Przy północy rozległ się telefon. Zuzanna dopiero co zasnęła przy spokojnym oddechu męża, gdy nagły dźwięk aparatu sprawił, że podskoczyła. Serce zabiło szybciej—o tej porze nie spodziewała się dobrych wieści.
— Piotrze, — delikatnie szturchnęła męża. — Piotrze, obudź się! Telefon.
Podniósł się gwałtownie na łóżku i chwycił słuchawkę. Zuzanna z napięciem obserwowała, jak jego twarz zmienia się z każdą chwilą, bladnąc coraz bardziej.
— Jak to… kiedy? — spytał cicho. — Tak… tak… rozumiem. Już jadę.
Piotr powoli odłożył telefon. Jego palce drżały.
— Co się stało? — wyszeptała Zuzanna, już domyślając się, że nastąpiło coś nieodwracalnego.
— Tomek z Martą… — przełknął ślinę. — Wypadek. Oboje na miejscu.
W pokoju zapadła ciężka cisza, przerywana tylko tykaniem zegara. Zuzanna patrzyła na męża i nie mogła uwierzyć.
Jeszcze dwa dni temu wszyscy razem siedzieli w kuchni, pili herbatę, a Marta dzieliła się przepisem na nowy placek. Tomek, najlepszy przyjaciel Piotra od czasów studiów, opowiadał historie z wędrówek.
— A Hania? — przypomniała sobie nagle Zuzanna. — Boże, co z Hanią?
— Była w domu, — Piotr pospiesznie wciągał spodnie. — Muszę tam pojechać, Zuza. Trzeba zidentyfikować ciała. I ogólnie…
— Jadę z tobą.
— Nie! — obrócił się gwałtownie. — Ania zostanie sama. Nie trzeba jej straszyć w środku nocy.
Zuzanna przytaknęła. Mąż miał rację — nie było sensu mieszać dwunastoletniej córki w tę tragedię. Na razie.
Całą noc nie zmrużyła oka. Krążyła po mieszkaniu, zerkając co chwilę na zegar. Zajrzała do śpiącej Ani — ta spała spokojnie, z dłońmi podłożonymi pod policzek, a jej rude włosy rozsypywały się na poduszce. Taka bezbronna, taka niewinna.
Piotr wrócił nad ranem — przygarbiony, z przekrwionymi oczami.
— Wszystko potwierdzone, — powiedział zmęczonym głosem, opadając na fotel. — Zderzenie czołowe z ciężarówką. Nie mieli szans.
— A co teraz z Hanią będzie? — zapytała Zuzanna, stawiając przed mężem kubek mocnej kawy.
— Nie wiem. Została jej tylko babcia na wsi. Całkowicie niedołężna.
Zapadła cisza. Zuzanna patrzyła przez okno, gdzie szarzał ponury świt. Hania, chrześnica Piotra, była w tym samym wieku co ich Ania. Jasna, spokojna dziewczynka, zawsze trzymająca się na uboczu.
— Wiesz, — powiedział Piotr powoli, — myślę, że… Może zabralibyśmy ją do siebie?
Zuzanna spojrzała na niego nagle:
— Naprawdę?
— Czemu nie? Mamy przecież miejsce, wolny pokój. W końcu jestem jej ojcem chrzestnym. Nie oddamy przecież dziecka do domu dziecka!
— Piotrze, ale to… to bardzo poważna decyzja. Trzeba wszystko przemyśleć. Z Anią też trzeba to skonsultować.
— A co tu jest do przemyślenia? — walnął pięścią w stół. — Dziewczynka została bez rodziców! Moja chrześnica! Nie spojrzę sobie w oczy, jeśli ją zostawię!
Zuzanna zacisnęła wargi. Oczywiście, mąż miał rację. Ale to wszystko działo się tak szybko, tak niespodziewanie.
— Mamo, tato, co się stało? — zaspany głos Ani sprawił, że oboje drgnęli. — Dlaczego tak wcześnie wstaliście?
Spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Moment prawdy nadszedł szybciej, niż się spodziewali.
— Córeczko, — zaczęła Zuzanna, — usiądź. Mamy… bardzo złe wiadomości.
Ania słuchała w milczeniu, a jej oczy robiły się coraz większe. Gdy ojciec wspomniał, że Hania będzie z nimi mieszkać, nagle wstała:
— Nie! — krzyknęła. — Nie chcę! Niech jedzie do babci!
