Pamiętam, że siedziałam w swoim zimnym domku przy drodze w Berezówce, w którym wiał wilgoć, a porządek nie był od lat przywracany. Mimo to wszystko było mi znajome byłam właścicielką tego miejsca, choć siły wyczerpały się na troski, nie wiedząc, od czego zacząć. Serce ściskał żal, łzy już nie płynęły, a całą drogę przed sobą płakałam. Myślałam, że stare mury leczą, a dusza z czasem się podniesie.
Ubrana w płaszcz i ciepłą czapkę, z rękami i stopami zmarzniętymi, położyłam głowę na stole i zaczęłam wspominać swoje życie. Najdroższym, co miałam, była córka Jadzia. Była chora od urodzenia, a mąż ciągle mawiał: To nie żart, córko, nie śpisz nocami, leki połykasz, lepiej już zdrowe dziecko mieć! Jak? Z trudem dotarła do terminu, a w czterdziestym drugim roku w końcu urodziła, choć nie liczyła się z tym, że dwójkę dzieci straciła w początkowej ciąży i nie wierzyła już w szczęście małżeńskie.
Wkrótce mąż wyprowadził się do sąsiedniej wsi, poślubił nową żonę, która urodziła mu syna, a o mojej chorującej córce nie chciał już słyszeć. Jadzia rosła, z każdym rokiem była silniejsza i piękniejsza, a ja nie zauważyłam, jak szybko stała się dorosła. Na moich barkach spoczywało wiele obowiązków: sumiennie pracowałam w kołchozie, a dom prowadzić sama było trudne. Syn i wnuczka pomagały, lecz bez mężczyzny w wiosce było ciężko. Mieszkałam z nimi, a później dołączyła teściowa, bo samotnie nie dało się już żyć. Do moich drzwi podchodził wdowiec, lecz odrzuciłam go ze wstydu przed córką nie mogłam przyjąć męża do domu, skoro już mam żonę i córkę, a wszystko, co robię, to dla Jadzi.
Jadzia ukończyła szkołę, poznała dobrego mężczyznę i wyszła za mąż z miłości. Po dwóch latach od ślubu urodziła Anię. Nie chciała siedzieć w domu, a do spłacania kredytu hipotecznego wciąż brakowało pieniędzy. Błagała mnie:
Mamusiu, kochana, przeprowadź się do nas, będzie Ci weselej i nam pomożesz, babcie odszły, sama Ci będzie trudno.
Nie, Jadzio, mam krowę, starą kotkę, ogródek, jak zostawię dom mój?
Sprzedaj tę krowę, mleko już mało daje, nie żałuj jej, a kotkę weź Halina, babcia Nura nie odmówi, za tydzień czekamy na Ciebie!
Nie mogłam odmówić swojej własnej matce kto inny pomoże? Krowę i kotkę przejęła sąsiadka, a syn, zięć i wnuki obiecali, że będą przy domu czuwać. Tak więc przeprowadziłam się do miasta. Córka z zięciem pracowali do późna, a ja z wnuczką wędrowałam po mieście, karmiłam ją i jeszcze zdążyłam przygotować kolację.
Ania była prawie jak ja, nie brakowało w niej babcinygo ducha; dni i noce spędzaliśmy razem, a na szczęście dziewczynka rzadko chorowała. Gdy Jadzia miała cztery lata, postanowiła posłać dziecko do przedszkola, by mogło się rozwijać i bawić z rówieśnikami. Wtedy stosunki z matką nagle się zmieniły: zięć ciągle niezadowolony, Jadzia mówiła, że częste kłótnie z mężem wynikają z jej matki, a babcia rozpieszczała wnuczkę, nieposłuszny chłopiec rósł, a dziecko płakało przy wyjściu z przedszkola, kochając babcię bardziej niż własną matkę.
Ja, Teofila Iwanowa, czułam się obco, nie rozumiałam, co się stało, ale nie spodziewałam się usłyszeć od własnej córki:
Mamo, nie potrzebujemy Cię już, jedź do domu, Ania chodzi do przedszkola, kredyt spłaciliśmy, w dwupokojowym mieszkaniu ciasno, a Tobie tak lepiej.
Zamarło mi w sercu, chciało się umrzeć, nie wierzyłam, że taka rzecz może się stać, jak można tak powiedzieć matce. Zabrałam kilka rzeczy, szybko wsunęłam się na autobus, myśląc tylko o tym, by nie płakać. Ania podążała za mną, prosząc, byśmy poszli na spacer.
Zięć odwieźć mnie na dworzec, wysiadł bez słowa, nie pożegnał się, a ja nie wyjść z kuchni, choć kochałem, to serce matki zawsze wie, kiedy płacze. Wstałam i pojechałam w stronę domu. Na zewnątrz zaczął padać deszcz, a zimno wzmagało się jeszcze bardziej. Przez sen usłyszałam ostre głosy i przekleństwa. Do domu wszedła sąsiadka.
Och, Teo, to naprawdę Ty? Myślałam, że ktoś chce Cię wywieźć z domu. Witaj! Co tak siedzisz w ciemności? Wstań, chodźmy do nas. Moja Nadzieja właśnie smaży naleśniki, usiądźmy, pogadajmy, tyle lat się nie widziałyśmy.
Sąsiadka prawie pociągnęła mnie za rękę i opowiadała:
Moi wnuki chodzą już do szkoły, dobrze się uczą, nie kombinują, a Twoja krowa w tym roku dała cielę, które oddaliśmy do fabryki, zobaczysz, jaka piękna, nie sprzedawaj jej, możesz wziąć ją sobie.
Dzieci przywitały mnie z radością, jakby były rodziną, przyniosły kota, opowiadały, jak jest mądry i przytulny. Muśka zaczęła mruczeć, rozpoznała swoją właścicielkę.
Płakałam ze szczęścia, że nie jestem już sama, słuchałam opowieści o wiosce, o wesołym życiu wielkiej i przyjaznej rodziny, wszyscy się śmiali, a nikt nie pytał, czemu wróciłam i nie uprzedziłam nikogo.
Po kolacji syn sąsiad powiedział:
Nasz dom jest duży, zostań, ciociu Teo, nie odchodź, nie pozwolimy Ci odejść. Naprawię dach, przywiozłem drewna, muszę wyczyścić piec i komin. Jak odnowię Twój dom, możesz przejść, a może tak Ci się spodoba, że zostaniesz.
Chuda staruszka siedziała, uśmiechając się, rozgrzana ludzką dobrocią, serce rozgrzało się ciepłem.
Tak mijały lata w Berezówce, wśród wspomnień i nowej przyjaźni, a ja wreszcie odnalazłam spokój.



