tylko ma trudne życie: koncerty, nagrania, fani… Sam pojechał na jej koncert – kupił wielki bukiet róż, marzył, że jej go wręczy, że go rozpozna i ucieszy się, powie ze sceny – to mój syn!

Jednak tak się nie stało: najpierw długo go nie zauważała, potem w końcu wzięła bukiet, nawet nie patrząc, i rzuciła go w kąt. Piotr oddał na ten bukiet prawie całą pensję. Po koncercie z trudem dostał się za kulisy, próbował wyjaśnić, kim jest, ale matka go nie przyjęła. Przekazał, że jest zmęczona i oddzwoni. Czekał na jej telefon miesiąc, nie odchodził od telefonu. Nigdy nie zadzwoniła.

Teraz już o niej nie myślał, a gdy w radiu puszczali jej piosenki, zaraz wyłączał – nie chciał słuchać, choć kiedyś znał je na pamięć. Babcia była dla niego i ojcem, i matką. A teraz i dla Irka stała się matką – opiekowała się nim jak mogła, a Piotr podjął się pracy z regularnym grafikiem, aby babcia nie była za bardzo zmęczona. Iwona nawet raz nie zadzwoniła, gorsza niż jego matka – ta przynajmniej od czasu do czasu przypominała, że ma dziecko.

– Piotrek, miałam dziś taki jaskrawy sen, – powiedziała raz babcia. – Twój dziadek, niech mu ziemia lekką będzie, poprosił mnie o przyniesienie wody z studni. Mówię mu – jakże to poniosę, przecież nogi mnie nie niosą! A on mi na to – tutaj wszyscy chodzą. Patrzę, a pod nogami trawa – jaka zielona! I miękka jak puch. Szłam po niej, a nogi same się ślizgały i nawet nie bolały. Nabrałam wody i na koniec zajrzałam do tej studni. Patrzę, a tam ty w garniturze i krawacie, z ładną dziewczyną z dołeczkami w policzkach. W welonie. Czuję, że to proroczy sen – znajdziesz sobie dobrą żonę, nie taką trzpiotkę!

– Babciu, jaka żona! Jeśli rodzona matka nie chciała opiekować się Irkiem, to kto się zgodzi?

Na następny dzień babcia nie obudziła się już. Czyżby sen był jednak proroczy, tylko nie taki jak myślała – teraz to ona przynosi wodę dziadkowi, nie małemu Irkowi…

Piotr nie wiedział, co teraz robić. Matka pomogła z pogrzebem, nawet sama przyjechała, ale i tak musiał wydać swoje. Kilka tygodni później matka zadzwoniła i powiedziała:

– Znalazłam opiekunkę dla twojego syna. Będę jej płacić, nie martw się.

Taka hojność zdziwiła Piotra, chciał najpierw odmówić, powiedzieć, że nie potrzebuje jej pomocy, ale zmienił zdanie – nie było miejsca na dumę, gdy lekarstwo dla syna się kończyło.

Oczekiwał doświadczonej kobiety, takich znał wiele w szpitalach, gdy zawoził Irka, wszystkie były podobne do jego babci z młodości – pracowite, proste, znały się na rzeczy. Ale matka postanowiła zaoszczędzić – przysłała jakąś absolwentkę, dziewczyna od razu przyznała, że to jej pierwsza praca.

– Nie martw się, przeszłam specjalne kursy, wszystko umiem, – powiedziała żywo, ale głos jej drżał.

Piotr mógłby zadzwonić do matki i powiedzieć, że młoda nie da sobie rady z Irkiem, ale nie chciał z nią rozmawiać. Postanowił więc poczekać, może te kursy okażą się przydatne.

Dziewczyna nazywała się Marlena. Dzwoniła do niego co pół godziny.

– Panie Piotrze, to normalne, że on czka?

– Trzymaj go pionowo. Do pleców coś ciepłego, ręcznik można rozgrzać żelazkiem.

– Panie Piotrze, on tak ciężko oddycha, boję się!

– Marlena, inhalator, mówiłem przecież…

I wszystko w tym tonie.

