– Jak śmiesz tak mówić o mojej matce! – Marek uderzył pięścią w stół, aż podskoczyły filiżanki. – Całe życie dla nas się stara!
– Stara? – Wioletta odwróciła się od kuchenki, wymachując chochlą. – Twoja mamusia znów zawinęła się z kluczami i wpadła bez zapowiedzi! Byłam w szlafroku, włosy nieuczesane! A ona tu mi o porządku domowym wykłady prawi!
– Co się z tobą dzieje? Dawniej Elżbietę tak kochałaś…
– Dawniej byłam naiwną głupią gęsią! – głos Wioletty drżał ze złości. – Myślałam, jaka ja to ziębiła teściowa mi się trafiła. A wyszło na to, że ona tylko śledzi mój każdy krok!
Elżbieta stała na progu kuchni, zasłuchana w tę rozmowę. W dłoni ściskała płócienną torbę – upiekła rano placek ziemniaczany, myślała, że dzieci ucieszy. Serce ścisnęło się boleśnie. Czyżby naprawdę przeszkadzała? Czy Wioletta aż tak jej nienawidzi?
– Mamo? – Marek odwrócił się, dostrzegając ją w drzwiach. – Długo stoisz?
– Ja… – Elżbieta spojrzała zmieszana na synową, potem na syna. – Przyniosłam placek. Z ziemniakami i skwarkami, wasz ulubiony.
Wioletta odwróciła się z powrotem do garnków, jej ramiona zesztywniały. Ciężka, niezręczna cisza zawisła w powietrzu.
– Mamo, wejdź – Marek sięgnął po krzesło. – Herbatę wypijemy.
– Nie, lepiej już… pójdę do domu – szepnęła Elżbieta, stawiając torbę na stole. – Widzę, że zawadzam.
Odwróciła się i szybko wyszła, starając się nie pokazać, jak bardzo ją to zabolało. Za plecami słyszała przyciszone głosy syna i synowej świadkiem, ale rozróżniać słów nie miała ochoty.
W domu Elżbieta usiadła przy oknie ze szklanką zimnej herbaty. Jak to się stało? Gdy Marek przyprowadził Wioletę na pierwsze spotkanie, pokochała ją od razu. Taka miła, skromna, z życzliwymi oczami. A Wioletta wydawała się wtedy szczera, nazywała ją mamą, radziła się w sprawach domowych.
A teraz? Czy naprawdę wtrąca się nie w swoje sprawy? Może rzeczywiście za często do nich wpada? Ale przecież mieszkają w sąsiednim bloku, tylko przez podwórko przejść. I wnuka chce zobaczyć, swojego Wojtusia.
Telefon zadzwonił wieczorem. Wioletta.
– Elżbieto, mogę do pani wpaść? Sam na sam…
– Oczywiście, skarbie, przyjdź.
Wioletta przyszła czerwona na twarzy, zapłakana. Usiadła naprzeciw teściowej, dłonie splecione w nerwowy supełek.
– Przyszłam przeprosić – zaczęła nieskładnie. – Za to, co rano… Przy Marku… Nie powinnam była tak.
– Wiolu, ale co się właściwie stało? – Elżbieta pochyliła się w stronę synowej. – Co cię tak zeźliło?
– Wszystko naraz jakoś spadło – Wioletta otarła oczy rękawem. – W pracy zwolnienia, nie wiem, czy mnie zostawią. Wojtuś choruje już trzeci tydzień, lekarze nic konkretnego nie mówią. A Marek… on nie widzi, że jestem na krawędzi. Praca, dom, dziecko… A tu pani wpada, ja nieprzygotowana, nieogarnięta…
– Oj, dziecko moje – Elżbieta przysunęła się, objęła Wioletę za ramiona. – A czego ty się tak przejmujesz sprzątaniem? Przecież ja nie jestem obca ciotka, ja jestem rodzina.
– Właśnie o to chodzi – szlochnęła Wioletta. – Pani jest idealną gospodynią, u pani zawsze porządek, gotuje pani wybornie. A ja przy pani czuję się do niczego.
