Tęsknię. Nigdy wcześniej nie tęskniłam za kimś w taki sposób. Sama nie wiem dlaczego – przecież przy…

Brakuje mi go. Jeszcze nigdy nie tęskniłam za nikim w taki sposób. I sama nie rozumiem dlaczego bo przecież przy nim nigdy nie czułam się w pełni swobodnie, wiele rzeczy mi nie pasowało.

Poznaliśmy się na Facebooku. Najpierw wymienialiśmy wiadomości, a pewnego wieczoru zaprosił mnie na kawę. Poszliśmy do parku w Warszawie. Byłam wtedy w kiepskiej formie trochę przybita i do tego wszystko mnie bolało, bo dzień wcześniej ambitnie poszalałam na siłowni i nogi odmówiły współpracy. Gadaliśmy w parku było późno, niebo czyste, mróz taki, że palce u rąk odpadały. Rozmawialiśmy o sprawach osobistych, o życiu, o tym, kim jesteśmy takie tam klasyczne rozgrzewki przy trzaskającym mrozie.

Kiedy wychodziliśmy z parku, przytuliłam go. To było przytulenie godne szwedzkiego kryminału trwało dobre kilka minut. Poczułam się, jakbym wróciła do domu. A to od faceta, który na pierwszy rzut oka miał z lodu nie tylko ręce, ale i serce. W tej przytulance wiedziałam jednak, że to tylko poza gdzieś głęboko też nie był w porządku. Może czuł się wtedy dziwnie chyba oboje byliśmy skonfundowani. Ale czułam, że jemu też ulżyło, i jemu ta bliskość była potrzebna. Pożegnaliśmy się jeszcze jednym, już krótszym uściskiem.

Dalej sprawy potoczyły się automatycznie. Piszemy do późna, dzień w dzień: on zaczyna dzień dobry, potem dyskusje na Messengerze o wszystkim do nocy. Coraz częściej się spotykaliśmy. Czasem poważne, czasem absurdalne rozmowy i dzielenie się scenariuszami na życie. W końcu powiedział mi, że mieszka z kolegą. Potem, że mieszkał z byłą. Że lubi pisać z dziewczynami i utrzymuje kontakt z eks. W międzyczasie wrócił na jakiś czas do rodziców.

Ostatecznie nazwaliśmy to związkiem i wtedy wyznał mi prawdę: mieszkał z byłą, choć, jak twierdził, już nic ich nie łączy. Co najwyżej pełen profesjonalizm, bo razem prowadzili jakieś firmowe sprawy. Na Facebooku pojawiło się ich wspólne zdjęcie. Na jego urodziny miałam plan z klasą zabrać go do restauracji w Gdańsku, całkiem klimatyczna, rodem z seriali o polskich rycerzach. A tu nagle przed południem dostaję wiadomość na Instagramie od jakiejś pani, pełnej negatywnych wibracji. Nie odpisywałam, tylko grzecznie spytałam, co to ma być. A on mi wtedy przypomniał, że eks lubi wysyłać ludzi do rozwiązywania takich spraw i chętnie rozkręca dramę w social mediach. Uznałam, że nie będę się babrać w błocie, więc tylko tyle napisałam, ile wypadało. Potem zablokowałam temat.

Jakoś przeszliśmy przez to bagno. Związek się nie rozpadł, wręcz przeciwnie zacieśnił. Zwierzałam się mu dużo, a on mnie wspierał, gdy byłam chwilowo bez pracy. Pomagał finansowo, gdy brakowało mi do wypłaty trochę mnie to krępowało, nigdy o pieniądze nie prosiłam, sam wychodził z inicjatywą. Gdy wyjechał na urlop w Tatry, mogłam zamieszkać u niego. Byłam tam całe dwa tygodnie błąd numer jeden.

Testował mnie wtedy jakie jestem do mieszkania. Wydał masę pieniędzy na zamówione jedzenie, bo przekonywał, że gotowanie w domu to strata życia, a przecież dostęp do pierogów i pizzy jest pod nosem. Po urlopie portfel był chudy jak karp po świętach. Radziłam, żeby oszczędzał, ale on swoje. Potem miał do mnie żal, że mu w tym nie pomogłam, że nie protestuję, kiedy szasta forsą choć miałam propozycje gotowania i normalnego życia na budżecie.

