Teściowa do kwadratu — No proszę! — zamiast powitania rzucił Edek, widząc w drzwiach niską, drobną staruszkę w dżinsach, która rozciągnęła usta w złośliwym uśmiechu. Spod zmrużonych powiek figlarnie pobłyskiwały zielone oczy. „Babcia Iwony, pani Walentyna — rozpoznał natychmiast. — Ale jak to? Bez zapowiedzi, nawet bez telefonu…” — Cześć, wnuczku! — powiedziała z tym samym uśmiechem. — Wpuścisz do domu? — Jasne, oczywiście! — Edek zaczął się krzątać. — Proszę bardzo. Pani Walentyna wturlała do mieszkania walizkę na kółkach… — Kawy mocniejszej poproszę! — zarządziła, kiedy Edek parzył napój. — Iwona w pracy, Olka w przedszkolu, a ty co? Leniuszek? — Na urlopie jestem z przymusu, dwutygodniowym — rzucił ponuro. Jego marzenia o leniwych dniach rozpłynęły się. Z nadzieją spojrzał na gościa: — Długo pani zostanie? — Trafiłeś! — kiwnęła głową, grzebiąc jego nadzieje. — Zostanę na dłużej. Edek westchnął. Walentyny wcześniej prawie nie znał — widział ją tylko przelotnie na weselu z Iwoną, przyjechała z innego miasta. Ale ojciec Iwony opowiadał o niej z szacunkiem wymieszanym ze strachem. Kiedy mówił o swojej teściowej, przechodził na szept i rozglądał się dookoła jakby miała zaraz wejść do pokoju. — Pozmywasz naczynia i zbieraj się. Zorganizuję wycieczkę zapoznawczą po mieście, będziesz moim przewodnikiem! — zarządziła. Edek nie próbował nawet protestować. Była stanowcza jak stary podoficer. Sprzeciwiać się? Lepiej nie. — Pokażesz mi bulwary nad Wisłą! — rzuciła Walentyna. — Jak tam najłatwiej dotrzeć? — Złapała Edka pod ramię i raźno ruszyła chodnikiem, rozglądając się z ciekawością. — Najlepiej taksówką — wzruszył ramionami Edek. Pani Walentyna nagle złożyła palce w kółeczko i gwizdnęła przeszywająco. Przejeżdżająca taksówka od razu się zatrzymała. — Po co pani tak gwizda?! Co ludzie powiedzą? — beształ ją Edek, pomagając usiąść na przednim siedzeniu. — Nic nie powiedzą — uśmiechała się figlarnie drobna, siwiuteńka babcia. — Pomyślą, że to ty jesteś taki niewychowany! Taksówkarz roześmiał się razem z Walentyną. Przybili sobie piątkę, zupełnie jak starzy znajomi, którym właśnie udał się żart. — Edek, jesteś grzeczny i spokojny chłopak — mówiła starsza krewna, gdy spacerowali nad Wisłą. — Pewnie twoja babcia to dama z klasą, a ja nie potrafię być taka spokojna. Mój świętej pamięci mąż, dziadek Iwony, długo przyzwyczajał się do mojego temperamentu. On był cichy i książkowy, aż tu nagle pojawiłam się ja! I się zaczęło! Po górach go wciągałam, ze mną skakał ze spadochronem. Tylko na lotnię nie dał się namówić, wolał czekać na mnie z córką na dole, gdy ja robiłam kółka nad ich głowami. Edek ze zdumieniem słuchał opowieści Walentyny. Iwona nigdy nie wspominała mu, że babcia prowadziła tak barwne życie. To wiele tłumaczyło w jej charakterze. Spojrzała na niego surowo: — A ty, skakałeś ze spadochronem? — W wojsku, czternaście razy! — przyznał nie bez dumy. — Brawo! Szanuję cię za to. — pokiwała z uznaniem głową i zanuciła: „Długo będziemy spadać, To będzie skok na dwa…” Edek znał tę piosenkę i z radością się przyłączył: „Białą chmurą pod niebem, Jak mewa — za moimi plecami…” Wspólnie zaśpiewana piosenka przełamała lody — Edek przestał się już krępować tej niezwykłej babci. — Trzeba odpocząć i coś zjeść — zaproponowała. — W tej budce pachnie świetnym szaszłykiem, czujesz? Szaszłyk robił tęgi, śniady mężczyzna, który wyglądał, jakby z takim samym zapałem nadziewał na szpadkę swoich wrogów, a uśmiechając się — czuł tylko radość. Aż chciało się zawołać „Hop-sa!” i zatańczyć