Tato, proszę, nie zabieraj jej! zaszlochała młodsza córka, siedmioletnia Jagódka, z czerwonym od łez nosem. Kicię nie można oddać, ona przecież jest nasza!
Twoja kicia, ojciec z irytacją szarpnął kierownicę, załatwia się wszędzie jak leci. I w korytarzu, i obok pieca, a wczoraj nawet w butach mi zostawiła niespodziankę. Tam, gdzie powinna, iść ani myśli. Co ja mam z nią robić?
Ale tato
Nie gadaj! przerwał ostro.
Tak się stało. Stanisław Nowak uruchomił silnik starego, białego i zardzewiałego poloneza. Na tylnym siedzeniu, w za małym kartonowym pudle, żałośnie miauczała kicia rudawa, z białymi łapkami.
Tato, nie zabieraj jej! płakała jeszcze raz Jagódka. Nie wolno oddawać naszej kici!
Przykro mi, Jagódko, ale nie dam już rady, ojciec westchnął ciężko. Synku, ona wszędzie zostawia po sobie ślady na korytarzu, przy piecu, w butach. Do kuwety nie przywykła i nie zamierza przywyknąć. Mam już tego dosyć.
Ale tato…
Cisza, powiedziałem! zakończył dyskusję.
Samochód szarpnął i ruszył przez wiejskie dziury. Jagódka została przy furtce, mocno ściskając zimnym rękoma sztachety ogrodzenia i patrząc, jak stary polonez znika za zakrętem.
Pochmurna, wilgotna jesień spowiła wieś. Niskie niebo wisiało nad polami, wiatr szarpał warkoczyki dziewczynki i falbanki jej bawełnianej sukienki.
Jagódko, do domu! Przeziębisz się! zawołała przez uchylone okno mama, Halina Nowakowa. Dlaczego tak stoisz?
Dziewczynka nie odpowiedziała. Po policzkach płynęły łzy słone, palące.
Kicia ich kicia Ruda, z białymi łapkami i puszystą sierścią. Wieczorami mruczała na kolanach Jagódki, zwijała się w kłębek pod piecem. A teraz
W domu pachniało duszoną kapustą i świeżym ciastem drożdżowym mama lepiła drożdżówki. Starsze dzieci trzynastoletni Piotrek, jedenastoletnia Weronika oraz dziewięcioletni Wojtek siedziały niby nad zeszytami.
Raczej tylko udawali. Piotrek ponuro bazgrał długopisem, nawet nie patrząc, co pisze. Weronika schowała się za podręcznik, choć jej czerwone oczy mówiły wszystko. Wojtek, zazwyczaj najgłośniejszy, siedział cicho i gryźć ołówek.
Zawsze tak jest rzucił nagle Piotrek, rzucając długopis na blat. Tata postanowił i już! Nikogo nie zapytał!
Uspokój się trochę! upomniała go Halina Nowakowa, energicznie zagniatając ciasto. Tata wie, co robi. Trzy koty w domu to i tak sporo. Mruczek i Filemon korzystają z kuwety, jak należy. A ta twoja kicia…
Ona by się nauczyła! załkała Weronika. Można ją było przyzwyczaić!
Kto miałby ją nauczyć? Ja? matka uśmiechnęła się z rezygnacją. Mam dość obowiązków: krowy, świnie, pole, wy wszyscy A do tego kot, który chce rządzić pod dachem!
My byśmy ją nauczyli! upierała się Weronika.
Za późno urwała temat mama.
Jagódka cicho weszła do izby, przysiadła przy oknie. Patrzyła na firankę deszczu. Wieś tonęła w szarości szare domy, ogródki z ciemnymi, zwiędłymi warzywami.
Mamusiu a ona wróci do domu? zapytała cieniutkim głosem.
Halina Nowakowa tylko westchnęła:
Nie wiem, córeczko. Nie wiem
…
Po pół godzinie Stanisław Nowak wrócił. Zrzucił mokrą kurtkę, powiesił na gwoździu, przeszedł do kuchni bez słowa. Nawet nie spojrzał dzieciom w oczy.
Jak było? zapytała żona.
Odwiozłem. Do sąsiedniej wioski, zostawiłem u Szymańskich. Mówili, że się nią zajmą.
Daleko? dopytywał Wojtek.
Ze cztery, może pięć kilometrów mruknął ojciec.
Nie wróci wyszeptała Weronika.
Nawet lepiej, odrzekł chłodno ojciec. Starczy tej rozmowy. Herbaty, zmarzłem.
Halina postawiła przed mężem szklankę herbaty, a na talerzu położyła ziemniaki z gulaszem. Stanisław jadł cicho, z miną zmęczonego człowieka. Dzieci siedziały przy stole, ale kromki chleba nikt nie tknął. Patrzyli tylko w talerze, jakby leżało w nich coś ciężkiego.
