Też kiedyś brakowało mi tchu

Ja też się dusiłam

Rafał powiedział to w niedzielny wieczór, kiedy Dorota sortowała uprasowane koszule na łóżku. Wszedł do sypialni, usiadł na brzegu i rzucił to zdanie tak zwyczajnie, jakby mówił o zaciętym kranie.

Dorotko, duszę się.

Nie podniosła głowy. Odłożyła jedną koszulę, wzięła kolejną.

Od czego?

Od tego wszystkiego. Od powtarzalności, od rutyny. Rano wstać, zjeść, pojechać do pracy, wrócić, zjeść, położyć się spać. I tak w kółko.

Dorota starannie złożyła rękawy, poprawiła kołnierzyk. Miała pięćdziesiąt jeden lat, Rafał był dwa lata starszy. Odkąd się pobrali, mieszkali na tym samym osiedlu na ulicy Kwiatowej w Warszawie, wychowali syna, Mateusza, który już od pięciu lat mieszkał w Gdańsku i dzwonił tylko na święta.

I co zamierzasz? zapytała spokojnie.

Chcę się wyprowadzić.

Tutaj na moment się zatrzymała. Nie dlatego, że się przestraszyła, raczej spojrzała na niego uważnie, jak na kogoś, kto w końcu wypowiada coś, co wisiało w powietrzu.

Gdzie się chcesz wyprowadzić?

Wynając kawalerkę. Pobędę sam. Przewietrzę głowę.

Dobrze powiedziała Dorota i sięgnęła po następną koszulę.

Rafał wyraźnie spodziewał się czegoś innego. Nachylił się ku niej.

Nic nie powiesz?

A co mam mówić? Jesteś dorosły, Rafał. Chcesz odejść to odejdź.

Nie będziesz robiła scen?

Odłożyła koszulę na stosik i spojrzała mu prosto w oczy po raz pierwszy.

Nie. Ale mam jeden warunek.

Jaki?

Nie dzwoń do mnie z pytaniami o prozę życia: gdzie leży to, jak działa tamto, gdzie położyłam ścierkę. Jeśli się wyprowadzasz, radź sobie sam.

Zamilkł.

To wszystko?

Tak.

Rafał nie wiedział, co z tym zrobić. Przygotował się na łzy, wyrzuty, na to, że będzie mu przypominać lata razem, syna, to, że tak się nie robi. Nawet sobie wszystko w głowie poukładał. Ona zaś stała i prasowała koszule.

No dobrze powiedział w końcu. To idę się pakować.

Pakuj się.

Poszedł do garderoby. Długo stał, wpatrując się w półki. Potem wrzucił do torby parę dżinsów, kilka t-shirtów, skarpetki. Wziął maszynkę do golenia, ładowarkę do telefonu, książkę, której nie skończył pół roku temu. Wyszedł do przedpokoju. Dorota była już wtedy w kuchni i hałasowała naczyniami.

Idę rzucił w stronę kuchni.

Powodzenia odpowiedziała.

Zamknął za sobą drzwi. Stał chwilę na klatce, nasłuchując. Nic. Zero kroków, żadnego poruszenia. Cisza.

Wcisnął guzik windy.

***

Kawalerkę znalazł przez znajomego w dwa dni. Bloki na Żoliborzu, czwarte piętro, okna na podwórko. Właściciel, starszy pan z sumiastym wąsem, obejrzał mu ją w pięć minut, wziął zaliczkę za dwa miesiące i pojechał. W mieszkaniu był rozkładany tapczan, stół, dwa krzesła, stara lodówka Polar i gazowa kuchenka. Na oknie wisiały zasłony w kolorze starej musztardy.

Rafał postawił torbę, usiadł na tapczanie i rozejrzał się. Cisza była kompletna. Nikt nie chodził w drugim pokoju, nie grał telewizora, nie wołał na kolację. Położył się na plecach, ręce za głowę. To miała być właśnie ta wolność.

Pierwsze dwa dni były niemal przyjemne. Wstawał, kiedy chciał, jadł, co akurat kupił w Biedronce po drodze, chadzał po mieszkaniu w samych skarpetach. Wieczorami dzwonił do starego kumpla, Darka. Gadali godzinami. Darek śmiał się i powtarzał: no i bardzo dobrze, Rafale, dawno trzeba było.

Trzeciego dnia Rafał zorientował się, że skończyły mu się czyste skarpetki.

