Dziennik wtorek
Czy jestem złą gospodynią? Dzisiejszego wieczoru to pytanie zdawało się odbijać echem po naszych czterech ścianach. Weszłam do domu po ośmiu godzinach pracy w biurze rachunkowym już tradycyjnie, z walącą w skroniach głową po zamknięciu bilansu kwartalnego. Marzyłam tylko o tym, by usiąść z herbatą przed serialem, gdy nagle w salonie rozległ się głos pani Haliny mojej teściowej.
Spójrz, Magdo, choćby palcem przejedź! To już nie kurz, to siano. Zaraz tu ziemniaki będzie można sadzić, przysięgam! zawołała, trzymając w dłoni porcelanową sowę moją pamiątkę z dzieciństwa, którą akurat ściągnęła z półki.
Westchnęłam głęboko, zamknęłam laptopa i, żałując, że nie umiem się zrobić przezroczysta, podeszłam do niej.
Pani Halino, sprzątałam w sobotę. Otwarte okno, a Aleje Jerozolimskie pod samym blokiem kurz siada zaraz po sprzątaniu tłumaczyłam bez wiary, że cokolwiek wskóram.
Okna u każdego otwarte, a błoto tylko u nieudolnych odpaliła, teatralnie wycierając palec w chusteczkę, którą jakimś cudem zawsze miała pod ręką. Jarek wróci z pracy zmęczony i głodny, a tu taki nieporządek! Mężczyzna potrzebuje domowego ciepła i ładu. A na kuchni w zlewie dwie filiżanki pewnie od rana, co?
W pośpiechu byliśmy wymamrotałam i ruszyłam w stronę kuchni, ustawić czajnik na herbatę. Jarek sam pił kawę, mógł opłukać po sobie.
Teściowa już dreptała za mną, jej filcowe kapcie (zawsze przynosi własne, żeby nie chodzić w cudzych) skrzypiały po panelach.
Mężczyzna nie powinien zmywać! zaperzyła się, klaszcząc w dłonie. To obowiązek kobiety, strażniczki domowego ogniska! Ty wciąż tylko praca i praca… A Jarek chodzi potem w niedoprasowanych koszulach. Wczoraj, gdy wstąpił po ogórki, widziałam: kołnierzyk wiotki, materiał szarawy. To wstyd, Magdo. Ludzie pomyślą: Jarek nie ma żony, żyje jak sierota.
Próbowałam nie zamknąć szafki zbyt głośno, wyciągając kruche ciastka. W środku buzowała we mnie złość. Pięć lat małżeństwa i przez cały ten czas ta sama śpiewka. Na początku starałam się: krochmaliłam, gotowałam trzydaniowe obiady, pucowałam podłogę raz na dwa dni. Ale jako główna księgowa ledwo miałam czas na oddech. Jarek nigdy nie narzekał jadł pierogi z zamrażarki w piątki i znosił kurz na szafkach. Ale jego mamę trafiało to prosto w serce.
Wtedy trzasnęły drzwi wejściowe.
Już jestem! donośnie rozległ się głos Jarka w przedpokoju.
Synku! Halina natychmiast się promieniście uśmiechnęła i pospieszyła ku niemu, poprawiając włosy. Przyniosłam ci paszteciki z kapustą, tak jak lubisz. Bo wiem, że Magda nie ma czasu tylko praca i praca, biedaczka…
Jarek ucałował ją w policzek, mnie w czoło i usiadł ciężko przy stole.
O, mamo, paszteciki bajka. Jestem głodny, jak wilk. Magda, mamy coś na kolację?
Zamarłam z czajnikiem w ręce.
Właśnie wróciłam, Jarek. Chciałam ekspresowo zrobić makaron z mięsem mam już zmielone.
Pani Halina westchnęła z oburzeniem.
Makaron? Znów? Jarek, słyszysz? Sama mąka i tłuszcz. Ty żołądek masz wrażliwy, trzeba ci zupę gotowaną na kości albo porządny rosół… Ja twojemu świętej pamięci ojcu gotowałam świeże zupy codziennie, i nie narzekał na żołądek aż do emerytury. A tu…
Spojrzała wymownie na pustą kuchenkę.
Daj już, mamo jęknął Jarek, krusząc pasztecika. Wszystko dobrze, zaraz coś zrobi.
Jak to daj?! podniosła głos Halina. Przecież ja chcę dobrze! Popatrz na siebie, schudłeś, blady jesteś. Od byle jakiego jedzenia i od braku ładu w domu. Kobieta ma stworzyć taki dom, żeby facet chciał tu wracać, a co tu masz? Bajzel, brudne naczynia i makaron. Twoja żona to nie gospodyni, powtarzam ci to od przed ślubu…
Pani Halino! przerwałam, stawiając czajnik mocno na podkładce.
Zrobiło się cicho. Teściowa popatrzyła zaskoczona zawsze grzecznie milczałam.
Co, nie wolno mówić prawdy? Ja całe życie na gospodarstwie, wiem jak dom trzymać.
Rozejrzałam się. Jarek jadł, udając, że go tu nie ma. Halina triumfowała, ja walczyłam z łzami i w końcu coś we mnie pękło. Mówiłam już spokojnie.