Po kilku tygodniach bardziej się rozkręciła, zaczęła lepiej sobie radzić. Ale i tak Piotr musiał zmienić pracę – jej dzień pracy kończył się o szóstej, a musiał jeszcze wrócić z pracy. Przeszedł na budowę, tam godziny były elastyczne, ale wszystko na czarno. Obiecywali dobrze zapłacić, ale kiedy…

Weekend Piotr spędzał z synem – dziewczyna nawet za dodatkowe pieniądze nie mogła pracować w weekendy, chiński ponoć się uczyła, marzyła o wyjeździe na staż, aby studiować akupunkturę. Była zabawna i naiwna, nie jak jego babcia – ona zawsze telewizji ufała, a Marlena Internetowi.

Na dzień urodzin Irka jednak Marlena przyszła również w sobotę – przyniosła dla niego balon, które uwielbiał, i kombinezon zrobiony na drutach. Piotr się wzruszył i zaprosił ją na herbatę – z tej okazji kupił tort. Potem wszyscy wspólnie wyszli na spacer – ubrali Irka w nowy kombinezon, włożyli go do wózka i przywiązali do niego balon, aby miał czym się cieszyć. Piotr wiedział, że jego syn może nie dożyć następnych urodzin, a od tego nawet trudno było oddychać. Ale kiedy prowadził go tą słoneczną ulicą, a balon próbował wzbić się w niebo, fiołkowany przez lekki jesienny wiatr, czuł spokój.

Iwonę zauważył dopiero, gdy zatrzymali się na pasach. Spojrzał na jej ukwiecone oblicze. Stała z podobnie wystrojonymi koleżankami, zapewne szły na jakieś wydarzenie. Początkowo także jego nie zauważyła, potem jej twarz zrobiła się czerwona i zaczęła się plamić ze złości. Odwróciła się, coś powiedziała swoim znajomym i szybko ruszyła na drugą stronę ulicy.

– Kto to? – zapytała Marlena, widząc jego napiętą uwagę.

Piotr powoli wypuścił powietrze i odpowiedział:

– Nikt.

– No i dobrze, – odparła z uśmiechem.

Nigdy wcześniej nie zauważył jej uśmiechu. Na policzkach Marleny pojawiły się dołeczki, i to coś mu przypomniało, ale co? Błękitny balon na tle tego samego nieba bił równie mocno, jak jego serce.

Wynagrodzenie nijak nie przychodziło. Leki się kończyły, i Piotr nie miał wyjścia – musiał zadzwonić do matki.

– Tyle ci już pomogłam? – zapytała z irytacją. – Wiesz, ile płacę tej dziewczynie? Co z ciebie za facet, że na lekarstwa zarobić nie potrafisz?

Ze wstydu Piotr nadąsał się w milczeniu. Naprawdę nie potrafi zadbać o swoje dziecko? Wyłączył telefon i opuścił głowę, pragnąc w głębi duszy, by babcia położyła mu rękę na ramieniu i zapewniła, że wszystko będzie dobrze…

Delikatne kroki dobiegły z korytarza, Marlena pojawiła się w drzwiach kuchni. Miała w ręku kopertę.

– Proszę, – powiedziała, kładąc ją na stole.

– Co to? – zdziwił się Piotr.

– Na lekarstwa. Dla Irka.

Nie potrafił zrozumieć, o co chodzi.

– Twoja mama mi zapłaciła. Zapłaciła dobrze, wiesz. Oszczędzałam na wyjazd do Chin, ale nie potrzebuję ich – mieszkam z rodzicami, wszystko mam.

– A co z wyjazdem… – zmieszał się Piotr.

Marlena wzruszyła ramionami.

– Gdzie teraz pojadę…

Zawstydziła się, na jej policzkach znów pojawiły się dołeczki. Piotr przypomniał sobie babciny sen. Zarumienił się, nie rozumiejąc dlaczego.

– Weź, – powiedziała stanowczo. – To właściwe.

– Oddam wszystko, – rzekł ochryple Piotr, odchrząknął i zapytał. – A skoro nie jedziesz do Chin, może wpadniesz w weekend? Jak ostatnio…

Marlena ponownie się uśmiechnęła i odpowiedziała:

– Z przyjemnością.

Rate article
Fajna Tajna
To i tak nie ma znaczenia, powiedziała żona obcym, zimnym głosem. Sam przyjedź i porozmawiaj z lekarzem.