kozaka, wymachując rękami i plącząc nogi. Przysiadłszy przy stoliku, pani Walentyna błysnęła wesoło oczami i czystym głosem zaśpiewała: „Gamarjoba, przyjacielu, Najlepiej by zatańczyć przy weselu…” Szaszłykowy mistrz spojrzał zaskoczony na starszą klientkę, po czym uśmiechnął się szeroko, zagrali razem: „Gamarjoba, przyjacielu, Zaśpiewać razem by się przydało!” — Proszę się częstować, szanowna pani, — powiedział gospodarz, dokładając na stół talerze z szaszłykiem, lawaszem oraz świeżymi ziołami. Przyniósł dwa kielichy zimnego gruzińskiego wina i przyłożył dłoń do serca. Zwabiony zapachem z krzaków wyszedł szary kociak, podszedł ostrożnie i spojrzał z nadzieją. — O, to właśnie ty jesteś nam potrzebny — uśmiechnęła się pani Walentyna. — Chodź tu, maluchu. — Do szaszłykowego: — Panie, przynieś temu naszemu nowemu przyjacielowi trochę świeżego mięska, tylko drobno pokrój! Gdy kotek zajadał smakołyk, pani Walentyna mówiła Edkowi: — W domu powinien być kot, szczególnie gdy wychowujecie dziewczynkę! Jak chcecie nauczyć ją dobroci i opiekuńczości bez zwierzaka? Ten maluch wam pomoże! Po spacerze pani Walentyna zajęła się kąpaniem znaleziska, a Edka wysłała po wyprawkę dla kota. Gdy wrócił obładowany kuwetą, miskami, drapakiem i legowiskiem, w domu słychać było piski radości. Iwona i Ola obsiadły babcię, a ta całowała je szczęśliwa. Kociak obserwował scenę, siedząc zdumiony na kanapie. — To dla ciebie, Olu, letni komplecik z szortami — babcia rozdzielała prezenty — a to dla ciebie, Iwonko. Nic tak nie podnosi kobiety w oczach męża, jak koronkowe majteczki… Przez kolejny tydzień Ola nie chodziła do przedszkola. Z babcią od rana znikały na cały dzień, wracając zmęczone, ale szczęśliwe. W domu czekali na nie Edek i kotek, ochrzczony imieniem Leonardek. Wieczorem dołączała Iwona i cała czwórka ruszała na spacer z Leniem. — Muszę z tobą poważnie porozmawiać, Edku — powiedziała któregoś wieczoru Valentina, nagle poważniejąc. — Jutro wyjeżdżam, już czas. To dla Iwony, oddasz jej po moim wyjeździe. — Podała mu papiery w koszulce — To mój testament. Mieszkanie i wszystko zostawiam jej, a tobie — bibliotekę mojego męża, całe życie zbierał. Bardzo wartościowe zbiory, masz tam prawdziwe rarytasy, nawet z autografami sławnych ludzi… — Ależ, pani Walentyno! — Edek próbował zaprotestować, ale zatrzymała go ruchem dłoni. — Iwonie nic nie mówiłam, tobie powiem — mam poważne kłopoty z sercem. Może się to skończyć nagle — trzeba się przygotować. — A jak pani tam sama? — zaprotestował Edek. — Ktoś powinien z panią być! — Zawsze ktoś jest przy mnie — uśmiechnęła się. — Poza tym córka — teściowa twoja — w sąsiednim mieście. Ty trzymaj Iwonę i dbaj o Olkę. Jesteś świetnym chłopakiem, naprawdę. Przecież ja dla ciebie jestem teściową do kwadratu! — klepnęła go w ramię i roześmiała się serdecznie. — Może zostanie pani jeszcze? Choć na chwilę? — poprosił Edek. Pani Walentyna z wdzięcznością uśmiechnęła się i pokręciła głową. Wyszedł ją odprowadzić cały dom, nawet Leonardek na rękach u Oli wyglądał jakby mu było smutno. Pani Walentyna wsadziła między wargi palce złożone w kółko i energicznie zagwizdała! Taksówka stanęła natychmiast. — No to jadziem, zięciulku, odstaw mnie na dworzec! — rozkazała i, całując Iwonę i Olę, zajęła miejsce obok kierowcy. Taksówkarz patrzył na staruszkę z niedowierzaniem. — Co się pan tak patrzy? — fuknął Edek. — Nie widział pan kulturalnych kobiet? Szczupła babcia, potrząsając siwymi loczkami, roześmiała się i głośno przybiła piątkę Edkowi. Teściowa do kwadratu