Spojrzał na pralkę w łazience takie okrągłe maleństwo. Otworzył drzwiczki, spojrzał do środka. Potem zamknął. Potem znowu otworzył. Gdzieś miał być proszek, właściciel wspominał o szafce pod umywalką. Znalazł tam małą paczuszkę, przeczytał napis: do bieli i kolorów. Nasypał trochę na oko tam, gdzie wydawało mu się właściwe. Wybrał program i odpalił.

Pralka zaczęła buczeć.

Po godzinie wyjął skarpetki. Były wilgotne, niemal mokre i delikatnie różowe. Dopiero potem przypomniał sobie, że wrzucił do prania nową czerwoną koszulkę.

Skarpetki rozwiesił na kaloryferze. Schły do następnego wieczora.

Czwartego dnia postanowił ugotować coś porządnego. Kupił pierś z kurczaka, ziemniaki, cebulę. W szafce znalazł patelnię z obtłuczoną powłoką. Rozgrzał olej, wrzucił całą pierś przykleiła się. Ziemniaki obierał powoli, połowę skończył w koszu. Cebula wypłakała mu oczy.

W efekcie dostał coś brązowawo-białego, twardego z wierzchu i surowego w środku.

Zjadł połowę, resztę wyrzucił i zamówił zapiekankę z dietetycznej knajpki.

Po tygodniu podsumował wydatki na jedzenie na wynos. Wyszło prawie tyle, ile z Dorotą wydawali przez miesiąc na całą lodówkę. Stwierdził, że trzeba się ogarnąć. Kupił kaszę gryczaną. Gryczana się udała trochę go to uspokoiło.

Ale ogólnie codzienność przygniatała go coraz bardziej, powoli, nieubłaganie, jak przypływ.

***

Przełom nastąpił dziesiątego dnia.

Podczas prysznica zauważył, że woda stoi. Zauważył rozlewającą się po podłodze mętną kałużę. Wyłączył wodę, poczekał nic. Pochylił się, dotknął odpływu. Woda dalej stała.

Przypomniało mu się coś o syfonie. Słowo, które Dorota czasem używała: muszę przetkać syfon, bo zacznie stać woda. Zawsze kiwał głową i szedł do pokoju.

Rafał uklęknął i zajrzał pod wannę. Rura, potem druga, potem takie plastikowe coś. Dotknął przekręciło się lekko, a spod niego chlusnęło nie lało się, tylko chlusnęło ciemne, zimne.

Rafał zerwał się, poślizgnął, złapał za ręcznik od razu wylądował mokry na podłodze. Próbował nakręcić z powrotem, ale woda leciała dalej. Rozlała się po podłodze, wsiąkła w dywanik w dziesięć sekund.

Wybiegł do korytarza, zostawiając ślady mokrych stóp, dopadł do smartfona, zaczął panikować w Google. Przypomniał sobie, że właściciel wspominał o zaworze pod zlewem w kuchni. Poleciał do kuchni, zakręcił. Woda w końcu stanęła.

Wrócił do łazienki. Wyglądała po wszystkim, jak po powodzi. Mokry dywanik, ręczniki, podłoga. Z syfonu kapało dalej.

Rafał usiadł w przedpokoju, w mokrych bokserkach, wpatrując się w ścianę.

Pierwszy instynkt? Zadzwonić do Doroty ona zawsze wiedziała, co zrobić. Już szukał jej kontaktu, już miał wybrać numer, aż nagle przypomniał sobie jej głos: nie dzwoń w takich sprawach.

Odłożył telefon.

W końcu zadzwonił. Nie do Doroty, tylko do Darka.

Darek, ogarniasz naprawę syfonu?

Czego? Darek był zajęty, coś w tle hałasowało.

Syfonu. Pod wanną. Cieknie.

Nie mam bladego pojęcia. Zawsze wołam fachowca. Mam do jednego numer, zapisuj.

Hydraulik przyszedł następnego dnia. Pokręcił rurkami, wstawił nową uszczelkę w kwadrans. Rzucił ceną, że aż Rafał zgłupiał na chwilę.

To normalna stawka? zapytał w końcu.

Normalna odparł hydraulik beznamiętnie i poszedł.

Rafał zamknął drzwi i pomyślał, że Dorota nigdy nie wzywała hydraulika do takiej pierdoły. Sama z czymś walczyła, coś dokręcała, uszczelki kupowała w Castoramie. Kiedy i jak, nie miał pojęcia. To się po prostu działo, jak pogoda za oknem.