— Aniu! — skarcił ją Piotr. — Jak możesz tak mówić? Dziewczyna przechodzi przez tragedię…
— A mnie co to obchodzi? — jej oczy zabłysły. — To nie moje problemy! Nie chcę dzielić z nią domu! Ani was!
Wybiegła z kuchni, trzaskając drzwiami. Zuzanna bezradnie spojrzała na męża:
— Może naprawdę nie warto się spieszyć?
— Nie, — odpowiedział stanowczo. — Postanowione. Hania zamieszka z nami. Ania się przyzwyczai.
Tydzień później Hania się wprowadziła. Cicha, blada, z gasnącymi oczami. Prawie nie rozmawiała, tylko kiwając głową w odpowiedzi na pytania.
Zuzanna starała się otoczyć ją opieką. Gotowała ulubione dania, kupiła nowe pościele w motyle.
Ania demonstracyjnie ignorowała Hanię. Zamykała się w swoim pokoju, a kiedy mijały się na korytarzu — odwracała głowę i przechodziła obok.
— Przestań się tak zachowywać! — skarcił ją ojciec. — Miej trochę przyzwoitości!
— A co ja takiego robię? — odpyskowała Ania. — Po prostu jej nie zauważam. Mam do tego prawo! To mój dom!
Napięcie w domu rosło z dnia na dzień. Zuzanna krążyła między dziewczynkami, próbując załagodzić sytuację. Im bardziej się starała, tym gorzej się działo.
A potem zniknęły kolczyki. Ulubione, złote, z małymi brylancikami — prezent Piotra na dziesiątą rocznicę ślubu.
— To ona je wzięła! — wypaliła Ania, gdy Zuzanna odkryła zniknięcie. — Widziałam, jak szła do waszej sypialni, gdy nie było was w domu!
— To nieprawda! — pierwszy raz od przyjazdu Hania się odezwała. — Ja niczego nie brałam! Nie jestem złodziejką!
Rozpłakała się i uciekła do swojego pokoju. Piotr rzucił córce gniewne spojrzenie:
— Zrobiłaś to specjalnie, prawda? Chciałaś ją zniszczyć?
— Ja mówię prawdę! — Ania tupnęła nogą. — Ona się tylko udaje! Udaje biedną, a w rzeczywistości…
— Dość! — przerwała jej Zuzanna. — Nie kłóćmy się. Kolczyki się znajdą. Może sama je gdzieś położyłam i zapomniałam.
Jednak po trzech dniach ze szkatułki zniknął pierścionek. Jedyna pamiątka po matce Zuzanny.
— No to co teraz? — zadrwiła Ania. — Też przypadkiem zniknął? Czy będziemy udawać, że nic się nie dzieje?
Stała na środku salonu, z rękami na biodrach — jak mała furia. A w drzwiach stała blada Hania, przygryzając wargi i mrugając, jakby powstrzymywała łzy.
Zuzanna patrzyła to na jedną, to na drugą dziewczynkę. I pierwszy raz od tych dni zaczęła coś rozumieć.
Zuzanna siedziała na brzegu wanny, obracając w dłoniach buteleczkę z jodyną. Proste rozwiązanie przyszło jej do głowy przypadkiem — akurat smarowała Hani zadrapanie po papierze, kiedy przebłysnęła ta myśl. Jodyna. Tak samo uporczywa jak kłamstwo, i tak samo widoczna jak prawda.
Gdy wszyscy zasnęli, wyciągnęła szkatułkę z biżuterią. Każdy pierścionek, każdą parę kolczyków oznaczyła delikatnie małą kropką.
— Co ja robię? — wyszeptała w ciemności. — Jak to daleko zaszło…
Następnego ranka zniknął naszyjnik. Przy stole panowała cisza. Hania rzeźbiła łyżką w owsiance, Ania odwróciła się demonstracyjnie do okna. Piotr posępnie pił kawę.
— Dziewczyny, — Zuzanna starała się zachować spokój. — Pokażcie mi ręce.
Obie spojrzały na nią ze zdziwieniem.
— Po co? — uniosła brew Ania.
— Po prostu pokażcie.
Hania pierwsza wyciągnęła otwarte dłonie — czyste, bez plamek. Ania natomiast się ociągała.
— Nie bę̨dę! — próbowała wstać od stołu.
— Usiądź! — huknął ojciec. — Natychmiast pokaż ręce matce!
Ania, zaciskając wargi, wyciągnęła ręce. Na jej palcach zieleniły się drobne kropki.
