Teściowej takiego prezentu sprawiłem, że od razu zrobiło jej się słabo! Będzie ją trząść zawsze, kiedy spojrzy na to, co dostała. Ale nic nie poradzi nie wyrzuci, nie odda, będzie musiała to trzymać na widoku. Ot, karma wraca! Pani Barbara moja teściowa zasłużyła sobie. Przez piętnaście lat, odkąd jestem żonaty z Marcinem, ani razu nie powiedziała o mnie dobrego słowa. Mruk. Inne chociaż coś rzucą pod nosem, a ta nic. Patrzy tylko tymi swoimi czarnymi ślepiami, jakby mnie prześwietlała. Staram się do niej nie jeździć, a i w odwiedziny chodzę na pięć minut raz do roku, opowiadałem o tym Tomkowi.
Tomek słuchał mnie z zapałem, bo jego teściowa, pani Maria, też nie należała do ulubienic. Zrobiliśmy sobie małe męskie spotkanie, a to już taka nasza świecka tradycja raz na dwa tygodnie spotykamy się w trójkę od liceum. Ja jestem fryzjerem i zawsze odświeżam chłopakom fryzury, dziś też przyszedłem na chwilę, bo czekali na mnie klienci. Tomek, kucharz, zawsze przynosił górę smakołyków, jak ich nazywał mój syn, Kuba.
Był też trzeci nasz kumpel Adam. Pracował jako ratownik medyczny i niedawno przeszedł do nowej pracy. Gdzie, dokładnie nie wiedzieliśmy, ale właśnie miał opowiedzieć, jednak zeszło na temat teściowych.
Nie cierpię jej! Jest dla mnie nikim. Gdyby jej nie było… zacząłem znowu.
I wtedy Adam, dotąd spokojny, nagle mi przerwał:
I co by ci to dało, Rafał? Lżej by ci było? uśmiechnął się kwaśno.
No… chyba tak, mruknąłem, sam przerywając.
Przypomniałem sobie dzisiejszy poranek. Jak zanosiłem prezent, zapakowany w ozdobny papier, uśmiechając się pod nosem. Wcisnąłem go Barbarze, a ona, jak dziecko, zaczęła go rozpakowywać niemal podskakując z ciekawości. Uprzedziłem ją wtedy, by otworzyła dopiero po moim wyjściu. Tak czy inaczej musiałem jej ten dzień popsuć.
Chłopaki, pytaliście mnie, gdzie teraz pracuję, zaczął Adam.
Zainteresowaliśmy się od razu.
Prywatna klinika? zgadnąłem.
Będziesz zarabiał jak prezes, ha! zaśmiał się Tomek.
Nie, hospicjum, odpowiedział spokojnie Adam.
Zapadła cisza.
Ale… Dlaczego? To miejsce dla nieuleczalnie chorych ludzi… Nie boisz się? A pieniądze? nie mogłem się powstrzymać.
Ciągle tylko pieniądze, pieniądze. Rafał, nie chcę cię urazić, ale muszę ci powiedzieć jedno słowo: Głupiec, wyszeptał Adam twardo.
Ale ja? Ja głupiec? Moja teściowa? prychnąłem.
Ty, Rafał! Bo to co robisz i mówisz to podłe. Może twoja Barbara mało mówi, nie obdarza cię słowami, ale ile razy ci pomogła? Kiedy potrzebowaliście z Marcinem pieniędzy na większe mieszkanie, to ona sprzedała własne w centrum i przeprowadziła się na peryferie. I czy wtedy narzekała? Nie! Gdy mały Kuba ciężko zachorował, to kto biegał do najlepszych lekarzy? I który profesor był synem jej dawnej koleżanki z Technikum? Kto załatwił miejsce i uratował twojego syna? A kiedy przesadziłeś na zjeździe klasowym i obudziłeś się u wspólnego znajomego? Gdyby Marcin się dowiedział… A kto cię wybawił? Barbara pokryła twoją nieobecność powiedziała, że nocowałeś u niej. Ty, Rafał, gryziesz rękę, która cię żywi. I jeszcze mi tu marudzisz!
Przynosiła ci kiszone ogórki, dżemy, leczo, tylko ty myślisz, że to moje ręce, nie? Ty nie odróżniasz nawet ogórka gruntowego od pomidora. To wszystko ona. Są ludzie, którzy nie są wylewni, ale okazują miłość czynami. Inni tylko pięknie mówią, ale nie ma z tego żadnego pożytku! wyrzucił z siebie Adam.
Ładnie, przyjacielu, myślałem, że mnie poprzesz… A ty jeszcze mnie wyzywasz! chciałem się unieść, poczułem jednak ukłucie w środku. To była ta cicha myśl, która zawsze we mnie siedziała. Dotąd cieszyłem się, ilekroć mi się udawało dogryźć Barbarze. Teraz przestało być wesoło.