No, nie wierzę! zamiast przywitania rzuca Wojtek, widząc w drzwiach niską, drobną staruszkę w dżinsach, z zadziornym uśmiechem na cienkich ustach. Spod lekko zmrużonych powiek figlarnie błyszczą bystre oczy.

Babcia Zuzi, Kazimiera Malinowska, poznaje. Ale jak to, bez zapowiedzi, nawet nie zadzwoniła

Witaj, wnuczku! mówi dalej z tym samym uśmiechem. Wpuścisz mnie do domu?

Tak, tak, oczywiście! Wojtek się ożywia. Proszę, zapraszam.

Kazimiera Malinowska wciąga do mieszkania niewielką walizkę na kółkach.

Daj mi mocnej herbaty! rozkazuje, kiedy Wojtek częstuje ją naparem. Zuzi nie ma, w pracy, Pola w przedszkolu, a ty co, nic nie robisz?

Wysłali mnie na przymusowy urlop odpowiada ponuro. Dwa tygodnie, bo takie były potrzeby firmy. Jego marzenia o błogim odpoczynku właśnie się ulatniają. Z nadzieją spogląda na gościa: A długo się zatrzymujesz?

Dobrze trafiłeś potwierdza z uśmiechem, rozwiewając wątpliwości na długo.

Wojtek znowu wzdycha. Z Kazimierą Malinowską prawie się nie znał; widział ją tylko przelotnie na ślubie z Zuzią, przyjechała wtedy aż z Poznania. Ale od teścia słyszał o niej wiele. Ten, opowiadając o teściowej, zniżał głos, oglądał się ukradkiem i wyrażał szacunek pomieszany ze strachem.

Pozmywaj naczynia nakazuje ona i zbieraj się. Zabiorę cię na wycieczkę po mieście, będziesz moim przewodnikiem!

Wojtek nie znajduje argumentów, ani nawet nie próbuje się sprzeciwić. Ton jej głosu przypomina mu komandora kompanii, pana Bartoszka, z dawnych lat w wojsku tamten sprzeciw byłby ryzykowny.

Pokażesz mi bulwary nad Wisłą! nakazuje Kazimiera. Jak tam najlepiej dojechać? Bierze Wojtka pod ramię i pewnym krokiem zmierza przez osiedle, zaglądając z zainteresowaniem w okna.

Najprościej taksówką wzrusza ramionami Wojtek.

Kazimiera niespodziewanie wkłada palce do ust i zagwizduje przenikliwie. Obok zatrzymuje się gwałtownie przejeżdżająca taksówka.

Po co gwizdać? Co ludzie sobie pomyślą? karci ją Wojtek, pomagając jej usiąść z przodu.

