**Dzisiaj był prawdziwy dramat. Szwagrowie przyjechali na weekend.**
— Mamo, oszalałaś?! Jacy szwagrowie?! — krzyknęłam do słuchawki, ledwo jej nie upuszczając. — Przecież mówiłam ci tysiąc razy, że z Marcinem tylko się spotykamy!
— A co, spotykacie się, to niby niepoważne? — głos mamy brzmiał stanowczo i nic dobrego nie wróżył. — Kasiu, masz już dwadzieścia siedem lat! Inne w twoim wieku dawno zamężne, dzieci rodzą, a ty się bawisz! Jego rodzice to porządni ludzie, pracowici, mają trzypokojowe mieszkanie na Kabatach…
— Mamo! — Zamknęłam oczy, próbując powstrzymać narastający ból głowy. — Posłuchaj mnie uważnie. NIE jestem gotowa na małżeństwo. NIE chcę tego omawiać z obcymi ludźmi. I w ogóle, powinnaś się ze mną najpierw skonsultować!
— Za późno na konsultacje — w głosie mamy pojawiła się złość. — Już do nich zadzwoniłam, przyjadą jutro rano. Marcin wie, nawiasem mówiąc. Rozmawiałam z nim wczoraj, zgodził się.
Powoli opadłam na kanapę. Marcin się zgodził… Oczywiście, co on miał do stracenia? Mieszka spokojnie u rodziców, pracuje na pół etatu, a tu taka okazja — gotowa narzeczona z własnym mieszkaniem i stałą pensją.
— Mamo, może ich odwołamy? Powiemy, że zachorowałam…
— Kasieńko — nagle głos mamy zmiękł, prawie błagalny. — Zrozum, córeczko. Tak bardzo chcę wnuków! A nuż coś mi się stanie, a ty zostaniesz sama? Marcin to dobry chłopak, nie pije, nie pali…
— Nie pije? — prychnęłam. — Przecież przedwczoraj ledwo trzymał się na nogach!
— No ale mógł mieć powód, święto było! — mama szybko znalazła wymówkę. — Dobrze, kochanie, przyjedź jutro przed dziesiątą. Już kupiłam kurczaka, tort zamówię…
Rozmowa się urwała. Przez chwilę siedziałam, wpatrzona w pustkę, aż w końcu wstałam i zaczęłam nerwowo chodzić po pokoju. Musiałam coś wymyślić, ale co? Zabić Marcina? Mamę? A może uciec do koleżanki na działkę i przeczekać do poniedziałku?
Telefon znów zadzwonił.
— Kasia, to ja — głos Marcina brzmiał przepraszająco. — Słuchaj, twoja mama do mnie wczoraj dzwoniła…
— A to drań! — westchnęłam. — Mogłeś mnie uprzedzić!
— Myślałem, że żartuje! Serio! Kto teraz umawia małżeństwa przez swatów? Myślałem, że pogada i zapomni…
— A kiedy zrozumiałeś, że nie żartuje?
— Jak moi rodzice zaczęli wybierać tort — przyznał się. — Kasień, może po prostu w to wejdziemy? Posiedzimy, pogadamy, oni się uspokoją…
— Marcin, zdajesz sobie sprawę, że po tym cyrku mama zaprowadzi mnie z tobą do ołtarza pod eskortą? Pewnie już suknię przymierza!
— No i co z tego? — w jego głosie zabrało podejrzanych nut. — A ja ci nie pasuję?
Zamilkłam. Właśnie w tym był szkopuł. Marcin mi się podobał, i to bardzo. Wysoki, przystojny, dobry. Ale było w nim coś… brakowało mu czegoś. Nigdy nie podejmował decyzji sam. Zawsze radził się mamy, nawet co do koszuli na randkę. A teraz — ślub też nie jego pomysł.
— Słuchaj, Marcin — zaczęłam ostrożnie. — A ty SAM chcesz się ze mną ożenić? Mną, rozumiesz?
— Oczywiście, że chcę! — odpowiedział za szybko. — To znaczy… w zasadzie… znamy się przecież dobrze…
— To nie jest odpowiedź — powiedziałam zmęczona. — Dobrze, zobaczymy się jutro.
Cały wieczór biegałam po mieszkaniu, przymierając raz jedną, raz drugą sukienkę. Zbyt elegancka — pomyślą, że się zgadzam. Zbyt zwykła — mama będzie tygodnie wykładać, jak powinno się wyglądać na poważne rozmowy. W końcu wybrałam szarą garsonkę — statecznie, ale schludnie.
Rano obudziłam się z postanowieniem, żeby wszystko odwołać. Zadzwonię do mamy, powiem, że zachorowałam, albo że wyjazd służbowy… Ale telefon milczał, a gdy wykręciłam numer mamy – nikt nie odebrał. Pewnie już na targu, kupuje przysmaki na stół.
O wpół do dziesiątej stałam przed domem rodziców, nie mogąc zmusić się, by wejść. Sąsiadka podlewała kwiaty na balkonie i z ciekawością zerkała w dół.
— Kasiu! — rozległo się z góry. — Wchodź już, po co stoisz!
Mama wyszła mi na spotkanie w odświętnym fartuchu, z konspiracyjną miną.
— No i dobrze, że wcześniej przyszłaś! Pomóż nakryć do stołu. Patrz, jaką śledzik kupiłam, będzie pod pierzynką! I kawiorek wzięłam, nie czerwony, ale też niezły…
— Mamo — próbowałam wtrącić, ale mama już ciągnęła mnie do kuchni.
— A garsonka śliczna! Taka poważna, elegancka. To się nada! Rodzice Marcina lubią, gdy dziewczyna skromnie się ubiera…
— Skąd wiesz, co oni lubią?
— Już się poznałyśmy! — oznajmiła mama dumnie. — Spotkałyśmy się, jak Marcin chorował. Danuta Władysławowa, jego matka, taka miła kobieta! Godzinę gadałyśmy, opowiedziała mi wszystko o tobie…
— O mnie? Co o mnie?
— No, że ładna, pracowita, mieszkanie własne… Bardzo im się podobasz dla ich syna!
Poczułam, jak we mnie wszystko wrze. Więc już o mnie mówią jak o narzeciej! A mojego zdania nikt nie spytał!
— Mamo, posłuchaj mnie — złapałam ją za ramiona. — Nie jestem gotowa wychodzić za mąż. Rozumiesz? Nie chcę jeszcze!
— Nie chcesz? — mama zmarszczyła brwi. — To po co się z chłopakiem spotykasz? Dla zabawy? To nieładnie, Kasiu! Faceta się albo puszcza, albo bierze do ślubu!
— Ale my tylko się poznajemy! Może w ogóle do siebie nie pasujemy!
— Pół roku się znacie, co tu jeszcze poznawać? — machnęła rękami. — Za moich czasów w miesiąc decyzje podejmowali! A wy się ciągniecie i ciągniecie…
Dzwonek do drzwi przerwał awanturę. Mama zdjęła fartuch, poprawiła włosy i ruszyła do przedpokoju z urocznym uśmiechem. Ja zostałam w kuchni, łapiąc się za blat i próbując złapać oddech.
— Proszę, proszę! — głos mamy brzmiałW końcu wszyscy usiedli do stołu, a ja zrozumiałam, że może warto dać szansę tej miłości, nawet jeśli przyszła do nas trochę na opak.



