Dzisiaj przyszedł ten dzień: zrobiłam teściowej taki prezent, że na pewno zaniemówi ze zgrozy! I będzie trząść się ze złości, ilekroć spojrzy na to, co ode mnie dostała. Ale nie wyrzucinie odważy się! Będzie musiała trzymać to na wierzchu i patrzeć. Taki właśnie plan obmyśliłam wobec tej mojej Zofii Zielińskiej! Przez piętnaście lat małżeństwa z Piotrem nie usłyszałam od niej ani jednego ciepłego słowa. Prawdziwa oziębła baba Inne, choćby przez zęby, coś powiedzą. A ta nawet nie mrugnie, tylko łypie oczyskami. Najchętniej wcale bym do niej nie zachodziła, a jak już muszę, to zjawiam się raz w roku, na pięć minuttak odpowiadałam przyjaciółce, Marcie.
Marta przytakiwała mi energicznie, bo i ona nie pałała sympatią do swojej teściowej, Danuty. Miały dziś mini-babskie spotkaniebo odkąd pamiętam, zbieramy się z dziewczynami co drugi tydzień w soboty.
Pracuję jako fryzjerka, więc zwykle od razu poprawek dokonywałam na głowach koleżanek, ale dziś przyszłam tylko na chwilę, bo klientów czekało sporo. Marta jest kucharką, więc zawsze wnosiła do pokoju stos “pyszności”jak to mówi mój syn Kacperek.
Była też nasza trzecia przyjaciółka, Justyna. Została pielęgniarką, niedawno zmieniła pracęniby w nowym miejscu, ale nie zdradziła nam jeszcze gdzie. Tym razem jednak temat zszedł na nasze teściowe.
Nie cierpię jej! To nawet nie jest rodzina. Gdyby jej nie było zaczęłam znowu marudzić.
Nagle cicha dotąd Justyna wtrąciła się, przerywając mi bez sympatycznego uśmiechu:
I co, Kaśka? Myślisz, że od razu byłoby lepiej? wycedziła.
Może i tak… wyszeptałam, sama niepewna.
Przypomniałam sobie rano, kiedy z satysfakcją niosłam prezent zawinięty w elegancki papier, uśmiechając się do siebie pod nosem. Wręczyłam go Zofii Zielińskiej, a ta, jak dziecko, nie potrafiła już doczekać się rozpakowania. Uprzedziłam jednak: ma otworzyć dopiero po moim wyjściu. W ten sposób zepsułam tej jędzy urodziny!
No dziewczyny, pytałyście mnie, gdzie się przeniosłam do pracywreszcie zaczęła Justyna.
Ożywiły się obie z Martą.
Do prywatnej kliniki? zgadywałam.
Ale ci się teraz będzie powodziło! zachichotała Marta.
Do hospicjum odparła spokojnie Justyna.
Rozległa się cisza.
Po co? tylko tyle zdołała wykrztusić przejęta Marta.
Tam umierają śmiertelnie chorzy ludzie… nie boisz się, Justyna? A zarobki? zawachaliśmy się z Martą.
Przestańcie z tymi pieniędzmi! Przepraszam cię, Kasiu, ale muszę ci powiedzieć jednojesteś głupia wyszeptała gorzko.
Kto? Moja teściowa? burknęłam.
Nie, ty sama, Kaśka. To, co robisz i mówisz, jest po prostu podłe. Może Zofii dobrze nie znam, ale słowa ciepłego nie słyszałaś? A kiedy z Piotrem potrzebowaliście na większe mieszkanie, to kto sprzedał swoje M-3 w centrum Warszawy i przeprowadził się na przedmieścia? Twoja teściowa.
A gdy Kacperek poważnie chorował, kto załatwił dla niego konsultację u słynnego profesora, do którego bez znajomości ani rusz? Przecież to był syn przyjaciółki twojej teściowej z młodości. To dzięki nim uratowano twojego małego. Komu poza tobą tak się poszczęściło? Gdy się spiłaś na zjeździe klasowym i rano obudziłaś się u kolegi, kto cię wyciągnął z opresji? To Zofia Zielińska powiedziała Piotrowi, że byłaś całą noc u niej… Kąsasz dłoń, która cię karmi, dogląda i ratuje. Obrazowo mówiąc. Ile razy u ciebie jadłyśmy ogórki kiszone, powidła, leczo, którymi cię zaopatruje? Ty sama nie odróżniłabyś sadzonki od ogrodowego kwiatka! A ona się dla was stara.
Są tacy ludzie, którzy nie potrafią pięknie mówićswoją miłość pokazują czynami. Inni pięknie gadają i tyle z tego. Aż się zapowietrzyła Justyna.
Dzięki, Justyna. Zamiast mnie wesprzeć, to jeszcze wyzwałaś wstałam gwałtownie.