Nic sobie nie pomyślą drobna, siwa staruszka śmieje się wesoło. Pomyslą, że to ty tak się zachowujesz.

Na jej słowa taksówkarz parska śmiechem, a Kazimiera przybija z nim piątkę, jakby byli starymi znajomymi.

Ty, Wojtku, jesteś porządny i spokojny mówi starsza pani, kiedy przechadzają się po bulwarach. Ale ja taka nie umiem być. Mój świętej pamięci mąż, dziadek Zuzi, długo do mnie przywykał. Był cichy, spokojny, typowy bibliofil. I nagle ja w jego życiu! Oj, działo się Po górach razem wędrowaliśmy, ze spadochronu kazałam mu skakać, tylko motolotni się bał jak wody święconej wtedy z córką czekali na mnie na ziemi, gdy latałam nad ich głowami.

Wojtek słucha zaskoczony. Zuzia nigdy nie wspominała, że babcia taka była! Jej życie, jak się okazuje, było pełne przygód. To wiele tłumaczy z jej charakteru. Kazimiera bada go wzrokiem:

A skakałeś kiedyś ze spadochronem?

W wojsku, czternaście razy nie kryjąc dumy przyznaje Wojtek.

Brawo, szanuję! kiwa głową babcia i zaczyna nucić:

Jeszcze długo będziemy spadać,
Ten skok to nie lada wyczyn

Wojtek zna tę starą, harcerską piosenkę i od razu włącza się:

Pod chmurą białą z jedwabiu
Jak mewa śmigam do ciebie

Piosenka przełamuje pierwsze lody. Już nie boi się tej nietypowej staruszki.

Czas na odpoczynek i coś do jedzenia proponuje Kazimiera. Tam w budce chyba mają świetnego szaszłyka, czujesz ten zapach?

Szaszłykowy ciemnowłosy, postawny mężczyzna o surowym wyrazie twarzy, z wprawą nadziewa mięso na szpikulce. Można uwierzyć, że z taką miną potrafiłby przebić niejednego wroga i nie poczułby nic prócz radości. Patrząc na niego, chce się krzyknąć Hej! i tańczyć krakowiaka do utraty tchu.

Kazimiera siada z nim przy stoliku, błyska oczami i czysto, choć niespodziewanie, zaczyna:

Sto lat, sto lat,
Niech żyje, żyje nam!

Szaszłykowy aż drga ze zdumienia, spogląda na seniorkę, w oku pojawia się iskra i podchwytuje:

Jeszcze raz, jeszcze raz,
Niech żyje, żyje nam!

Proszę się częstować, szanowna pani z wielkim uśmiechem podaje półmisek szaszłyka, bułki i świeże zioła. Nalewa też dwa kieliszki schłodzonego wytrawnego gruzińskiego wina i kłania się, przykładając dłoń do serca.

Na zapach pieczeni z krzaków wychodzi szary kociak, podchodzi nieśmiało do stolika i patrzy na nich z nadzieją.

To właśnie ciebie nam brakowało śmieje się Kazimiera. Chodź tu, maluszku. Zwraca się do szaszłykowego: Dzień dobry, proszę też surowego mięsa dla naszego przyjaciela, tylko drobno pokroić!

Kiedy kociak łapczywie je z miseczki, Kazimiera strofuje Wojtka:

Macie dziecko, tym bardziej dziewczynkę! Jak chcecie nauczyć ją dobroci, empatii, opiekuńczości, jeśli w domu nie ma kota? Ten maluszek wam pomoże!

Po powrocie Kazimiera od razu kąpie znalezisko, a Wojtka wysyła ze spisem wyprawki: żwirek, miski, drapak i puszyste legowisko. Gdy wraca obładowany siatkami, w mieszkaniu rozbrzmiewa radosny pisk dziewczyn. Zuzia i Pola siedzą przy babci, która całuje je ze szczęścia. Kociak, siedząc na kanapie, z zaciekawieniem obserwuje nowych ludzi.

