Teraz można żyć
Jagoda stała u skraju grobu i patrzyła, jak trumna powoli znika pod ziemią.
Zimny listopadowy wiatr szarpał czarną wstążkę na wieńcu, wślizgiwał się pod płaszcz, sprawiając, że co chwila podnosiła ramiona jak wróbel zziębnięte po polsku, bo przecież zimno potrafi zaskoczyć nawet w Krakowie.
Obok szlochała ciocia Zofia daleka krewna, którą Jagoda widywała może ze dwa razy w życiu, i to na obowiązkowych rodzinnych spotkaniach.
Mama zachowywała się spokojnie, jakby ktoś włączył jej tryb matka na pogrzebie. Tylko palce, ściskające rękę Jagody, były lodowate jak grudniowy poranek przed szkołą.
A tata…
Jagoda gapiła się na trumnę, próbując zorientować się, co czuje.
Nic.
Totalna, przeszywająca pustka. Jak w mieszkaniu po awarii kaloryferów zimno, cicho i tak jakoś niezręcznie.
Dobry człowiek był, rzucił ktoś za plecami. Niech mu ziemia będzie lekką.
Jagoda miała ochotę wybuchnąć śmiechem.
Dobry?!
Skąd oni mogą wiedzieć?!
Widują go tylko na świętach, trzeźwego, uśmiechniętego, z akordeonem w ręku. Złote ręce, dusza towarzystwa, wesoły chłop.
I tyle.
Nikt nie znał go takim, jakim był w domu.
Jagoda zamknęła oczy, a pamięć natychmiast podsunęła jej scenę: ma jakieś siedem lat, budzi się w nocy od huku. Tata wpada do przedpokoju, nie trafia w drzwi, śmierdzi alkoholem i czymś kwaśnym. Mama ciągnie go do pokoju, on się wyrywa, macha rękami, wrzeszczy: Nie szanujesz mnie! Jagoda zaciąga kołdrę aż po same oczy i udaje, że nie widzi i nie słyszy.
A rano tata siedzi przy kuchennym stole ze skruszoną twarzą, popija ogórkowy sok i mówi: Przepraszam, córko, poniosło mnie. Więcej się to nie powtórzy.
Powtarzało się.
Zawsze.
Jagoda otworzyła oczy. Trumnę już zasypano, na kopcu leżały wieńce. Ludzie zaczęli odchodzić z cmentarza. Mama dotknęła jej łokcia:
Chodź, córko. Trzeba do stołu…
Przy stypie Jagoda siedziała jak ktoś z innego serialu. Jadła, kiwała głową, odpowiadała na kondolencje. A w środku dudniła jedna myśl, od której miała ochotę wyć:
Dlaczego nie czuję nic? Dlaczego nie boli?
Wieczorem, gdy wszyscy już się rozeszli, została z mamą w kuchni. Piły herbatę, milczały. W końcu mama odezwała się:
Wiesz, teraz pomyślałam… Dziwne.
Jagoda podniosła wzrok.
Pomyślałam, że już nie trzeba się bać. Że nie przewróci się gdzieś, nie zamarznie, nie zniknie. Że możemy po prostu… żyć.
Jagoda patrzyła na mamę i widziała w jej oczach ten sam strach, który czuła sama. Strach przed tym, że w środku nie ma żałoby, a ulga.
Jestem zła? szepnęła mama.
Jagoda przesiadła się bliżej, objęła ją za ramiona.
Nie, mamo. Po prostu jesteśmy zmęczone.
Siedziały tak do świtu. Wspominały. Nie to, jak tata pił, tylko te inne rzeczy: jak zbudował Jagodzie domek dla lalek, jak uczył ją jeździć na rowerze, jak pewnego dnia przyniósł z rynku gigantyczny arbuz i musieli jeść go na podłodze, bo na stole zwyczajnie się nie mieścił.
Był różny. I to też prawda.
Potem mama poszła spać, a Jagoda została sama. Wyciągnęła telefon, napisała do męża: U mnie spokojnie. Jutro wracam.
I nagle zdała sobie sprawę, że pierwszy raz od dawna oddycha normalnie. Bez ciągłego niepokoju, bez wyczekiwania na telefon z wieściami, bez tego wykańczającego tła.
Tata nie żyje. I życie stało się zwyczajne.
Jagoda wiedziała, że ta myśl wróci. Że jeszcze nieraz obudzi się w nocy z poczuciem winy. Że ciotka Zofia i reszta rodziny jeszcze długo będą szeptać: Jaka twarda, nawet nie zapłakała.
Ale teraz, w tym cichym krakowskim mieszkaniu, gdzie nie pachniało już alkoholem i nie było nocnych awantur, pozwoliła sobie na chwilę szczerości.
Przepraszam, tato powiedziała w pustkę. Kochałam cię. Naprawdę. Ale byłam już bardzo zmęczona tym, że cię nienawidzę.
Rano wyjechała.
W pociągu długo patrzyła przez okno na szary krajobraz, potem wyciągnęła notes i zapisała myśl, która przyszła jej do głowy:
Dzieci alkoholików nie płaczą na pogrzebach. One napłakały się przez całe lata życia obok tej choroby. I wcale nie są twarde. One po prostu przetrwały.
Jagoda zamknęła notes i po raz pierwszy od dawna się uśmiechnęła.
Pociąg zabierał ją do nowego życia. Do życia, w którym już nie trzeba się oglądać za siebie…