***

W tym czasie zakiełkował mu w głowie jakiś pomysł, który wydawał mu się logiczny.

Zadzwonił do Uli, z którą dawno temu, dwadzieścia lat temu, miał krótki romans tuż przed poznaniem Doroty. Ula była po rozwodzie od siedmiu lat, wiedział od wspólnych znajomych. Czasem wpadali na siebie na czyichś urodzinach, gadali głupoty, śmiali się.

Cześć Ula, mówi Rafał Kwiatkowski.

Rafał? Ula była zaskoczona, ale miło. Ale numer.

No widzisz, teraz mieszkam sam. Pomyślałem, może wyskoczymy gdzieś na kolację?

Zamyśliła się na sekundę.

Mieszkasz sam?

Od żony.

Rozwiedliście się?

No w trakcie jeszcze.

Rozumiem w jej głosie pojawiła się pewna ostrożność, której nie dało się nie wyczuć. Dobrze, spotkajmy się.

Byli w knajpie w centrum. Ula przyszła w eleganckim płaszczu, obcięta na krótko, z klinem w oku. Rafał zauważył, że dobrze wygląda. Wypili po lampce wina, pogadali o znajomych, potem ona zapytała:

Opowiedz, co słychać. Pracujesz w tej samej firmie budowlanej?

Kierownik zaopatrzenia przytaknął.

A gdzie teraz mieszkasz?

Wynająłem kawalerkę na Żoliborzu, na ulicy Leśnej.

Dobrze tam?

Chciał powiedzieć, że tak, ale zamiast tego wypalił:

No jakoś. Pralka słabo wiruje. Kuchenka szwankuje.

Ula spojrzała na niego z miną, której nie od razu zrozumiał. Potem się połapał: współczucie. Nie romantyczne, tylko takie zwyczajne, jakie wzbudza ktoś, komu nie do końca się w życiu układa.

No tak jeszcze raz powtórzyła.

Rozmowa się rozjechała. Pytała o Mateusza pogadał, ona o swojej córce, która już ma własną rodzinę. Potem wypili drugą lampkę, Ula powiedziała, że wcześnie wstaje. Pożegnali się.

Rafał wrócił do siebie. W lodówce pusto, sklepy właśnie się zamykały, znalazł paczkę chińskiego makaronu i zalał ją wrzątkiem.

Ula już nie zadzwoniła. On też nie zadzwonił.

***

W podobnym czasie postanowił spotkać się z kumplami. Zadzwonił do Darka. Ten odparł: spoko, ale tylko do ósmej, bo Joasi zebranie w szkole. Do Andrzeja: w sumie może, tylko musi potem go podrzucić samochodem, bo ma z żoną wyjazd w sobotę do jej rodziców.

Spotkali się we trzech w piwiarni przy metrze. Po dwa piwa, rozmowy o futbolu, o pracy. Pod koniec Darek pyta:

No i jak tam na swoim?

Normalnie odpowiedział Rafał.

Dorota nie dzwoni?

Nie.

Darek i Andrzej rzucili porozumiewawcze spojrzenia.

Tak całkiem nie? dopytał Andrzej.

Całkiem.

Znów spojrzeli na siebie. Darek obrócił kufel w dłoniach.

Wiesz co, dziwne. Moja by dzwoniła trzy razy dziennie.

Dorota milczy powtórzył Rafał.

To znak stwierdził Andrzej. Dobry albo zły.

A zły to jaki?

Że jej bez ciebie dobrze.

Rafał dopił piwo. Nie chciał o tym myśleć. Właściwie myślał o tym codziennie, ale nie chciał się przyznać.

O wpół do ósmej Darek spojrzał na zegarek, zebrał się, Andrzej też. Uścisnęli mu dłoń, poklepali po plecach i rozeszli się. Każdy do swojego świata.

Rafał został sam przy stoliku, zamówił jeszcze jedno piwo i siedział do zamknięcia.

***

Dorota pierwsze dni faktycznie czuła coś w rodzaju zagubienia, ale innego, niż się spodziewała. Nie pustkę po Rafału, a raczej nadmiar wolnego miejsca wokół siebie. Jakby ktoś przestawił meble i nie było wiadomo, czy to lepiej, czy gorzej.

Zadzwoniła do koleżanki, Wiesi, drugiego dnia.

Odszedł rzuciła sucho.

Jak to odszedł? Gdzie?

Wynajął kawalerkę. Mówi, że się dusił.