Późnym wieczorem, gdy w domu ucichło i wszyscy rozeszli się do łóżek, Jagódka długo nie mogła zasnąć. Leżała na swoim łóżku, które dzieliła z Weroniką, słuchając jak deszcz bębni w okno i jak gdzieś w oddali szczeka wiejski pies.
Weroniko, śpisz? szeptnęła.
Nie, nie śpię szepnęła Weronika.
Kicia na pewno wróci. Jestem pewna. Znajdzie drogę do domu.
Nie wygłupiaj się. Skąd miałaby wiedzieć? Tata zawiózł ją aż pięć kilometrów! Dla małego kota to jakby całkiem inny świat.
Ale ona jest mądra! I tak nas znajdzie!
Weronika nie odpowiedziała, odwróciła się do ściany. A Jagódka leżała długo z otwartymi oczami, szeptała bezgłośnie, jak uczyła ją babcia: “Boże, chroń naszą kicię. Pomóż jej odnaleźć drogę do domu. Proszę”
…
W tym samym czasie kicia siedziała pod piecem w domu Szymańskich, w obcej wsi. Staruszkowie byli mili: dali jej miskę mleka, kawałek kiełbasy, nawet pogłaskali. Ale kicia nie mruczała, nie łasiła się. Siedziała skulona, obca pośród obcych.
Gdzie jej dom? Gdzie dzieci Jagódka, Weronika, Wojtek, Piotrek? Gdzie pani Halina, która czasem pod stołem dawała jej kawałeczki boczku? Gdzie znajome zapachy łajna, mleka, pieca?
Tu wszystko pachniało inaczej. Głosy byli nieznajome. W domu rezydował ogromny szary kocur i syczał groźnie, gdy kicia zbliżała się do miski.
Czekała do rana. Gdy gospodyni wyszła z koszem do kur, kicia przemknęła jak strzała przez próg.
Ojej, dokąd ty? krzyknęła pani Szymańska.
Ale kotka leciała już przez ogródek, przez płot na drogę. Nie przestając biec, dopóki nie dotarła na skraj wsi, pośrodku błotnistego jesiennego pola.
Deszcz ciągle padał. Zimny, nieprzyjazny. Rudy futerko przylepiło się do ciała, łapy ślizgały się w błocie, pazury wbijały w ziemię.
Nie wiedziała dokładnie, którędy iść. Ale w środku paliła się uporczywa iskierka. Jakiś zwierzęcy instynkt podpowiadał: tam, dalej, nie poddawaj się.
Mijały godziny. Zakopała się pod zgniłym stogiem, cała trzęsła się z zimna i głodu. Próbowała złapać mysz uciekła do dziury. Upiła się deszczówki z kałuży.
Drugiego dnia dotarła do szosy. Rozbita nawierzchnia, samochody co jakiś czas rozchlapywały błoto. Kicia kulała się poboczem, przewracała, wstawała i szła dalej.
Nocą schowała się w opuszczonej stodole. Gniły tam belki, pachniało myszami. Jedną upolowała i od razu zjadła. Na chwilę poczuła się lepiej.
Trzeciego dnia spadł śnieg pierwszy w tym roku. Mokry, przyklejający się do sierści. Kocie łapki pozostawiały na białej ziemi ciemne odbicia; palce bolały, były sfilmowane do różu. Nie zatrzymywała się jednak.
Bo tam, daleko, był dom. Tam dzieci. Ciepły kąt przy piecu i mama Halina, która nieraz po cichu drapała za uchem.
Czwartego dnia dostrzegła znajomy brzozowy zagajnik. Serce zabiło mocniej. Przyspieszyła kroku, potem przeszła do truchtu. Tak, to ta brzozowa polanka, gdzie latem dzieci zbierały grzyby, gdzie Jagódka plotła wianki z rumianków.
Piątego dnia przeprawiła się przez strumyk. Wąski, ale lodowaty. Wylazła na brzeg, trzęsąc się, i otrząsnęła mokre futro.
Szóstego dnia zaczął się kaszel. Z nosa ciekło, oddychała ciężko. Ale nie zrezygnowała.
I wreszcie siódmy dzień. Wczesny ranek. Kicia, cała w błocie i śniegu, dotarła pod znajomą furtkę. Usiadła, zamiauczała słabo, ochryple. Nikt nie usłyszał. Zamiauczała głośniej.
Drzwi się otworzyły. Na ganek wybiegła Jagódka, boso i w nocnej koszuli.
Kicia! krzyknęła, wybiegając przez furtkę, porwała zwierzę w ramiona. Mamo! Tato! Szybko! Przyszła! Ona wróciła!
Na ganek wybiegły kolejno Weronika, Wojtek, Piotrek. Halina Nowakowa, ocierając dłonie o fartuch, podeszła bliżej.
Jezus Maria Cała wycieńczona Kicha, katar, pewnie zapalenie, szepnęła.
Mamo, trzeba ją leczyć! błagała Weronika.
