Teściowa prawie zaszkodziła synowi swoimi ‘troskliwymi’ metodami, a mąż tylko wzruszył ramionami…

Teściowa prawie zabiła mojego syna swoimi „troskliwymi” metodami. A mąż tylko wzruszył ramionami…

Nie wiem, jak wytłumaczyć to Walentynie Janowej, mojej teściowej, ale wygląda na to, że kompletnie nie rozumie, że jej ślepa „miłość” i domowa medycyna mogą kosztować nasze dziecko życie. Tak, w sumie obie mamy ten sam cel — wychować zdrowego, szczęśliwego wnuka. Tylko jej metody coraz częściej zamieniają moje życie w koszmar, a mojego syna w królika doświadczalnego.

Wszystko zaczęło się, gdy Kuba poszedł do przedszkola. Właśnie skończył trzy lata i, jak to bywa, zaczął chorować niemal co tydzień. Dwa dni w grupie — i znowu gorączka, katar, kaszel, ospa… Po urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy w firmie ubezpieczeniowej, gdzie nikt nie dawał żadnych taryfy ulgowej. L4 to była tylko moja sprawa. Musiałam poprosić o pomoc teściową. Mieszka niedaleko, jest na emeryturze, zgodziła się od razu.

Ale szybko okazało się, że Walentyna Janowa nie ma pojęcia o medycynie, choć jest przekonana, że wie wszystko. Zaczęła „leczyć” Kubę na własną rękę: syropki, kropelki, tabletki — wszystko według rad sąsiadki lub z programu telewizyjnego. Zostawiałam instrukcje: co, kiedy i w jakiej dawce. Ale teściowa po prostu ignorowała moje notatki. A ja milczałam. Bo nie miałam wyjścia — nie mogłam zostawić syna samego, a nikt inny nie mógł nam pomóc.

Milczałam, aż pewnego dnia Kuba się zaczął duszyć. Wróciłam wcześniej z pracy — przeczucie, los, nie wiem. Jego twarz już puchła, oczy były nabiegłe krwią, usta sine. Od razu zrozumiałam — alergia. Znalazłam w lodówce ampułkę deksametazonu, którą trzymałam na nagłe wypadki, zrobiłam zastrzyk. Po pół godzinie syn zaczął oddychać.

O mało nie oszalałam. A potem zajrzałam do apteczki teściowej — i wszystko stało się jasne. Dała dziecku na raz syrop na kaszel, kropelki „na odporność” i jeszcze jakieś kolorowe drażetki, które „poleciła jej sąsiadka z szóstego piętra”. Te „kropelki na odporność” były przyczyną tej strasznej reakcji.

Nie mogłam już milczeć.
— Walentyno Janowo, proszę, nie podawaj Kubie niczego, czego sama nie zatwierdzę. Wszystkie potrzebne leki zostawiam, podpisuję, tłumaczę. Mógł umrzeć!
— Marysiu, no co ty… Chciałam tylko, żeby szybciej wyzdrowiał. To tylko kaszel i katar. Dałam syropek, kropelki…
— Te kropelki mogły go zabić! Dlaczego nie wezwałaś karetki?!
— No, karetka… A może na wyrost? Ale ty wróciłaś w porę, wszystko się skończyło dobrze. Czy od miłości ktoś umarł?…

Wtedy do mieszkania wszedł mąż.
— O co tu chodzi?
Teściowa z udawanym urazem:
— Twoja żona twierdzi, że źle pilnuję Kuby. Pewnie teraz będzie sama z nim siedzieć.

— Maryś, no po co tak? — wtrącił się Bartek. — Mama nam przecież pomaga: gotuje, zajmuje się dzieckiem. Czemu ją krzyczysz?
— A wiesz, że przez jej „pomoc” Kuba prawie umarł? Że go tak nakarmiła lekami, że dostał potwornego ataku alergii? Gdybym wróciła później, nie dałoby się go uratować.

— No dobra, ale skończyło się dobrze! Mama już nie będzie dawać leków, prawda, mamo?
— Oczywiście. Ja przecież chciałam dobrze…

A potem rzucił sucho:
— Dość. Idźmy jeść, jestem głodny.

Chciałam krzyczeć. Ale milczałam. A gdy Walentyna Janowa wyszła, spróbowałam porozmawiać z Bartkiem.

— W ogóle zrozumiałeś, co się stało? Widziałeś, w jakim stanie był twój syn?
— Widziałem. Ale mama obiecała, że więcej tego nie zrobi.
— Obiecała… A gdzie gwarancja, że jutro nie poda czegoś innego?
— Wiesz, że ona kocha Kubę. Co mam teraz zrobić? Wynająć nianię?
— Tak!
— Czyli mojej mamie nie ufasz, a obcej kobiecie tak?

— Po tym, co zobaczyłam — tak. Bo obca niania, przynajmniej, nie będzie eksperymentować z lekami. Zacznę szukać. I gdybyś sam zobaczył, jak się dusił, to byś mnie zrozumiał.

W nocy nie mogłam zasnąć. Wciąż wydawało mi się, że Kuba znów sinieje, a ja nie nadążam. Utknęłam w windzie, a on tam, sam, i tylko „kochająca” babcia z garścią tabletek.

Rano otworzyłam laptop i zaczęłam szukać niani. Może będzie obca, ale przynajmniej nauczę ją stosować się do instrukcji. I co najważniejsze — nie będzie ukrywała przede mną, czym nakarmiła moje dziecko.

Może teściowa chciała dobrze. Ale zbyt często droga do szpitalnego oddziału ratunkowego jest wybrukowana właśnie takimi dobrymi chęciami.

Rate article
Fajna Tajna
Teściowa prawie zaszkodziła synowi swoimi ‘troskliwymi’ metodami, a mąż tylko wzruszył ramionami…