Wiesia zamilkła, westchnęła.

Dorota jak się trzymasz?

Szczerze? Dobrze. Sama się dziwię.

Płaczesz?

Nie. Też mnie to dziwi.

Jeszcze może przyjdzie.

Zobaczymy.

Potem dzwoniła druga przyjaciółka, Ela, poznana ćwierć wieku temu na porodówce, od tamtej pory nierozłączne. Ela, w przeciwieństwie do Wiesi, była bezpośrednia.

No wreszcie powiedziała Ela. Dorota, mówiłam ci od lat.

Mówiłaś co?

Że jesteś w domu jak służąca, tylko za darmo.

Oj, przestań.

Kiedy ostatnio zrobiłaś coś dla siebie?

Dorota zamyśliła się.

Chyba rok temu ostrzygłam włosy.

No właśnie.

Za tydzień Ela wyciągnęła ją na jogę. Dorota najpierw odmówiła, potem się namyśliła. Spakowała stary dres, który leżał od niepamiętnych czasów, i przekonała się na miejscu, że nie rusza się już zbyt sprawnie.

Spokojnie powiedziała instruktorka, młoda dziewczyna w kucyku. Wszyscy tak zaczynali.

Po dwóch tygodniach trochę się rozruszała. Chodziła regularnie. Po zajęciach wstępowały z Elą na szybką kawę, gadka-plota. Dorota odkrywała, jak to dobrze, po prostu chwilę posiedzieć, pogadać bez poczucia, że zaraz trzeba wracać, bo Rafał wróci z pracy i będzie czekał na kolację.

Wieczorami czytała. Kiedyś zasypiała po dwudziestu stronach, teraz całe rozdziały, powoli, spokojnie.

Któregoś dnia zadzwonił Mateusz.

Mama, tata mówi, że mieszka osobno.

Tak jest.

No i jak ty się czujesz?

Różnie, ale szczerze dobrze.

Chwilę milczał.

Wy się rozwodzicie?

Nie wiem jeszcze. Nie rozmyślałam o tym.

Nie jesteś smutna?

Raczej zaskoczona. Ale nie smutna.

Mateusz zamyślił się. Zawsze potrzebował trochę czasu, by przetrawić informację.

Dobra, mamo. Jak coś, dzwoń.

Ty też, Mateusz, nie tylko na święta.

***

Był jeden moment, kiedy Dorota zatrzymała się w kuchni, utknęła na kilka minut wpatrzona przez okno, trzymając kubek. Przyszło jej do głowy: dwadzieścia sześć lat. Dużo. Więcej niż połowa świadomego życia. Przecież były też dobre chwile. Pierwsze wspólne mieszkanie, które remontowali gołymi rękami. Mateusz, z kolanami od farby. Wakacje nad Bałtykiem piętnaście lat temu, kiedy przez trzy dni śmiali się z byle czego do dziś nie pamiętała z czego, tylko ten śmiech pamiętała.

To już nie wróci a właściwie, po prostu jest w przeszłości, jak zdjęcia w albumie.

Poczekała, aż to minie. Minęło po paru minutach.

Odłożyła kubek i złapała za torbę na jogę.

***

Wtedy przypadkiem pojawił się Zbyszek.

Zaczęło się od sąsiadki z dołu, starszej pani Janiny, osiemdziesięcioletniej gaduły, która miała talent do zatrzymywania sąsiadów na klatce na pół godziny. Pewnego dnia poprosiła Dorotę o pomoc z żarówką, bo syn przyjedzie dopiero za tydzień i nie ma światła w przedpokoju. Dorota wymieniła żarówkę, napiła się przy okazji herbaty, i właśnie wtedy wpadł syn Janiny ale nie ten, na którego czekała, tylko starszy, który bywa rzadziej.

Miał na imię Zbyszek, mieszkał w tym samym mieście, wpadł właściwie bez powodu. Miał czterdzieści osiem lat, był w brodzie, dobrym płaszczu, zmęczone oczy człowieka pracującego za dużo.

Mama znowu kogoś angażuje śmiał się na widok Doroty z żarówką.

Dorota sama zaproponowała podniosła się dumnie Janina.

Zbyszek uśmiechnął się do Doroty.

Wielkie dzięki. Nie ogarnąłbym, że mama siedzi w ciemności.

Pikuś uspokoiła Dorota.

Parę minut pogadali w drzwiach. Okazało się, że on też działa w budowlance, tyle że w innej firmie. Dorota wspomniała, że jest księgową. Pożegnał się, ona wróciła do siebie.

