Kinga nie mogła znaleźć sobie miejsca. Na rękach zasnęła mała Zosieńka, a ona wciąż nie mogła oderwać się od okna.
Od godziny patrzyła na podwórko. Kilka godzin temu jej ukochany mąż Marek wrócił z pracy. Kinga była w kuchni, lecz on nie przyszedł do niej. Gdy weszła do pokoju, zobaczyła, jak pakuje rzeczy.
— Gdzie idziesz? — zapytała zdezorientowana.
— Wyjeżdżam. Odchodzę od ciebie do kobiety, którą kocham.
— Marek, żartujesz? Coś się stało w pracy, jedziesz w delegację?
— Czego nie rozumiesz? Miałem cię dość. W twojej głowie jest tylko Zosia, nie zauważasz mnie, o siebie nie dbasz.
— Nie krzycz, Zosię obudzisz.
— No proszę. Znowu tylko o niej myślisz. Twój mężczyzna odchodzi, a ty…
— Prawdziwy mężczyzna nie porzuciłby żony z małym dzieckiem — cicho powiedziała Kinga i wróciła do córeczki.
Znała charakter męża. Gdyby teraz kontynuowała tę rozmowę, wybuchłaby awantura. W oczach miała już łzy, których nie zamierzała mu pokazać. Wzięła Zosię z łóżeczka i wyszła do kuchni. Marek tam nie zajrzy — nie miał tam nic do zabrania.
Przez okno widziała, jak wsiadł do samochodu i odjechał. Nawet się nie obejrzał, ale Kinga wciąż nie mogła odejść od okna. Może miała nadzieję, że jego auto zaraz pojawi się na podwórku i powie, że to tylko głupi żart. Lecz nic takiego się nie stało.
Całą noc nie mogła zasnąć. Nie miała do kogo zadzwonić, by opowiedzieć o swojej tragedii. Matka dawno przestała się nią interesować. CieszyłaMatka uradowała się, gdy córka wyszła za mąż, i niemal od razu o niej zapomniała, jakby jej jedynym dzieckiem był zawsze młodszy brat Kingi.