A to dla ciebie, Polu, letni komplecik z szortami rozdaje prezenty babcia a dla ciebie, Zuzia Nic tak nie poprawia kobiecie humoru, jak koronka

Cały następny tydzień Pola nie chodzi do przedszkola. Rano z babcią ruszają na wycieczki po mieście, wracają przed obiadem zmęczone, ale szczęśliwe sobą i wspólnymi przeżyciami.

W domu czekają Wojtek i kociak nazwany Leonkiem. Wieczorem dołącza Zuzia i cała czwórka wychodzi na spacer Leonek też!

Muszę z tobą porozmawiać, Wojtku mówi poważnie Kazimiera wieczorem. Jutro już jadę, czas na mnie. To wręcza mu dokument w przezroczystej teczce po moim wyjeździe przekaż Zuzi. To mój testament. Mieszkanie i cały majątek zapisuję jej, a tobie bibliotekę, którą zbierał mój mąż przez całe życie. Wśród książek są prawdziwe rarytasy, z autografami znanych osób

Ale po co, Kazimiero!? wyrywa się Wojtek, lecz ona ucisza go gestem.

Zuzi nic nie mówiłam, tobie powiem mam poważne kłopoty z sercem. Może się wszystko nagle skończyć, trzeba być przygotowanym.

Jak to, sama?! oburza się Wojtek. Musi być ktoś przy pani!

Zawsze ktoś przy mnie czuwa uśmiecha się babcia. Poza tym córka, twoja teściowa, mieszka obok, w Katowicach. A ty opiekuj się Zuzią i wychowuj Polę. Jesteś dobrym chłopakiem, można na tobie polegać. Wiesz, ja dla ciebie to taka teściowa do kwadratu! śmieje się i klepie go po ramieniu.

Może jednak zostaniesz jeszcze choć trochę? prosi Wojtek.

Kazimiera patrzy z wdzięcznym uśmiechem, ale tylko przecząco kręci głową.

Wyprawiają ją całą rodziną, nawet Leonek smutnieje na rękach Poli. Kazimiera przykłada palce do ust i głośno gwiżdże natychmiast staje taksówka.

Jedziemy, zięciu! Odstawisz mnie na pociąg! zarządza, całuje Zuzię i Polę, wsiada obok szofera.

Taksówkarz patrzy na nią z niedowierzaniem.

Co się tak gapisz? burknął Wojtek. Nigdy pan nie widział porządnych kobiet?

Sucha babcia, potrząsając siwymi loczkami, wybucha śmiechem i klaszcze w dłonie razem z Wojtkiem.