Po trzech dniach zadzwonił do drzwi. Przyniósł mamie zakupy i dla Doroty czekoladki, jak to nazwał, w ramach podziękowania.

Oj, nie trzeba było broniła się, ale przyjęła.

Mogę wpaść na minutę? zapytał. Chciałem zapytać o twojego Rafała. Mama mówiła, że pracuje w zaopatrzeniu, a ja mam takie pytanie o dostawców.

Dorota zawahała się.

Rafał mieszka teraz osobno. Ale mogę dać ci do niego numer.

Rozumiem nie było widać, czy jest zdziwiony. Nie będę przeszkadzać.

Wyszedł. Po tygodniu zadzwonił jeszcze raz znalazł inne rozwiązanie, ale zapytał, czy nie chciałaby wyjść na kawę po sąsiedzku. Dorota się namyśliła, powiedziała, że tak.

Spotkali się w kawiarni za rogiem. Pogadali o pracy, o jego mamie, o tym, jak dzielnica się zmieniła. Był uważnym rozmówcą, potrafił słuchać i nie wchodził w słowo, czasem śmiał się ze swoich komentarzy, zanim jeszcze skończył zdanie.

Długo byłaś mężatką? zagaił niewinnie.

Dwadzieścia sześć lat. A raczej byłam. Jeszcze nie wiadomo, jak będzie dalej.

Zdarza się podsumował bez pytań.

Poczuła, że docenia tę powściągliwość.

Spotkali się jeszcze raz, potem jeszcze raz. Nie spieszył się nigdzie, nie narzucał. Dzwonił czasem tylko po to, by spytać, jak minął dzień. Dorocie to odpowiadało. Po tylu latach zobowiązań, to była dla niej jakby wentylacja w dusznym pokoju.

***

Rafał coraz bardziej dostrzegał nowe rzeczy w sobie.

Na przykład nie umie czekać. Kiedyś nie musiał, bo wszystko się działo samo: jedzenie było, czyste ubrania były, jak coś się psuło naprawiało się. Teraz musiał czekać, aż wyschnie pranie, zagotuje się woda, przyjdzie hydraulik. Albo przeziębienie minie w połowie drugiego tygodnia poległ na grypę, samotnie w kawalerce z gorączką 38 i herbatkami z kranu.

Albo to, że nie umie jeść w ciszy. Przez dwadzieścia sześć lat zawsze ktoś siedział przy stole. Najpierw Mateusz, potem, gdy się wyprowadził, została Dorota. Zawsze albo mówiła, albo milczała w taki żywy sposób, kiedy czuć obecność. Tutaj cisza była martwa, totalna.

Zaczął jeść przy włączonym telewizorze. Trochę pomagało.

Około trzeciego tygodnia zadzwonił do Mateusza.

Cześć, synu.

Cześć, tato. Jak tam?

W porządku. Mieszkam na Leśnej.

Wiem, mama mówiła.

A mama jak?

Mateusz zamilkł dłużej niż zwykle.

Dobrze. Mówi, że OK. Chodzi na jogę, spotyka się z koleżankami.

Rafał trawił tę informację.

Nie tęskni?

Tato ostrożnie, jak zawsze, syn. Dzwonisz, żeby spytać, czy mama tęskni?

Nie tak tylko pytam.

Mama daje radę, tato. Ty też dajesz radę. To dobrze.

Odłożył telefon i długo siedział na tapczanie z jakimś dziwnym uczuciem. Nie żal coś innego, bliżej nieokreślonego. Jakby wszedł do pokoju, zapomniawszy, po co.

***

Dwadzieścia trzeciego dnia spotkał w windzie sąsiadkę młodą kobietę, może trzydziestopięcioletnią, którą widywał wcześniej. W pierwszej przeczytała swoje imię: Ewelina.

Pan tu nowy? zapytała.

Tymczasowy odpowiedział.

Aaa, po rozstaniu z żoną?

Zaskoczył go ten bezpośredni styl.

No tak.

Zdarza się rzuciła, jakby to była codzienność. Z trzeciego piętra? Tam mieszkał Miecio, co śpiewał całe noce.

Nie, z czwartego. Tam, gdzie te zasłony musztardowe.

Aaa, właściciel Janek. On wynajmuje tylko facetom bez rodzin. Mówi, że mniej kłopotów.