Elżbieta spojrzała na synową ze szczerym zdziwieniem.
– Wiolu, co ty opowiadasz? Jaka do niczego? Tyś wspaniała żona i matka. A dom… Co znaczy dom, kiedy dziecko leży i praca wali się na głowę.
– Naprawdę się pani nie brzydzi? – Wioletta podniosła załzawione oczy.
– Co ty, moja droga. Ja przez to sama przeszłam, gdy Marka dorastałam. Pamiętam, jak zachorował na ospę, gorączka pod czterdziestkę, tydzień nie spałam. A moja teściowa przychodzi, widzi brudne naczynia i zaczyna drzeć koty. Do dziś mi przykro.
Wioletta po raz pierwszy od dawna uśmiechnęła się nieśmiało.
– A ja myślałam, że pani mnie potępia. Patrzy pani, jak ona żyje, dom zaniedbany, męża nie karmi jak należy…
– Jezu Chryste – pokręciła głową Elżbieta. – Ja tylko chciałam pomóc. Placek upiekę, żebyście mieli do podgrzania. Wojtusiem się zajmę, jak musicie gdzieś wyjść. A wyszło, że przeszkadzam.
– Nie przeszkadza pani – cicho powiedziała Wioletta. – Po prostu ja jestem głupia. Nakrę
Elżbieta Nowak usiadła przy stole na osiedlu Wola, jej wzrok był lekko zamglony.
– A teraz, Małgosiu, opowiedz mi dokładnie, co się stało w szkole z tym dyrektorem?
Piotr wali pięścią w blaszany stół, aż filiżanki podskoczyły.
– Przestań tak mówić o mojej matce! Całe życie dla nas się stara!
– Stara? – Małgorzata odwraca się od kuchenki, machając chochlą. – Twoja mamusia znów zabrała klucze i wpadła bez zapowiedzi! Byłam w szlafroku, włosy nieuczesane! A ona wygłasza mi wykład o porządku w domu!
– Co jest z tobą nie tak? Wcześniej kochałaś Elżbietę Nowak…
– Wcześniej byłam naiwną głupią! – Głos Małgorzaty drżał ze złości. – Myślałam, jaka wspaniała teściowa mi się trafiła. A okazało się, że śledzi mój każdy krok!
Elżbieta Nowak zastygła w progu kuchni, słysząc tę rozmowę. W ręce trzymała siatkę z pierogami – upiekła je o świcie, by sprawić dzieciom radość. Serce ścisnął ból. Czyżby naprawdę przeszkadzała? Czy Małgorzata tak jej nienawidzi?
– Mamo? – Piotr odwrócił się, dostrzegając matkę w drzwiach. – Długo stoisz?
– Ja… – Elżbieta spojrzała zmieszana na synową, potem na syna. – Przyniosłam pierogi. Z kapustą, wasze ulubione.
Małgorzata odwróciła się do kuchenki, jej ramiona napięte. Zawisła ciężka, niezręczna cisza.
– Mamo, wejdź – Piotr sięgnął po krzesło. – Napijemy się herbaty.
– Nie, lepiej… pójdę do domu – szepnęła Elżbieta, stawiając siatkę na stole. – Widzę, że przyszłam nie w porę.
Odwróciła się i szybko wyszła, starając się nie pokazać, jak bardzo ją to zabolało. Za plecami słyszała przytłumione głosy syna i synowej, lecz woleła nie rozróżniać słów.
W domu Elżbieta usiadła przy oknie z kubkiem ostudzonej herbaty. Jak to się stało? Gdy Piotr przyprowadził Małgorzatę na spotkanie, od razu pokochała tę dziewczynę. Taka miła, skromna, miała dobre oczy. I Małgorzata wówczas wydawała się szczera, nazywała ją mamą, radziła się w sprawach domowych.