Ma pani rację. Jestem najgorszą gospodynią. Nie krochmalę, nie gotuję rosołu codziennie, nie wycieram kurzu na szafach. Pracuję, zarabiam. Za te pieniądze odkładamy na nowy samochód, którym Jarek będzie panią woził na działkę. Ale to żadne usprawiedliwienie.
Sama widzisz! złapała się teściowa. Pierwszy krok do poprawy.
Nie, poprawiać się nie zamierzam pokręciłam głową. Brakuje mi już siły. Znalazłam wyjście: skoro pani wszystko wie najlepiej, ma czas na emeryturze, bardzo proszę przejąć nasz dom pod swoje skrzydła.
Teściowa aż się zawiesiła.
Co przejąć? wystrzeliła.
Wszystko. Gotowanie, pranie, sprzątanie, zakupy, prasowanie całość. Od jutra bycie wzorową gospodynią przejmie pani. Ja tu będę tylko nocować, za mieszkanie płacić swoją część, no i proszę bardzo działa pani po mistrzowsku.
Jarek przestał żuć.
Magda, oszalałaś?!
Skoro mama najlepiej wie, jak powinno być! Przez miesiąc, eksperyment. Jeśli po miesiącu uznasz, Jarku, że jest ci tak lepiej, ja zacznę kursy prowadzenia domu albo rzucę pracę.
Halina wyprostowała się, urażona, że ktokolwiek wątpi w jej kompetencje.
Udowodnię, Magda. Synkowi pokażę, co to prawdziwa domowa atmosfera. Tylko nie wtrącaj mi się do kuchni!
Proszę bardzo rozłożyłam teatralnie ręce. Ja wycofuję się. Obiady jem na mieście, lunch biorę w firmie.
Świetnie! zawołała. Rano będę, posprzątam jak należy.
Ten wieczór minął w dziwnej atmosferze. Kiedy poszliśmy spać, Jarek próbował zaczynać rozmowę, ale tylko odwróciłam się do ściany.
Śpij. Jutro nowy rozdział, z wykrochmalonymi kołnierzykami.
Środa
Już o ósmej Halina zjawiła się z naręczem ścierek, gąbek, płynów do szyb. Zaczęła od gruntownego mycia okien, odstawiła wszystkie doniczki, zmieniła firanki (zapomniana biel, beżowa od brudu!), z kuchennych szafek wyciągnęła wszystko i porządnie posegregowała. Przesuwała, odkurzała, szorowała.
Wieczorem wróciłam i nie poznałam mieszkania. Zapach wybielacza, smażonej cebuli, w kuchni teściowa cała w fartuchu, rumiana.
Jarek już siedział przed talerzem wielkiego talerza barszczu, obok klopsiki i ziemniaki, sałatka jarzynowa i wędlina.
O, pani z pracy wróciła. Proszę ręce myć. Barszcz na rosole, trzy godziny gotowany!
Dziękuję, jadłam już w pracy odparłam i wyszłam do sypialni.
W szafie niespodzianka. Wszystkie rzeczy przemieszane bielizna porozkładana kolorystycznie, książka z szafki nocnej zniknęła, kosmetyki pochowane.
Wyszłam.
Pani Halino, gdzie moja książka?
A, tę fantastykę? Schowałam do szafki przecież meblościanka powinna być pusta, łatwiej zetrzeć kurz. Poza tym, Magda, u ciebie w szafie bałagan, gacie pomieszane ze skarpetkami. Wszystko uporządkowałam kobieta powinna mieć porządek jak w aptece!
Ugryzłam się w język. Tylko powtarzałam w myślach: To eksperyment. Wytrzymaj, Magda.
Kolejny tydzień
Przez pierwsze dni Jarek był w siódmym niebie wracał do obiadu, trzech dań, deseru. Halina zajmowała się kuchnią, sprzątaniem, czekała na syna z obiadem, rozmawiała godzinami. Ja czytałam, zapisałam się na basen, nagle miałam wieczory wolne, nie musiałam myć, gotować ani chodzić na zakupy. Nawet poczułam, jak opada ze mnie napięcie.
Ale po tygodniu efekt nowości minął. Jarek zaczął się wiercić. Którejś nocy szepnął:
Magda, długo to jeszcze potrwa? Mama jest… ciągle obecna. Zamiast włączyć telewizor, gada mi o sąsiadach, o przecenie pomidorów, każe jeść jeszcze surówki, wyciąga wspomnienia z PRL-u, kontroluje wszystko, gnie się nade mną jakbym miał pięć lat…
Ale masz barszcz na kości i wykrochmalone koszule zaśmiałam się.
Smacznie! Ale ona mi rzeczy przekłada. Wczoraj wracam nie ma moich ulubionych skarpet. A mama wywaliła: dziurka była. Mówię jej czemu, a ona się obraża: Ja się tu staram, a wy…
W trzecim tygodniu zmęczyła się sama Halina nieprzyzwyczajona do takiego tempa. Trzypokojowe mieszkanie, torby z warzywami (bo na targu zdrowsze!), codzienny rosół, szorowanie pralni, prasowanie koszul organizm dał znać, ile ma lat.