Wysiedli. Ewelina mieszkała na pierwszym. Pracowała w przychodni weterynaryjnej, miała kota i mnóstwo kwiatów na parapetach.

Razu pewnego pomógł jej zanieść ciężkie siaty. W podzięce zaprosiła na herbatę. Było czyściutko, przytulnie, w kuchni pachniało cynamonem. Trochę pogadali. Była miła, bystra, patrzyła z uwagą. Ale zauważył, że myśli: u niej czysto, a u mnie w zlewie garnek sprzed dwóch dni.

Jeszcze parę razy widzieli się w windzie, pogadali przy skrzynkach pocztowych. Nic się nie wydarzyło nie mogło, bo sam Rafał był jak niedokończona myśl, coś zaczętego na pół głosu.

Pewnego razu Ewelina zapytała:

Pan tu na długo?

Nie wiem odpowiedział szczerze.

Wygląda pan jak ktoś, kto nie zdecydował jeszcze, w którą stronę chce pójść.

Chyba tak jest.

To się zdarza. Ja po rozwodzie wisiałam w takim zawieszeniu dwa lata. Później żałowałam, że aż tyle zmarnowałam.

Zapamiętał sobie.

***

Trzydziestego pierwszego dnia pojechał na Halę Mirowską i kupił kwiaty. Bez okazji, po prostu nagle stanął przed stoiskiem z chryzantemami i pomyślał, że Dorota zawsze lubiła właśnie je, nie róże, tylko chryzantemy mówiła, że róże są zobowiązujące.

Kupił duży bukiet, zapłacił i pojechał na Kwiatową.

Całą drogę w metrze trzymał bukiet i czuł na sobie różne spojrzenia: od uśmiechów po obojętność. Myślał, co powie. Próbował przewidzieć, jak Dorota otworzy drzwi. Był pewien, że się zdziwi, może ucieszy. No bo przecież tyle lat razem.

Zadzwonił do drzwi, nacisnął nowy dzwonek bo zauważył, że wcześniej był inny.

Odgłosy za drzwiami: kobiecy głos, potem męski, nie jego.

Zamarł.

Drzwi lekko się uchyliły na łańcuch, nowy łańcuch, kiedyś go nie było. Przez szczelinę zajrzała twarz Doroty. Spojrzała na niego. Spojrzała na bukiet. Twarz bez emocji.

Rafał.

Dorotko, przyszedłem.

Widzę.

Mam przyniosłem ci. Uniósł bukiet.

Patrzyła na niego bez łez, bez złości, bez tego całego nawału uczuć, którego się spodziewał.

Rafał, nie wpuszczę cię.

Czemu? nie znalazł innych słów.

Bo wymieniłam zamki.

Widzę. Ale dlaczego?

Za jej plecami przemknął cień, sylwetka mężczyzny. Rafał odruchowo patrzył.

Kto to?

Nie twoja sprawa powiedziała, spokojnie.

Dorota, poczekaj. Ja dużo zrozumiałem.

Co zrozumiałeś?

Otworzył usta, zamknął. Otworzył znowu.

Że dobrze mi było z tobą. Nie umiałem tego docenić, że odejście to była pomyłka.

Patrzyła przez łańcuch.

Rafał, zrozumiałeś, że tobie było dobrze. Ale nie zrozumiałeś dlaczego. Myślisz, że brakowało ci mnie, a brakowało ci kogoś, kto prasował ci koszule.

To nie fair rzucił.

Może i nie fair. Ale prawdziwe.

Dorota, tyle lat

Wiem. Chwyciła drzwi. Były różne. Dobre też były. Ale nie chcę jeszcze tylu samych lat.

Nie dasz mi szansy?

Patrzyła na niego. Długo. Potem cicho:

Wiesz, co najciekawsze? Ja też zaczęłam oddychać. Okazało się, że też się dusiłam. Tylko nigdy nie powiedziałam tego na głos.

Stał z chryzantemami w ręku.

Dorota.

Idź, Rafale. Zadzwoń do Mateusza, pogadaj. Nie pytaj o mnie po prostu porozmawiajcie.

Zamknęła drzwi. Cicho, bez huknięcia. Kliknął zamek.

Postał chwilę. Trzymał bukiet opuszczony prawie do ziemi. Chryzantemy były świeże, silne nie wiedziały, co się wydarzyło.

Na klatce była cisza. Za ścianą brzęczał telewizor.

Rafał ruszył do windy.

