TEN MARZEC
Marzec to nie tylko miesiąc, to coroczny test psychicznej odporności.
Zwłaszcza gdy miłość człowieka jest równie dziwna jak pogoda za oknem: niby wiosna, niby apokalipsa, niby ktoś oblał cały Kraków szarą farbą.
Miłość Marka i Jagody zrodziła się właśnie w marcu, i to tłumaczyło absolutnie wszystko.
Inne pary spotykały się przy dźwiękach kwitnących wiśni, a ci dwoje poznali się, gdy Marek przypadkiem ochlapał Jagodę wodą z kałuży.
Ona, zamiast się rozpłakać, celnie rzuciła w niego kulką z roztopionego śniegu, która, według Marka, miała w środku ukrytą cegłę.
To była miłość od pierwszego rykoszetu.
W marcu w ich mieście romantyzm wychodził na spacer w kaloszach z Biedronki.
Pójdziemy na spacer?
cicho pytał Marek przez telefon.
Sory, nie mam łódki odpowiadała rzeczowo Jagoda.
Wezmę Cię na plecy.
Ich randki przypominały ćwiczenia wojskowe na terenach podmokłych.
Marek dźwigał Jagodę nad bajorami roztopionego śniegu, a ona trzymała nad nim parasol, który próbował odlecieć w stronę Przemyśla razem z ich nadzieją na suche skarpetki.
Wiesz filozofował Marek, chlapiąc prawym kaloszem to jest właśnie głębia uczuć.
Jesteśmy jak te dwa kaczory w parku.
Kaczki odleciały do ciepłych krajów już w październiku, Marek.
Teraz jesteśmy jak dwa nieostrożne pingwiny, które pomyliły trasę i minęły się z Antarktydą.
Ich specyficzna miłość przejawiała się w drobiazgach.
Głębokie uczucie w marcu to nie pierścionek w kieliszku szampana bo tam zawsze pływałaby kostka lodu a ostatnia saszetka “Gripexu” podzielona na pół.
To dla Ciebie oznajmił Marek, wręczając jej pół żółtego proszku.
Wyrywam z serca.
Czemu jest w sierści od kota?
To przyprawa.
Na odporność.
Jagoda patrzyła na niego w głupiej czapce z pomponem, czerwonym nosem i szaleństwem w oczach i wiedziała: to jest to.
Kod wszechświata pokazał błąd i połączył dwie osoby, które umieją śmiać się, nawet gdy mają gorączkę (a wiadomo, u mężczyzny to już stan agonalny).
Najbardziej romantyczny moment nadszedł pod koniec miesiąca.
Słońce wreszcie wyszło zza chmur i odsłoniło wszystko, co zima tak skrzętnie ukrywała pod śniegiem.
Miasto wyglądało jak scenografia do filmu o powstaniu pracowników MZK.
Stali na moście.
Wiatr wiał jak szalony, próbując zerwać Markowi kurtkę.
Jagoda zaczął, przekrzykując wiosenny szum Chciałem powiedzieć…
dla mnie jesteś jak…
jak pierwszy przebiśnieg!
Taki blady i próbujesz przebić się przez śmieci?
spytała Jagoda, poprawiając szalik, którym już trzy razy owiała głowę.
Marek się zawahał.
Nie.
Tak samo wytrwała.
Pomimo tego przeklętego marca, dalej ze mną jesteś.
Nawet po tym, jak wrzuciłem Ci telefon do śniegu, który okazał się kałużą.
Jagoda spojrzała na niego, kichnęła (w idealnej synchronizacji z przejeżdżającym tramwajem) i roześmiała się.
No dobrze, przebiśniegu.
Idziemy do domu.
Kupiłam kilogram cytryn i znalazłam przepis na grzane wino.
Jeśli przeżyjemy tę niedzielę, uznam naszą miłość za zabytek narodowy.
Szli chodnikiem, omijając lodowe kry.
To była bardzo głęboka miłość dokładnie na wysokość kolana, bo tyle wody było w ich klatce schodowej.
Ale było im wszystko jedno.
Bo w “ten marzec” nie liczy się czystość butów, tylko czyją rękę ściskasz, gdy razem ślizgacie się ku nieuniknionemu kwietniowi…
Minął rok.
Nadszedł następny “ten marzec”.
Miasto znów wyglądało jak plan filmowy Wodnego świata, kręconego za trzy złote.
Marek i Jagoda stanęli przed wielką kałużą, która zajęła cały ich podwórko przez jedną noc.
Sąsiedzi czaili się przy płotach, próbując przejść po cienkim lodzie, a jakiś emeryt patrzył w niebo, licząc raczej na helikopter ratunkowy niż gołębia z gałązką oliwną.
Marek Jagoda spojrzała na swoje nowe białe sneakersy, kupione pod wpływem absurdalnego optymizmu.
Jesteśmy już dorośli.
Mamy kredyt, pracę i roczne rozliczenie PIT.
Nie możemy po prostu…
Możemy przerwał jej Marek.
Wyciągnął zza pleców, jak magik, dwa żółte kalosze w kaczątka.
Kupiłem wczoraj.
Twój rozmiar.
Jagoda westchnęła.
To była naprawdę “głęboka miłość” typ, gdy partner zna nie tylko rozmiar buta, ale i poziom gotowości do kompromitacji.
Po pięciu minutach już stali w samym środku kałuży.
Woda chlupała wesoło, słońce odbijało się od brudnych lodowych krawędzi, a przechodnie patrzyli na nich jak na zbiegłych z bardzo miłego, choć zamkniętego oddziału.
Wiesz podskoczyła Jagoda, zrywając fontannę, która poleciała na sąsiada w futrzanej czapce To najlepszy start wiosny.
To kod “Żółta Kaczka” odparł Marek poważnie.
Wszechświat próbował nas zatopić w depresji, ale mamy nieprzemakalne pięty.
Stali w środku tego wiosennego chaosu dziwni, mokrzy, ale całkowicie zsynchronizowani.
To była nietypowa miłość, zrozumiała tylko dla tych, którzy zamiast brudu potrafią dostrzec dno.
Marek objął ją, a w tym momencie słońce przygrzało tak mocno, że z ich kurtek poszedł lekki parujący obłok.
Płoniemy zauważyła Jagoda.
Nie uśmiechnął się Marek.
Po prostu wreszcie się rozgrzaliśmy do właściwej temperatury.
W ten marzec zrozumiałem jedno: kiedy życie stawia przed tobą kałuże, kup najbardziej jaskrawe kalosze i naucz się w nich tańczyć.