Coś mnie jednak ukłuło. Jeszcze do niedawna ten robaczek w środku mój spiskował ze mną, planował małostkową zemstę i świętował. Teraz słuchając przyjaciółki, kręcił się niespokojnie, nie pozwalając nacieszyć się satysfakcją.
Marta, która przy tym wszystkim wcinała piątego już pieroga z kapustą (w stresie zawsze jadła na zapas), nagle umilkła i nie poparła mnie jak zwykle.
Teoretycznie powinno mnie to obrazić, mogłam z hukiem wyjść i rozstać się z Justyną. Już się do tego szykowałam…
Ale robaczek nie puścił. Wbił mnie w fotel, nie dawał prawa do triumfu.
A może zapomniałyście, że ja nie mam mamy? Od piętnastu lat żyję z tą stratą. Ty, Kaśka, ciągle narzekasz na teściową, a ja codziennie tęsknię za matką. Wciąż przyłapuję się na tym, że wybieram jej numeri chociaż komórka milczy, regularnie doładowuję stare konto. Dzwonię, rozmawiam z ciszą, opowiadam o wszystkim. Wtulam się w jej koc, żeby udawać, że jeszcze mnie tuli Tam już wszystko we mnie wypalone od żalu Masz mamę i teściową! Po co ci takie gierki? Z kim rywalizujesz? Kiedy ostatni raz ścięłaś Zofii włosy lub zrobiłaś fryzurę? kontynuowała Justyna.
A mój robaczek skulił się jeszcze bardziej. Cichutko, jakby ktoś obcy, ale to był mój własny głos, odezwał się:
Nigdy.
Serio? Oszalałam, Kaśka! Tak nie można. Ja swoją teściową zawsze częstuję ciastkami, gotuję sernik i piekę chleb na Wigilięi ona wtedy taka szczęśliwa! Ma te swoje grubiutkie, mięciutkie rączki, cieszy się jak dziecko! rozmarzyła się Marta.
Robaczek się wyciszył. Nagle poczułam, że mogę już odejść. Nic mnie nie trzyma.
Przed oczami pojawił mi się poranek. Grubiutkie rączki Zofia miała inne, duże, spracowane, z żyłami. Obcęgitak je nazywałam z pogardą. Twarz również nieładnaza plecami nazwałam ją zgniły ziemniak. Czy wiedziałam o niej coś więcej? Okazuje się, że nic. Nie interesowałam się jej życiem.
A przecież zawsze była pierwsza, gdy byłam w potrzebie. Piotr opowiadał o swojej matce i o tym, że miał dwie siostry, które długo chorowały, matka czuwała przy nich lata. Potem opiekowała się chorym mężem. Została sama z synem, który dla niej był całym światem.
A Piotra przecież kocham go jak dawniej. Przystojny, mądry, uczciwy i zaradny mąż.
Taki jest, bo tak go wychowała matka! Mógłby cię poniewierać albo nie przynosić pieniędzy do domu, czy mieć kochankę. Nie każda taką ma szczęśliwość! A sama kiedy jej powiedziałaś cokolwiek miłego? Kto ci bronił być życzliwa? Co się tak wyśmiewasz i złośliwie żądlisz? Głupia jesteś! wrzasnął nagle ten mój robaczek.
Aż podskoczyłam.
Kaśka, źle się czujesz? Justyna podeszła ostrożnie.
Pokręciłam głową, starając się nie popłakać. Wszystko spadło na mnie narazprzytłoczyło jak letnia nawałnica.
Musiałam zmienić temat, by nie zwariować.
Justyna, jak ci się pracuje?
Dziewczyny tych oczu chyba nigdy nie zapomnę. Czasem tak cierpią Ale potrafią też być pełne światła i dobroci, patrzą z nadzieją. Słyszę tu dużo rozmów o życiu, o wieczności. O żalach co by się jeszcze chciało, gdyby czas pozwolił. Przychodzą krewni, płaczą, żegnają się i żałują, że nie powiedzieli czegoś ważnego.
Niedawno jeden młody mężczyzna przyjeżdżał codziennie do matki. Sukcesy, pieniądze a ona marzyła już tylko o podróży na wieś, z której pochodziła. Był zajęty, nie miał czasu A jak zmarła, płakał na kolanach: Mamusiu, wstawaj, pojedziemy, gdzie tylko chcesz, dom postawię, wszystko zrobię dla ciebie Albo starszy pan, wojskowy, codziennie przynosił córce spinki do coraz rzadszych włosów. Ona czekała z zachwytem na te drobiazgi, bo widziała w nich nadzieję na przyszłość, na ozdabianie włosów, gdy wyzdrowieje
I tak, dziewczyny, po prostu trzeba doceniać! Jedni opłakują bliskich, inni walczą z chorobą, a kolejni zamiast cieszyć się życiemtoczą wojny, kumulują złość. Tyle z tego potem mają, że szczęścia już nie zauważają.