Wracam z pracy, Jarek z miną winowajcy w salonie, a Halina z mokrym ręcznikiem na czole.
Co się stało? pytam.
Ciśnienie szepnął Jarek. Mama pół dnia gotowała galaretę z nóżek, potem ręcznie myła podłogi (bo mop tylko rozmazuje). No i… padła.
Och, Madziu… słabym głosem jęknęła teściowa. Krzyż mnie boli, serce bije jak oszalałe.
Zmierzyłam ciśnienie wysokie, raczej ze zmęczenia.
Pani Halino, czas odpocząć w domu. Po co się tak męczyć?
A kto Jarka nakarmi? Ty nie zrobisz!
Nie zamierzam potwierdziłam. Tak się umówiliśmy.
Mamo, zamówimy pizzę albo usmażę pierogi z zamrażarki. Nie rób sobie krzywdy, proszę…
Halina tylko parsknęła pogardliwie, ale nie miała siły się sprzeczać. Następnego dnia zadzwoniła z łóżka, że złapał ją krzyż.
Jarek odetchnął z ulgą tak wymowną, że nie musieliśmy już nic mówić. Zamówiliśmy sushi, wypiliśmy lampkę wina w ciszy domu nie przepełniał już zapach chloru i smażonej cebuli, tylko nowa świeżość i nutka moich perfum.
Magda, kończmy ten eksperyment mruknął, maczając sushi w sosie.
Co, nie chcesz już barykad z ciasta francuskiego i wykrochmalonych kołnierzyków?
Wolę codzienny makaron i porządek taki, jaki jest. Mamę kocham, ale na dystans. Niech wpada na niedzielny rosół, ale już bez rewolucji u nas.
A domowe ciepło?
Do diaska z nim, jeśli mam zapłacić niewolnictwem. Koszule kupię non-iron nie będę ganiał za nią na kolanach. Magda, ty miałaś rację to harówa, nie do pogodzenia z pracą. Jak ty to robiłaś, nie wiem.
Uśmiechnęłam się. Właśnie o to mi chodziło.
Końcowe rozdziały
Po paru dniach Halina wpadła skontrolować posterunek. Zobaczyła pudełka po pizzy, kubek w zlewie i nie powiedziała ani słowa. Usiadła przy stole, milcząca, zamyślona. Dopiero gdy weszłam do kuchni, odezwała się.
Magda zaczęła. Dobre to twoje życie, ale ja już nie mam siły. Mieszkanie duże, Jarek straszny bałaganiarz. Ciągle czegoś szukałam, poprawiałam. Nawet mu gotowałam gołąbki trzy godziny, a on kręcił nosem kapusta twarda. To mu mówię: To sam sobie rób!, na co on: Mamo, nie marudź. I wyobraź sobie, obraził się!
Parsknęłam śmiechem pierwszy mit upadł. Syn nie jest już aniołem, gdy mama jest od sprzątania.
Pani Halino usiadłam naprzeciwko. Jest pani mistrzynią domowego ogniska, ale my mamy własny sposób na szczęście. Czasem bałagan, czasem pierogi z zamrażarki, ale jesteśmy zadowoleni. Na wielki rosół i perfekcyjny porządek będziemy wpadać do pani może być?
Teściowa długo patrzyła w środek filiżanki. Wreszcie westchnęła.
Dobrze. Tylko uprzedzajcie z wyprzedzeniem mam teraz sadzonki, czeka mnie serial, muszę odpocząć. Powiedz Jarkowi, że ostatnie koszule leżą uprasowane, ale niech następne już sam sobie prasuje, albo ty, albo niech chodzi w pogniecionych. Mam prawo do sanatorium!
Podniosła się, poprawiła sweter.
I tę twoją książkę fantastyczną odłożyłam z powrotem na szafkę. Dziwna, ale twoja sprawa.
Gdy Jarek wrócił, zapach był zwyczajny. Na kuchence smażyły się parówki, na stole zielony groszek z puszki.
Mama poszła? spytał z nadzieją.
Tak, wywiesiła białą flagę. Eksperyment zakończony ze względu na problemy zdrowotne wykonawcy.
Przytulił mnie mocno, oddychając z ulgą.
Magda, jesteś najlepsza. Dzięki, że odzyskałem swoje życie. Kocham cię, nawet jak nie prasujesz mi koszul.
Nie jestem zła, Jarek. Po prostu inna. A parówki, wiesz, są z szynki najwyższy gatunek.
Od tego czasu Halina czasem jeszcze przejeżdża palcem po półce i mruknie eh, ale już nie poucza. A jak zaczyna o zadaniach kobiety, to uśmiecham się, pytam: Może tydzień u nas na urlopie?. Zaraz jej się przypomina, że przecież kot czeka na kolację, a zaraz w TVP1 serial.
Rodzinny pokój znów jest pokojem. A kurz Kurz leży, nikt mu nie przeszkadza. Najważniejsze, żeby ludzie żyli, jak im razem wygodnie bez względu na to, kto ile razy w tygodniu ściera podłogi.



