Dzisiaj czuję się dziwnie. Wszystko zaczęło się od tego telefonu.
Po obiedzie umyłam naczynia i położyłam się na chwilę odpocząć. Mąż, Jan, pojechał do przyjaciela na działkę pomóc naprawić płot. Wróci dopiero jutro wieczorem, bo w poniedziałek ma pracę. Ja przeszłam na emeryturę rok temu, a jemu zostały jeszcze dwa lata.
Nagle zadzwonił telefon, wyrywając mnie z drzemki. Nie od razu zorientowałam się, że to dzwoni.
— Tak… — odpowiedziałam ochrypłym od snu głosem, nawet nie patrząc na ekran. Kto mógł dzwonić? Córka albo mąż. Jan nie lubił rozmawiać przez telefon, więc pewnie Ewa. Mieszka teraz z mężem w innym mieście i niedługo ma urodzić.
— Mira? Spałaś? — rozległ się w słuchawce nieznany kobiecy głos.
— Kto mówi? — zapytałam ostrożnie.
W odpowiedzi usłyszałam głośne, demonstracyjne westchnienie.
— Nie poznałaś mnie? Ile to już lat się nie widziałyśmy?
— Alina? — zdziwiłam się, ale jakoś nie poczułam radości. — Skąd masz mój numer?
— To ważne? Spotkałam kilka lat temu twoją matkę, dała mi.
Przypomniałam sobie, że mama coś o tym wspominała.
— Jesteś w mieście? — zapytałam, choć wiedziałam, że to głupie pytanie. Po co dzwoniłaby, gdyby nie chciała się spotkać? — Słyszałam, że wyjechałaś do Stanów — dodałam.
W słuchawce rozległ się śmiech, który natychmiast zmienił się w jęk.
— Co się stało? Gdzie jesteś? — zaniepokoiłam się.
— W szpitalu. Właśnie dlatego dzwonię. Możesz przyjść? Chcę ci coś powiedzieć. I nie przynoś nic, nie trzeba.
— W szpitalu? Zachorowałaś? — zapytałam, już zupełnie rozbudzona.
— Ciężko mi mówić… Adres wyślę SMS-em.
— Ale… — zaczęłam, ale w słuchawce rozległy się krótkie sygnały.
Chwilę później przyszła wiadomość z nazwą szpitala. „Boże, Alina ma raka?” — przeczytałam wiadomość kilka razy, czując, jak ogarnia mnie panika.
Spojrzałam na zegarek — wpół do szóstej. Do szpitala dojadę dopiero po godzinach odwiedzin. Poszłam do kuchni i wyjęłam z zamrażarki kurczaka na rosół. Alina mówiła, żeby nic nie przynosić, ale jak tu iść do szpitala z pustymi rękami? Domowy rosół to nie jedzenie, to lekarstwo. Włożyłam kurczaka do zlewu, by się rozmroził, i usiadłam przy stole. Córka ma dwadzieścia osiem lat, czyli tyle samo, ile lat nie widziałam się z Aliną.
Z wiekiem nauczyłam się przyjmować każdą wiadomość — nawet dobrą — z ostrożnością. Po tym telefonie nie mogłam się pozbyć niepokoju. A Jana, jak na złość, nie było w domu. Może i lepiej. Jutro rano ugotuję rosół, odwiedzę Alinę i wszystNazajutrz, gdy trzymałam w dłoniach ciepły termos z rosołem, uświadomiłam sobie, że jedyne, co między nami zostało, to wspomnienia – i teraz nawet one przestaną ważyć.