Marta, wachlując się gazetą, spojrzała tęsknie na talerzpierogi zniknęły, ale w domu na pewno coś znowu zrobi. To co, dzisiaj rodzinna narada z kolacjązapraszam i męża, i teściów, zostają na noc!napisała do męża SMS-a, zanim wybiegła w podskokach.
I ja się podniosłam. Trzęsącą się ręką szukałam czegoś w torbie, wszystko rozleciało się na podłogę. Justyna pomogła mi je zbierać w milczeniu. Każda rozeszła się w swoją stronę.
Teraz miałam jeszcze mnóstwo spraw. A wieczór cały zaplanowałam
Tylko że na drugim końcu miasta, właśnie teraz starsza kobieta, której rzekomo nie znoszę, patrzy na prezent ode mnie. Ten, którym chciałam jej dopiec. Gdyby mi podarowała coś takiego? Sama byłabym niepocieszona. Urodziny mielibyśmy z głowy…
Odwołałam więc wizyty, zadzwoniłam po klientki, przeprosiłam i ruszyłam do teściowej.
Telefon do Piotraniedostępny. Spociły mi się dłonie. Co on powie, jeśli się dowie? Przecież to jego mama
Był już wieczór. W okienkach małego domku paliło się światło, zasłonki w groszki i pelargonie na parapecie, które zawsze mnie irytowały, nagle wydawały się takie swojskie.
Trudno, przeproszę. Może obiecam inny prezent. Chyba jej przykro… Co ja narobiłam myślałam, idąc do furtki.
W drzwiach nie zamknięte. W dużym pokoju, na stolemiska pierogów, chłodnik na maślance, ulubione naleśniki Piotra. Zamarłam przy progu. Mąż rozmawiał z synem, który pochłaniał babcine gołąbki z szerokim uśmiechem. Zofia w niebieskiej sukni z koronkowym kołnierzem, z zaplecionym warkoczem stała pod ścianą. Oprócz niejdwie starsze sąsiadki i dziarski pan.
Zobaczcie, jakie cudo! zachwycała się teściowa, pokazując im… mój prezent.
I mówi dalej:
To moja Kasieńka, żona Piotrusia. Jak księżniczka. Jasna, delikatna, taka śliczna! Gdy na nią patrzę, aż serce mi śpiewa. Teraz Kasienka zawsze już będzie blisko mnie. To portret, artysta zrobił. Rozpłakałam się, gdy zobaczyłam taki prezent. Lepiej być nie mogło!
Poczułam jak cała robię się czerwona ze wstydu, jak wtedy, gdy u babci zbiłam wazon i zwaliłam na brata.
Prezentem na urodziny był… mój portret. Mój własny! Wydawało mi się, że skoro nie mówi mi nigdy miłych słów, to nie lubi mnie, nawet nie znosi. Chciałam, żeby portret znienawidzonej synowej wciąż ją gryzł. Tymczasem…
Bo ona taka piękna Ja nie umiem mówić czułych słów, wstydzę się. Ale zawsze, jak u nas jest, to choćby śpi, poprawię jej koc, pogłaszczę. Straciłam dwie córeczkiale dostałam nowążonę Piotrusia, moją ukochaną Kasię. Piotrusiowi zawsze powtarzam, że trafiła mu się złota kobieta!
No i miej z tym żyj, Kaśka westchnął robaczek w środku i zamilkł na zawsze.
Nawet nie zdążyłam mu obiecać, że wszystko naprawięa tu syn dopada, mąż podchodzi.
Co ty tu robisz? Przecież masz pracę. Mama mówiła, że przyszłaś rano.
Odwołałam wszystko. Pani Zofio mogę mówić do pani mamo? Z okazji urodzin… głos mi więzł w gardle.
Naprawdę miałam ochotę uklęknąćjak ten facet z opowieści Justyny. Uklęknąć przed wielkością dobrego serca.
Kasiu, złotko! Przyszłaś, jeszcze raz wpaść! Jak dobrze, córciu! patrzyła na mnie z zachwytem i dumą.
Starszy pan pokiwał głową, spojrzał na mnie, na portret.
Wszyscy się rozśmiali, zrobiło się gwarno.
Cieszyłam się, że dziś jest święto. Że żyję, mam rodziców (którzy już jechali z życzeniami), wspaniałego męża i synka, dobrą teściową i pracę. Okazało się, że jestem bogata!
Chodźcie do stołu! krzątała się Zofia.
I zaraz zrobimy Dzień Urody! Chcecie? Wszystkim zrobię fryzury, jeśli będziecie chcieli, to podfarbuję, ostrzygę! uśmiechnęłam się.
To też był prezentdla wszystkich.