***

Wcisnął guzik, winda przyjechała błyskawicznie. Spojrzał w lustro mężczyzna z bukietem, w porządnej kurtce, lekko wymięty, z twarzą kogoś, komu właśnie coś się skończyło. Albo się zaczęło. Albo jedno i drugie.

Wyszedł na ulicę. Było już ciemno, latarnie świeciły, ludzie szli w swoją stronę. Poszedł w kierunku metra, ciągle trzymał bukiet.

Potem przystanął.

Na ławce siedziała starsza pani i karmiła gołębie. Gołębie dziobały rzucane okruchy.

Rafał podszedł i postawił kwiaty przy ławce.

Może pani weźmie, jak chce powiedział tylko.

Starsza pani spojrzała na niego, potem na kwiaty.

Piękne kwiaty. Co, nie przyjęli?

Nie przyjęli.

Bywa powiedziała i wróciła do gołębi.

Rafał poszedł dalej. Ulica była taka jak zawsze, bloki stały jak stały, życie toczyło się swym rytmem. Gdzieś w tym mieście Dorota zamknęła za nim drzwi i wróciła do swojego wieczoru, nowego życia, które widocznie jej odpowiadało.

Gdzieś wracał do domu Mateusz, któremu wypadało zadzwonić bez okazji.

Gdzieś w kawalerce z musztardowymi zasłonami stały brudne talerze.

Wyjął telefon.

***

Już w metrze długo patrzył w czarne okno przed sobą, nie widać było nic, tylko własne rozmazane odbicie.

Dziwna sprawa, myślał niespecjalnie konkretnie. Po prostu dziwna i tyle.

Metro jechało, mijając stacje. W wagonie różni ludzie: młodzi, starzy, z torbami, z książkami, wpatrzeni w smartfony. Nikt nie zwracał uwagi na jego chryzantemy, dwadzieścia sześć lat, zamknięte drzwi.

Wysiadł na swojej stacji i wyszedł na powierzchnię.

Powietrze było zimne, czuło się pierwszy śnieg, którego jeszcze nie było, ale wisiał w powietrzu.

Zatrzymał się, podniósł głowę, spojrzał w niebo.

Było ciemne i zwyczajne.

Ruszył do domu.

***

Po północy, przed drugą, nie spał gapił się w sufit. Mieszkanie takie samo, musztardowe zasłony nie przepuszczały światła, lodówka czasem buczała. Jak przez trzydzieści jeden dni.

I wtedy przypomniało mu się coś.

Osiem, może dziesięć lat temu pojechali z Dorotą na działkę do jej rodziców. Wieczór, herbata na werandzie cisza, ciemny las za płotem. Dorota milczała, on też, ale to było to dobre milczenie, “żywe”, nie trzeba było nic mówić.

Wtedy pomyślał: jest dobrze.

I nic nie powiedział.

Po prostu pomyślał i zapomniał.

Leżał na kanapie w kawalerce i długo próbował przypomnieć sobie, kiedy ostatnio o tym myślał. Nie potrafił.

Za oknem coś zaczęło bielić się w świetle latarni. Pierwszy śnieg tej jesieni jeszcze nieporadny, niepewny.

W mieszkaniu było cicho.

***

Rano wstał, nastawił wodę na herbatę i pomyślał, że trzeba dokupić normalne kubki. Te, co były w mieszkaniu, miały odprysk i piło się nieprzyjemnie.

Potem pomyślał, że trzeba zadzwonić do Mateusza.

Potem że trzeba ogarnąć rzeczy w pracy, bo zbliża się kwartalny raport.

Pomyślał też, co powiedziała Dorota. Że ona też zaczęła oddychać. Że też się dusiła.

Nie wiedział tego. Albo wiedział, ale nie traktował jako coś ważnego. Była obok, zawsze robiła, co trzeba, nie pytał, czy chce, czy jej pasuje. Była częścią domowej rutyny, którą traktował jak klatkę, ale nigdy nie pomyślał, że dla niej to ta sama klatka tylko ona siedziała w niej i prasowała jego koszule.

Czajnik zagotował.

Zalał herbatę w wyszczerbionym kubku i usiadł do stołu.

Za oknem śnieg padał już równo, biało, zasypywał parapet i nie znikał od razu.

Rafał wziął telefon, odszukał: Mateusz.

Odłożył.

Wziął znowu.

Mateusz, cześć, tu tata. Dzwonię tak po prostu, nie masz nic do roboty?

Nie Mateusz był lekko zaskoczony. No hej, tato.

Jak tam u ciebie?