W kuchni zapadła dźwięczna cisza. Słychać było tykanie zegara, szum w rurach, ciężki oddech Piotra.
— Ty… — zakrztusił się z gniewu. — Oskarżałaś Hanię, a sama…
Ania podskoczyła, przewracając krzesło. W jej oczach można było dostrzec strach i coś jeszcze — może wstyd?
— Nienawidzę was! — krzyknęła. — Wszystkich was nienawidzę!
Zanim ktoś zdążył ją zatrzymać, wybiegła do przedpokoju. Trzasnęły drzwi wejściowe.
— Ania! — Zuzanna ruszyła za nią, ale mąż chwycił ją za ramiona.
— Niech się przewietrzy, — powiedział szorstko. — Niech przemyśli swoje zachowanie.
Ale godziny mijały, a Ania nie wracała. Telefon milczał. Do wieczora Zuzanna już czuła, że traci spokój.
— Trzeba zadzwonić na policję, — powiedziała drżącym głosem. — Już się ściemnia…
I wtedy Hania, milcząca przez cały dzień, nagle się odezwała:
— Wydaje mi się, że wiem, gdzie może być.
— Skąd wiesz? — zdziwiła się Zuzanna.
— Czasami ją widziałam. Lubi siedzieć w starej altance w parku. Tam, gdzie staw.
— Dlaczego wcześniej nie powiedziałaś? — uniósł się Piotr.
— Nikt nie pytał, — wzruszyła ramionami Hania. — Pójdę po nią. Sama. Proszę.
Zuzanna wymieniła spojrzenia z mężem. W głosie Hani było coś nowego — jakaś nieznana nuta. Pewność? Zdecydowanie?
— Idź, — skinęła głową.
Minęła godzina. Kolejna. Zapadły zmierzchy, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.
Na progu stały obie dziewczynki — rozczochrane, zarumienione. Oczy Ani były spuchnięte od łez, ale nie było w nich już złości. A Hania… Hania po raz pierwszy od przyjazdu się uśmiechała.
— Mamo, — cicho powiedziała Ania. — Przepraszam. Ja… ja wszystko oddam.
— Wiem, kochanie, — Zuzanna przyciągnęła ją do siebie. — Wiem.
— Myślałam, że… — Ania pociągnęła nosem. — Myślałam, że teraz to ją będziecie bardziej kochać. Jest taka nieszczęśliwa. A ja…
— Głu…upia, — nagle przerwała jej Hania. — Głu…upia jesteś, Aniu. Czy można ukraść miłość? Ona albo jest, albo jej nie ma.
Zuzanna zaskoczona spojrzała na pasierbicę. Skąd w dwunastoletniej dziewczynce tyle mądrości?
— Rozmawiałyśmy, — wyjaśniła Hania, zauważając spojrzenie Zuzanny. — Długo rozmawiałyśmy. O wszystkim.
— I wiecie co? — Ania nagle uśmiechnęła się przez łzy. — Ona jest wspaniała. Nasza Hania. Wyobraźcie sobie, że też lubi «Harrego Pottera»! I w szachy gra! Mamo, może mogłaby z nami mieszkać w moim pokoju? Proszę!
Zuzanna poczuła, jak zatyka się gardło. Przytuliła obie dziewczynki mocno do siebie. Gdzieś w głębi mieszkania głośno wydmuchał nos Piotr.
Później, gdy dziewczynki zasypiały, Zuzanna usłyszała ich szept:
— Słuchaj, a możemy mówić do siebie siostro? — zapytała Ania.
— Możemy, — w głosie Hani było słychać uśmiech. — Ale pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— Nauczysz mnie pleść bransoletki? Twoje są takie piękne…
Zuzanna delikatnie zamknęła drzwi. W kuchni czekał Piotr — z dwoma kieliszkami.
— Wiesz, — powiedział zamyślony, rozlewając rubinowy napój, — Prawdopodobnie Tomek z Martą teraz się cieszą. Tam, na górze.
— Myślisz? — spytała, biorąc kieliszek.
— Jestem pewien. Ich dziewczynka jest w domu. W rodzinie. I teraz ma siostrę.
Za oknem migotały gwiazdy. W oddali szczekały psy. A w pokoju dziecięcym dwie dziewczynki, jeszcze niedawno obce sobie, szeptały o swoich sprawach, stopniowo stając się prawdziwymi siostrami.