Tomek, obserwując naszą kłótnię, bez słowa zjadł pięć pierogów z kapustą (w stresie zawsze jadł za pięciu). I, co ciekawe, nie poparł mnie tym razem.
Powinienem się obrazić, trzepnąć drzwiami i wyjść, ale coś mnie powstrzymywało. Jakby moje sumienie nagle dostało głos.
Pewnie zapomnieliście, że nie mam mamy, co? Żyję z tym już piętnaście lat, tak jak ty żyjesz z tą Barbarą. Ale ty ciągle narzekasz, a ja za mamą tęsknię. Często wybieram jej numer, choć już nie ma kto odebrać. Trzymam stary telefon mamy i czasem go doładowuję, wyobrażam sobie, że ona zadzwoni. Mówię wtedy do… ciszy. Krzyczę, że mi jej brakuje. Owijam się w jej koc… Wiesz, jak boli strata?
Rafał… masz i mamę, i teściową. Nie wywyższaj się nad nią tylko dlatego, że jest starsza i milcząca. Nazywałeś ją wieśniarą? Powiedz mi, kiedy ją ostatni raz ostrzygłeś albo zrobiłeś jej balejaż, skoro wszystkim innym fryzury robisz? ciągnął Adam.
Usłyszałem ciche nigdy we własnym głosie. I dopadła mnie myśl, że to już naprawdę przesada.
Możesz żartować, Rafał, ale to nie fair, tak po prostu nie robi się. Ja swoją zawsze czymś poczęstuję, upiekę jej sernik na święta, kupię goździki na imieniny, ona się cieszy, jak dziecko. Gospodyni z niej nie lada, ręce ma pulchne i zawsze czyste jak u anioła, rozpromienił się Tomek na wspomnienie teściowej.
W środku mi coś zamarło. I poczułem, że już mogę wyjść. Chociaż… wcale nie miałem ochoty na żart. Przed oczami przebłysnęło mi dzisiejsze rano. Te duże, spracowane dłonie, które zawsze przezywałem szczypcami. Twarz teściowej nazywałem dla siebie pomarszczony ziemniak. Co ja o niej wiedziałem? Właściwie nic. Nigdy mnie nie interesowało jej życie.
A Barbara przecież zawsze była obok, gdy coś się działo u nas trudnego. Marcin miał kiedyś dwie siostry. Obydwie zmarły młodo, a ona sama wszystko ciągnęła, pracowała, dbała o domu żyła dla tego jednego syna, mojego Marcina, którego pokochałem przecież jak wtedy, piętnaście lat temu. Wspaniały facet mądry, życzliwy, pracowity. Taki był, bo wychowała go właśnie ona! A mógłby być pijakiem lub leniem. Nie wszystkim się tak trafia.
Usłyszałem cichy, lecz stanowczy głos własnego sumienia: A ty? A ty kiedy jej powiedziałeś coś miłego? Kto ci przeszkadzał? Bezczelny jesteś! Wszystkim fryzury, a teściowej nie czemu nad nią się wyśmiewasz, złośliwy typie? Myśli te dudniły w mojej głowie i podcięły mi nogi.
Rafał, źle ci? pochylił się nade mną Adam.
Nie… po prostu… urwałem, czując, że chyba się rozpłaczę. Wszystko nagle urosło do rozmiarów powodzi, której już nie da się zatrzymać.
Postanowiłem zmienić temat:
Adam, jak tam twoja nowa praca?
Tych oczu, panowie, nigdy nie zapomnę. Większość tych ludzi wie, że odchodzą… a i tak mają w oczach nadzieję i dobroć. Słyszę tysiące historii, łez… Przychodzą synowie, trzymają za rękę mamy, które całe życie na nich pracowały, a teraz mają wyrzuty sumienia. Jeden taki młody, pracowity, całe życie biegiem, a matka leżała u nas. W złotówkach mógłby ją obsypać i to by nie wystarczyło. Tyle że ona marzyła tylko o jednym żeby ją zabrał do rodzinnej wsi. Nie zdążyli. Po jej śmierci klęczał i krzyczał, że wszystko by oddał, żeby ją jeszcze zabrać na ten spacer. Drugi emerytowany wojskowy, odwiedzał córkę codziennie. Przynosił grzebyki, kolorowe spinki, a ona już nie miała włosów… Ale zbierała kolekcję i czekała na te drobiazgi! On planował, że jak wyzdrowieje, będą razem jeździć nad morze. Każdy z nas musi docenić to, co ma, zanim będzie za późno…
Tomek spojrzał na pusty talerz po pierogach i ogłosił, że dziś w domu robi rodzinne spotkanie żeby teściowa z teściem też przyszli, najlepiej na noc. Szybko wyszedł.