Dobrze. Pracuję. U was już śnieg?

Przed chwilą zaczął sypać.

U nas też.

Zamilkli na sekundę. Taka cisza, w której czuć drugą osobę.

Tato odezwał się Mateusz. Jak ci się układa?

Rafał spojrzał za okno. Biało, spokojnie. Jeszcze nic nie wiadomo.

Uczę się odparł.

Jakby co, dzwoń.

Będę dzwonił powiedział Rafał. Ty też, nie tylko od święta.

Spoko powiedział Mateusz.

Pożegnali się. Rafał odłożył telefon, popił herbaty. Herbata była w porządku.

Za oknem śnieg.

***

W tym samym czasie, na drugim końcu Warszawy, Dorota patrzyła przez okno. Miała pod ręką kubek kawy, w pokoju było przytulnie. Zbyszek już wyszedł nigdy nie zostawał na noc, taka była ich cicha umowa: na razie bez pośpiechu.

Myślała o Rafale. Bez żalu i bez radości po prostu, jak o kimś, z kim przeszło się kawał życia. Wyobraziła go sobie z bukietem, trochę zagubionego, z miną człowieka, którego życie nauczyło czegoś, ale może nie do końca.

Nie była już zła. Złość przyszła na początku, potem minęła. Jeszcze przez parę dni, po jego odejściu, czuła tę cichą, odwieczną złość za to, że nigdy nie pytał, jak ona się czuje. Że narzekał na monotonię, a to ona rutynę całą brała na siebie. Że jemu było nudno, a ona nie miała nawet czasu się zastanowić, czy jej nudno, czy nie.

Potem przyszło coś spokojniejszego, mocniejszego.

Wzięła telefon, napisała Wiesi: idziemy jutro na jogę? Wiesia odpisała od razu: czekałam, kiedy zapytasz. Idziemy.

Uśmiechnęła się, odstawiła kubek.

Za jej oknem też padał śnieg.

***

Tego samego wieczoru Rafał zadzwonił do właściciela: czy można przedłużyć najem o kolejne dwa miesiące.

Można odparł właściciel. Ale z góry.

Następnie pojechał do Castoramy, kupił dwa zwykłe kubki, bez odprysków. Potem zawrócił i wziął trzeci.

Po drodze wstąpił do Lidla, kupił składniki na zupę: bulion drobiowy, marchewkę, ziemniaki, cebulę. Przepis znalazł na telefonie cztery kroki, na końcu: dosól wedle uznania.

Zastanawiał się, co to znaczy wedle uznania. Spróbował, dosolił, znowu spróbował. Trochę przesadził, ale wyszła normalna.

Nalał do nowej miski, nie do kubka kubki są do herbaty nalał do miski i zjadł.

W ciszy zupa smakowała jakoś tak ok.

***

Życie toczyło się dalej, jak to ono ma w zwyczaju: bez wyjaśnień, bez ostrzeżenia. Dorota nadal chodziła na jogę, widywała się czasem ze Zbyszkiem powoli, bez presji. Rafał mieszkał na Leśnej, robił co mógł, czasem zadzwonił do Mateusza, czasem spotkał się z Darkiem i Andrzejem, którzy przychodzili już sami bez żon, trochę dłużej siedzieli, niż dotąd.

Do rozprawy rozwodowej nigdy nie doszli. Nie dlatego, że podjęli decyzję zwyczajnie zabrakło im do tego energii.

Któregoś dnia w sklepie na Kwiatowej spotkali się przypadkiem przy nabiale. Rafał czytał skład kefiru z powagą godną profesora.

Podeszła.

Rafał.

Odwrócił się. Zmierzyli się wzrokiem. Rafał wyglądał całkiem dobrze, nawet trochę schudł miał taki bardziej przenikliwy wzrok.

Cześć, Dorota.

Cześć. Dobrze wyglądasz.

Ty też.

Stali krótką chwilę.

Kefir bierzesz? pyta.

Tak, wybieram.

Tamten jest dobry wskazała.

Dzięki.

Wziął wskazany przez nią kefir. Dorota swoje i ruszyła w drugą stronę.

Przy kasach trafili koło siebie, każde w innej kolejce. On skasował swoje, ona swoje. Wychodzili niemal jednocześnie.

No to trzymaj się rzucił.

Trzymaj się odpowiedziała.

Skręciła w lewo. On w prawo.

Rate article
Fajna Tajna
Też kiedyś brakowało mi tchu