Rate article
Fajna Tajna
Teściowa do kwadratu — No proszę! — zamiast powitania rzucił Edek, widząc w drzwiach niską, drobną staruszkę w dżinsach, która rozciągnęła usta w złośliwym uśmiechu. Spod zmrużonych powiek figlarnie pobłyskiwały zielone oczy. „Babcia Iwony, pani Walentyna — rozpoznał natychmiast. — Ale jak to? Bez zapowiedzi, nawet bez telefonu…” — Cześć, wnuczku! — powiedziała z tym samym uśmiechem. — Wpuścisz do domu? — Jasne, oczywiście! — Edek zaczął się krzątać. — Proszę bardzo. Pani Walentyna wturlała do mieszkania walizkę na kółkach… — Kawy mocniejszej poproszę! — zarządziła, kiedy Edek parzył napój. — Iwona w pracy, Olka w przedszkolu, a ty co? Leniuszek? — Na urlopie jestem z przymusu, dwutygodniowym — rzucił ponuro. Jego marzenia o leniwych dniach rozpłynęły się. Z nadzieją spojrzał na gościa: — Długo pani zostanie? — Trafiłeś! — kiwnęła głową, grzebiąc jego nadzieje. — Zostanę na dłużej. Edek westchnął. Walentyny wcześniej prawie nie znał — widział ją tylko przelotnie na weselu z Iwoną, przyjechała z innego miasta. Ale ojciec Iwony opowiadał o niej z szacunkiem wymieszanym ze strachem. Kiedy mówił o swojej teściowej, przechodził na szept i rozglądał się dookoła jakby miała zaraz wejść do pokoju. — Pozmywasz naczynia i zbieraj się. Zorganizuję wycieczkę zapoznawczą po mieście, będziesz moim przewodnikiem! — zarządziła. Edek nie próbował nawet protestować. Była stanowcza jak stary podoficer. Sprzeciwiać się? Lepiej nie. — Pokażesz mi bulwary nad Wisłą! — rzuciła Walentyna. — Jak tam najłatwiej dotrzeć? — Złapała Edka pod ramię i raźno ruszyła chodnikiem, rozglądając się z ciekawością. — Najlepiej taksówką — wzruszył ramionami Edek. Pani Walentyna nagle złożyła palce w kółeczko i gwizdnęła przeszywająco. Przejeżdżająca taksówka od razu się zatrzymała. — Po co pani tak gwizda?! Co ludzie powiedzą? — beształ ją Edek, pomagając usiąść na przednim siedzeniu. — Nic nie powiedzą — uśmiechała się figlarnie drobna, siwiuteńka babcia. — Pomyślą, że to ty jesteś taki niewychowany! Taksówkarz roześmiał się razem z Walentyną. Przybili sobie piątkę, zupełnie jak starzy znajomi, którym właśnie udał się żart. — Edek, jesteś grzeczny i spokojny chłopak — mówiła starsza krewna, gdy spacerowali nad Wisłą. — Pewnie twoja babcia to dama z klasą, a ja nie potrafię być taka spokojna. Mój świętej pamięci mąż, dziadek Iwony, długo przyzwyczajał się do mojego temperamentu. On był cichy i książkowy, aż tu nagle pojawiłam się ja! I się zaczęło! Po górach go wciągałam, ze mną skakał ze spadochronem. Tylko na lotnię nie dał się namówić, wolał czekać na mnie z córką na dole, gdy ja robiłam kółka nad ich głowami. Edek ze zdumieniem słuchał opowieści Walentyny. Iwona nigdy nie wspominała mu, że babcia prowadziła tak barwne życie. To wiele tłumaczyło w jej charakterze. Spojrzała na niego surowo: — A ty, skakałeś ze spadochronem? — W wojsku, czternaście razy! — przyznał nie bez dumy. — Brawo! Szanuję cię za to. — pokiwała z uznaniem głową i zanuciła: „Długo będziemy spadać, To będzie skok na dwa…” Edek znał tę piosenkę i z radością się przyłączył: „Białą chmurą pod niebem, Jak mewa — za moimi plecami…” Wspólnie zaśpiewana piosenka przełamała lody — Edek przestał się już krępować tej niezwykłej babci. — Trzeba odpocząć i coś zjeść — zaproponowała. — W tej budce pachnie świetnym szaszłykiem, czujesz? Szaszłyk robił tęgi, śniady mężczyzna, który wyglądał, jakby z takim samym zapałem nadziewał na szpadkę swoich wrogów, a uśmiechając się — czuł tylko radość. Aż chciało się zawołać „Hop-sa!” i