Końcem końców stwierdził, że musi opłacić rachunki i jest przez to poddenerwowany przeszło mi przez głowę, że to nie powinno być moim problemem. Znalazłam pracę; wtedy usłyszałam, że teraz mnie przetestuje, czy dam mu kasę za to, że mieszkam u niego i za wydatki bo ponoć czuł się jak mój sponsor. Nie bardzo wiedziałam, co z tym zrobić uczyłam się dopiero życia we dwoje.

Obiecał, że od teraz wszystko się zmieni. I zmieniło się: na gorsze. Planów coraz mniej, spotkań jeszcze mniej. Wiadomości: krótkie i lakoniczne. Tłumaczył, że musi odrobić straty, że nie ma na nic i nawet na bułkę z serem nie starcza. Wszystko się sypało.

Pewnego dnia obwinił mnie o to, że grzebałam w jego portfelu i pogorszyłam mu sytuację finansową choć nigdy nic nie brałam i o nic nie prosiłam. Teraz to ja czasem płaciłam, czasem on ale czar prysł. Ustaliliśmy, że kończymy i rozstaliśmy się w cywilizowany sposób podziękowania za dobre chwile i lekcje życiowe. Drzwi zamknięte z godnością.

Potem była druga tura prób trochę rozmów, próba powrotu, ale już nie mogłam znieść przesiadywania po pracy u niego bez obiadu. Nieraz nawet nie zapraszał mnie do stołu. Zastanawiałam się, czy brać lunch pudełkowy czy wciskać bułę przed pracą, żeby nie umrzeć z głodu. Wyjaśniłam mu, jak się z tym czuję, ale milczał, nie proponował żadnego rozwiązania. Coraz bardziej czułam się jak własny obowiązek, a nie partnerka. To wszystko zabijało naszą relację.

Kiedyś, jadąc z nim tramwajem przez Kraków, nagle zakręciło mi się w głowie i prawie zemdlałam. Usiadłam na podłodze, by nie wylądować na twarzy, a on nie zareagował wcale. Wtedy coś we mnie pękło i wyłączyło się na amen. Wciąż mi na nim zależało, ale wiedziałam, że to nie jest facet, z którym chcę spędzić życie, bez względu na wspólne plany i sny.

Wiele razy go prosiłam, żebyśmy nie zasypiali pokłóceni. A ja zaczęłam usypiać obok niego, płacząc cicho w poduszkę. W końcu powiedziałam sobie dość. Wstałam rano, spakowałam manatki i wyszłam. Porozmawialiśmy. Powiedziałam, jak się czuję. Podarowałam mu kiedyś rysunek, bardzo go lubił zdjęłam go ze ściany i zabrałam. Nie powinnam była tego robić. Coś się we mnie złamało i w nim chyba też.

Kilka tygodni później znów zamieniliśmy kilka słów. Powiedział, że przez to, że zabrałam rysunek, odebrałam mu szczęście i coś się skończyło na dobre. Zamknęliśmy rozdział raz jeszcze. Bywało, że pisałam mu podziękowania albo przesyłałam śmieszne filmiki, ale on już nie odpowiadał. Zapanowała pustka.

Pewnej nocy, przed północą, dostałam wiadomość pełną obelg że niby to przeze mnie zerwał kontakt z rodziną. Skasowałam czat, zablokowałam nadawcę. Potem zaczęli mnie szukać z jego pracy na Facebooku. Wiedziałam, że to znów sprawka byłej albo nowej partnerki. Nie reagowałam. O wszystkim powiedziałam szefowi zagroziłam sądem. Dopiero wtedy ucichło.

Smutno mi się zrobiło. Zmieniłam się. Zrozumiałam, że on nie jest tym, którego chcę widzieć przy sobie. Rozstaliśmy się z klasą, ale patrzeć na niego z kimś, kto tyle bałaganu namieszał, bolało.

Czasem tęsknię. Za niektórymi fajnymi chwilami. Ale tylko tyle. Wiem jedno: przy mnie miał spokój i był z siebie dumny. Nie sądzę, żeby z tamtą osiągnął to samo ani żeby był facetem, którym chciałby się pochwalić przed całym światem.

Rate article
Fajna Tajna
Tęsknię. Nigdy wcześniej nie tęskniłam za kimś w taki sposób. Sama nie wiem dlaczego – przecież przy…