A teraz? Czyżby naprawdę wtrącała się nie w swoje sprawy? Może zbyt często do nich zachodzi? Ale przecież mieszkają w sąsiednim bloku, tylko przez podwórko przejść. I chce zobaczyć wnuka, swojego Krzysia.
Telefon zadzwonił wieczorem. Małgorzata.
– Elżbieto, mogę do was wpaść? Tylko ja…
– Oczywiście, kochanie, wpadaj.
Małgorzata przyszła czerwona, zapłakana. Usiadła naprzeciw teściowej, zaciskając dłonie w pięści.
– Chciałam przeprosić – zaczęła urywanym głosem. – Za to, co było rano… Przy Piotrze… Nie powinnam tak.
– Gosiu, co się stało? – Elżbieta pochyliła się ku synowej. – Co cię tak rozstroiło?
– Wszystko jakoś mnie przytłoczyło – Małgorzata otarła oczy rękawem. – W robocie redukcje, nie wiem, czy mnie zostawią. Krzyś choruje trzeci tydzień, lekarze nic konkretnego. A Piotr… on nie widzi, że jestem na skraju wyczerpania. Praca, dom, dziecko… A tu pani wpada, ja niegotowa, nieogarnięta…
– Oj, córeczko – Elżbieta przysunęła się bliżej, objęła Małgorzatę za ramiona. – Po co się martwisz sprzątaniem? Przecież nie jestem obcą ciocią, jestem rodziną.
– Właśnie o to chodzi – Małgorzata łkając westchnęła. – Pani jest idealną gospodynią, u pani zawsze porządek, gotuje pani wspaniale. A ja przy pani czuję się do niczego.
Elżbieta ze zdziwieniem spojrzała na synową.
– Gosiu, co ty? Do niczego? Jesteś wspaniałą żoną i matką. A dom… Co tam dom, gdy dziecko chore, a praca wisi na włosku.
– Naprawdę nie pani potępia? – Małgorzata podniosła załzawione oczy.
– Ależ co ty, droga. Sama przez to przechodziłam, gdy Piotrka dorastał. Pamiętam, gdy chorował na ospę, gorączka pod czterdzieści, nie spałam tydzień. A moja teściowa wpada, widzi brudne naczynia i zaczyna mnie krytykować. Do dziś przykro.
Małgorzata uśmiechnęła się po raz pierwszy od dawna.
– A ja myślałam, że mnie pani ocenia. Patrzy pani, jak ona żyje, dom zaniedbany, męża nie karmi porządnie…
– Mój Boże – Elżbieta pokręciła głową. – Ja tylko chciałam pomóc. Pierogi upiekę, byście nie musieli gotować. Krzyśka posiedzę, gdy będziecie w urzędzie. A wyszło, że tylko przeszkadzam.
– Nie przeszkadza pani – cicho powiedziała Małgorzata. – Tylko ja jestem głupia. Nakręciłam się i na pani wyżyłam.
– Wiesz co – Elżbieta wstała, podeszła do kuchenki. – Zróbmy porządną herbatę, z ciastem. I opowiedz o pracy. Może coś wymyślimy.
Przesiedziały do północy. Małgorzata opowiadała o trudnościach w biurze, o lękach o Krzysia, o zmęczeniu bezustanną krzątaniną. Elżbieta słuchała, przytakiwała, czasem wtrącała swoje uwagi.
Halina uśmiechnęła się ciepło, patrząc jak Jolanta delikatnie poprawiała Danusiowi tornister pierwszego dnia szkoły, wiedząc, że teraz ta młoda kobieta nie tylko przyjmuje jej rady z wdzięcznością, ale każdego dnia czyni ją prawdziwą częścią swojej rodziny, a dobroć ich wzajemnego serca zamienia obce początki w najczystsze pokrewieństwo dusz tego dnia, gdy Jolanta powiedziała do szkoły Danusia: “Będę rozmawiać z panią nauczycielką wspólnie z babcią Halinką, mój skarbie”, zwracając się do niej ciepło “Pomożesz nam, Mamo?”.