Leczyć? Halina się uśmiechnęła. Kto woła weterynarza do kota? U nas i tak weterynarz jest tylko od krów i świń, koty radzą sobie same
Ale mamo!
Dobrze, dobrze, dość już tego, machnęła ręką. Podgrzejcie mleko i przynieście dla niej stary kocyk. Potem zobaczymy
Na progu pojawił się Stanisław Nowak. Zatrzymał się, popatrzył na rudą kotkę na kolanach córki.
Znalazła drogę westchnął cicho.
Tato, ona przeszła pięć, może więcej kilometrów! Wyobrażasz sobie? uniósł się Piotrek.
Ojciec nic nie powiedział. Po prostu wrócił do izby.
…
Kotkę wniesiono do ciepłego domu, położono przy piecu. Jagódka podała jej miskę świeżego, ciepłego mleka. Zwierzę piło łapczywie, aż mleko chlapało na wąsy. Weronika delikatnie przecierała ją ręcznikiem, uważając, żeby nie sprawić bólu.
Łapki ma całkiem pokaleczone wyszeptała Weronika drżącym głosem. Mamo, zobacz
Halina usiadła blisko, obejrzała kotkę.
Oj, wycierpiałaś ty moje biedactwo… Tak, Wojtek, leć po wodę utlenioną. Weronika, przynieś bandaż. Opatrzymy.
A na katar? zapytała Jagódka.
Spróbujemy rumianku. Pani Stasia z sąsiedztwa się zna, poproszę ją o radę. Najważniejsze ciepło i dobre jedzenie. Reszta w Bożych rękach.
Od tego dnia dzieci opiekowały się kotką jak niemowlęciem. Jagódka nie odstępowała jej na krok, głaskała, szeptała coś do ucha. Weronika gotowała rosół na kurze. Wojtek znalazł stary koc, rozłożył przy piecu. Piotrek zaczął majsterkować z młotkiem i deskami.
Co robisz? spytała siostra.
Kuwetę odparł Piotrek. Żeby już zawsze chodziła, gdzie trzeba. Nauczymy ją.
Wierzysz, że się uda?
Musimy ją nauczyć.
Kicia chorowała prawie tydzień. Prychała, cieknął jej nos, oczy łzawiły. Ale dzieci nie dały za wygraną podawały napar z rumianku, tuliły do cieple, poili mlekiem.
Stopniowo kicia wracała do sił. Katar minął, oczy nabrały blasku, futerko znów zaczęło lśnić.
Wtedy rozpoczęła się nauka korzystania z kuwety. Piotrek zbudował ją z drewien i napełnił piaskiem. Za każdym razem, gdy kicia szukała miejsca, dzieci ostrożnie przenosiły ją na piasek.
Tutaj, Kicia, tutaj, powtarzała cierpliwie Jagódka.
Kotka pomrukiwała, próbowała uciekać. Ale wszyscy byli uparci. Aż w końcu stał się cud kicia sama podeszła do kuwety, zakopała w piasku i zrobiła wszystko zgodnie z zasadami.
Udało się! wykrzyknęła Jagódka. Mamo! Tato! Sama poszła!
Po raz pierwszy od dawna Halina uśmiechnęła się szeroko.
No widzisz, można było. Kto by pomyślał?
Stanisław Nowak siedział przy stole z gazetą. Oderwał wzrok i spojrzał na kotkę, która spokojnie myła łapę obok kuwety.
Uparta z ciebie bestia powiedział cicho. Ileś to kilometrów przeszła
Tato, nie będziesz jej już zabierał? szeptnęła nieśmiało Jagódka.
Ojciec milczał przez chwilę, jakby ważył słowa. W końcu spuścił wzrok i powiedział:
Nie. Skoro sama wróciła tu jest jej miejsce. Z nami.
Jagódka rzuciła mu się na szyję, jakby bała się, że zaraz to odwoła.
Dziękuję, tato! Dziękuję!
Już dobrze, mruknął, ale nie było w nim złości.
…
Kicia przeżyła w naszym domu długie lata. Od tamtej pory ani razu nie nabrudziła poza kuwetą, wieczorami mruczała pod piecem, grzejąc się w kłębuszku. Myszy łapała równie sprawnie jak Filemon i Mruczek a dzieci były z niej dumne.
Czasem Stanisław Nowak patrzył na nią, kręcił głową:
Ma charakter, mawiał. Prawdziwy. Wie, gdzie jej dom. Żadne kilometry tego nie zmienią.
Dzieci zawsze przytakiwały. Bo to prawda nasza kicia wiedziała, gdzie ma wracać. I przyszła. Przez deszcz, zimno, głód i ból. Bo w domu czekali na nią bliscy.
A tam, gdzie ktoś czeka tam jest miejsce do życia. Dziś rozumiem, że każdy, nawet najmniejszy i najsłabszy ma swoje miejsce na świecie. Czasem trzeba tylko trochę uporu i wytrwałości. I wiary, że warto wracać do domu, do swoich.