zatańczyć kozaka, wymachując rękami i plącząc nogi. Przysiadłszy przy stoliku, pani Walentyna błysnęła wesoło oczami i czystym głosem zaśpiewała: „Gamarjoba, przyjacielu, Najlepiej by zatańczyć przy weselu…” Szaszłykowy mistrz spojrzał zaskoczony na starszą klientkę, po czym uśmiechnął się szeroko, zagrali razem: „Gamarjoba, przyjacielu, Zaśpiewać razem by się przydało!” — Proszę się częstować, szanowna pani, — powiedział gospodarz, dokładając na stół talerze z szaszłykiem, lawaszem oraz świeżymi ziołami. Przyniósł dwa kielichy zimnego gruzińskiego wina i przyłożył dłoń do serca. Zwabiony zapachem z krzaków wyszedł szary kociak, podszedł ostrożnie i spojrzał z nadzieją. — O, to właśnie ty jesteś nam potrzebny — uśmiechnęła się pani Walentyna. — Chodź tu, maluchu. — Do szaszłykowego: — Panie, przynieś temu naszemu nowemu przyjacielowi trochę świeżego mięska, tylko drobno pokrój! Gdy kotek zajadał smakołyk, pani Walentyna mówiła Edkowi: — W domu powinien być kot, szczególnie gdy wychowujecie dziewczynkę! Jak chcecie nauczyć ją dobroci i opiekuńczości bez zwierzaka? Ten maluch wam pomoże! Po spacerze pani Walentyna zajęła się kąpaniem znaleziska, a Edka wysłała po wyprawkę dla kota. Gdy wrócił obładowany kuwetą, miskami, drapakiem i legowiskiem, w domu słychać było piski radości. Iwona i Ola obsiadły babcię, a ta całowała je szczęśliwa. Kociak obserwował scenę, siedząc zdumiony na kanapie. — To dla ciebie, Olu, letni komplecik z szortami — babcia rozdzielała prezenty — a to dla ciebie, Iwonko. Nic tak nie podnosi kobiety w oczach męża, jak koronkowe majteczki… Przez kolejny tydzień Ola nie chodziła do przedszkola. Z babcią od rana znikały na cały dzień, wracając zmęczone, ale szczęśliwe. W domu czekali na nie Edek i kotek, ochrzczony imieniem Leonardek. Wieczorem dołączała Iwona i cała czwórka ruszała na spacer z Leniem. — Muszę z tobą poważnie porozmawiać, Edku — powiedziała któregoś wieczoru Valentina, nagle poważniejąc. — Jutro wyjeżdżam, już czas. To dla Iwony, oddasz jej po moim wyjeździe. — Podała mu papiery w koszulce — To mój testament. Mieszkanie i wszystko zostawiam jej, a tobie — bibliotekę mojego męża, całe życie zbierał. Bardzo wartościowe zbiory, masz tam prawdziwe rarytasy, nawet z autografami sławnych ludzi… — Ależ, pani Walentyno! — Edek próbował zaprotestować, ale zatrzymała go ruchem dłoni. — Iwonie nic nie mówiłam, tobie powiem — mam poważne kłopoty z sercem. Może się to skończyć nagle — trzeba się przygotować. — A jak pani tam sama? — zaprotestował Edek. — Ktoś powinien z panią być! — Zawsze ktoś jest przy mnie — uśmiechnęła się. — Poza tym córka — teściowa twoja — w sąsiednim mieście. Ty trzymaj Iwonę i dbaj o Olkę. Jesteś świetnym chłopakiem, naprawdę. Przecież ja dla ciebie jestem teściową do kwadratu! — klepnęła go w ramię i roześmiała się serdecznie. — Może zostanie pani jeszcze? Choć na chwilę? — poprosił Edek. Pani Walentyna z wdzięcznością uśmiechnęła się i pokręciła głową. Wyszedł ją odprowadzić cały dom, nawet Leonardek na rękach u Oli wyglądał jakby mu było smutno. Pani Walentyna wsadziła między wargi palce złożone w kółko i energicznie zagwizdała! Taksówka stanęła natychmiast. — No to jadziem, zięciulku, odstaw mnie na dworzec! — rozkazała i, całując Iwonę i Olę, zajęła miejsce obok kierowcy. Taksówkarz patrzył na staruszkę z niedowierzaniem. — Co się pan tak patrzy? — fuknął Edek. — Nie widział pan kulturalnych kobiet? Szczupła babcia, potrząsając siwymi loczkami, roześmiała się i głośno przybiła piątkę Edkowi. Teściowa do kwadratu