Ja też wstałem, zbierając w pośpiechu rzeczy z podłogi, które mi się wysypały. Adam mi pomagał, bez słowa.
Musiałem wyjść załatwić sprawy. Ale… coś mnie gryzło. I pomyślałem: co teraz, jeśli Barbara spojrzy na ten mój prezent? A gdyby ona mi podobne świństwo zrobiła? Pewnie bym się obraził do końca życia.
Odwołałem więc wszystkie wizyty, zadzwoniłem do klientów, przeprosiłem, obiecałem rabaty. I wsiadłem w tramwaj na Prądnik, pod dom teściowej.
Telefon Marcina nie odpowiadał. Dłonie mi się spociły. Co powie? Przecież to jego mama…
Był już wieczór, okna domku na obrzeżach Krakowa świeciły ciepłym światłem. A te kolorowe zasłonki w kwiatuszki i doniczki z pelargoniami, które kiedyś mnie irytowały, nagle wydały się takie domowe.
Muszę przeprosić. Ale co powiedzieć? Może przyniosę inny prezent? Ale nie mam już czasu. Powiem, że kupię coś innego, obiecam… Ach, narozrabiałem… myślałem, idąc od furtki do drzwi.
Drzwi były otwarte. W jadalni stała miska pierogów domowych, chłodnik, ulubione przez Marcina naleśniki z mięsem. Zamarłem spojrzawszy na stół. Marcin rozmawiał z Kubą, syn zajadał się gołąbkami babci. A Barbara, w niebieskiej sukience z koronkowym kołnierzykiem, jak zawsze w warkoczu, siedziała z sąsiadkami i pogodnym staruszkiem.
Zobaczcie, jaki piękny prezent zachwycała się pokazując mój prezent, portret.
To Rafałek, mąż mojego Marcinka. Jak patrzę na niego, serce mi śpiewa. Taki piękny chłopak, jak z obrazka. Teraz będzie ze mną zawsze. Jak zobaczyłam ten portret, ryczałam ze szczęścia. Niczego lepszego nie mogłam sobie wymarzyć!
Poczułem, jak twarz i uszy palą mnie jak u dziecka. Bo prezentem była… moja karykatura, którą zamówiłem złośliwie, żeby wkurzyć Barbarę. Myślałem, że będzie ją drażnić, a ona to stawia na widoku i cieszy się jak dziecko.
Rafałek to taki śliczny, że aż się boję coś mu powiedzieć. Czasem, gdy u nas zaśnie, to opatruję go kołdrą, pogłaszczę przez sen. Pan Bóg zabrał mi córki, ale dał mi nową żonę mojego syna, moją własną rodzinę. Zawsze powtarzam Marcinowi, że żonę masz jak złoto!
W środku już nie miałem żadnych wyrzutów sumienia. Wszelkie złe myśli uleciały.
Już nie musiałem nawet sobie obiecywać, że wszystko naprawię. Bo miałem jeszcze czas. Zobaczyli mnie, Kuba podbiegł, Marcin wstał.
Co ty tu robisz? Przecież masz pracę. Mama powiedziała, że byłaś rano, szeptnął mi do ucha.
Odwołałem wszystko, Bar… Pani Barbaro, mogę mówić do pani mamo? Wszystkiego najlepszego, z okazji urodzin… miałem gulę w gardle.
I naprawdę chciałem uklęknąć, jak tamten mężczyzna z opowieści Adama. Uklęknąć przed dobrocią, mądrością i miłością.
Rafałku! Przyszedłeś jeszcze? Dziękuję, synku. Nawet dla takiej starej kobiety znalazłeś czas. Mój szczęśliwy dzień! mówiła z dumą i radością Barbara.
Pogodny staruszek spojrzał przyjaźnie na mnie i na portret.
Nagle zrobiło się wesoło, gwarno, wszyscy się śmiali, ktoś opowiadał kawał, dzieci głośno chichotały. Ja cieszyłem się, że mam rodzinę, mam zdrowie, ukochanych bliskich i nawet teściową, dobrą jak chleb. Pracę, która daje mi radość. Jestem przecież bogaczem.
Siadajcie do stołu! zawołała Barbara.
A potem zrobimy dzień piękności! Komu coś potrzeba, fryzura, farba, strzyżenie zgłaszać się, ja wszystko zrobię! uśmiechnąłem się.
To też był mój prezent. Dla wszystkich.
Tego dnia nauczyłem się, że czasem największe skarby, to nie te zdobyte za pieniądze, ale te, które są przy nas codziennie, ciche i niedocenione. Warto je zobaczyć, zanim odejdą.


