Ojciec i działka
To, że ona i tata sprzedali działkę, Olga dowiedziała się zupełnie przypadkiem i do tego w taki sposób, że nawet filmowcy zazdrościliby scenariusza. Zadzwoniła z poczty do mamy w innym mieście i nagle, przez telefoniczną pomyłkę, podsłuchała rozmowę dwóch osób. Pewnie centrala pomyliła się i połączyła ją z rozmową dwóch innych abonentów. Dwa miasta, dwie kobiety wymieniały się najważniejszą informacją tygodnia: działki już nie ma, sprzedana za dobrą kasę i teraz można no, właściwie wszystko, nawet Olce trochę podrzucić złotówek!
Mama Olgi i jej siostra Irmina dwa znajome głosy, sto dwadzieścia kilometrów z przewodowego telekomu, fale zamieniane na sygnał elektryczny. Fizyka zawsze była dla Olgi zagadką, złośliwą damą w szkolnym podręczniku. Tata naciskał, by uczyła się.
***
Tato, czemu we wrześniu słońce tak jakoś świeci?
Jak, Oluniu?
No, trudno wytłumaczyć… Wygląda zupełnie inaczej niż latem. Tak łagodnie. Ciepło świeci, ale nie jak w sierpniu.
Fizyka, moja droga! We wrześniu Ziemia tak kręci się, że słońce świeci pod innym kątem! Łap jabłko! zaśmiał się tata i rzucił jej wielkie, lekko spłaszczone z dwóch stron jabłko. Czerwone, lśniące, pachnące miodem.
Papierówka?
Co ty, jeszcze nie dojrzały! To złota reneta!
Ugryzła z chrupnięciem, aż musztarda ślinka jej pociekła biały miąższ, słodki jak lato, pełen rosy i ziemi. Ze znajomością odmian jabłek Olga była na bakier, tak samo jak z fizyką. I to był problem! Bo Olga, uczennica ósmej klasy, była zakochana już drugi rok w swoim nauczycielu od fizyki. Słońce, planety, matryce i elektromagnesy jakoś nie mieściły jej się w wyobraźni. Tata wyczytał to z jej nieobecnego wzroku i znikającego apetytu. Olga wyznała mu całą historię rok wcześniej przepłakała noc na jego kolanach, jak mała dziewczynka. Mama była w tym czasie w sanatorium, a starsza o dwanaście lat siostra studiowała w innym mieście.
Na działce tata promieniał. Cały dzień nucił pod nosem stare szlagiery, czego w domu wcale nie robił. Tam prym wiodła mama i siostra, gdy wpadała w odwiedziny. Mama była jak królowa szefowa wojskowej biblioteki, wysoka, poważna i temperamentna. Rudy warkocz kręconych włosów, farbowany henną, raz na kilka miesięcy królował w łazience mama wychodziła wtedy z turbanem na głowie, pachniała ziołami i deszczem. Jej uroda przyciągała spojrzenia wszystkich. Tata był niewysoki, sporo starszy, taki… niepozorny. Tak o nim powiedziała kiedyś mama do siostry, a Olga usłyszała i się zbulwersowała.
Zbyszek jest niepozorny. Ale facet nie musi być piękny.
Niepozorny, zwłaszcza w porównaniu z maminymi ognistymi włosami, energicznymi gestami i porcelanowymi paznokciami, których pilnowała jak oka w głowie. Mama uwielbiała porządek, a musiała się godzić z żołnierzykami gośćmi taty z wojska, którzy czasem spali nawet na podłodze w ich dwupokojowym mieszkanku w Warszawie. Dopóki tata służył w armii, żołnierze wpadały, kto w drodze, kto na dłużej, czasem trzeba było pomóc znaleźć robotę. Tatusiowi żołnierze. W 1960 był jednym z tych, których dotknęła Chruszczowowska redukcja zwolniony w stopniu majora. Potem pracował jako główny mechanik na warszawskiej poczcie. Właśnie ci żołnierze pomagali mu później budować działkę za darmo, zmieniając się i pomagając przekopać nieurodzajną ziemię. Mały domek z jednym pokojem i werandą, gdzie Olga latem lubiła czytać książki. Tata podawał jej tam miski z agrestem, czereśniami i truskawkami na długiej łapie. Najlepszy czas, szczęście. Mama działki nie lubiła, wpadła rzadko, żeby nie niszczyć rąk. Piękne, zadbane, z długimi paznokciami. Olga je podziwiała, a tata całował.
Takimi rękami tylko książki podawać, a nie ziemniaki obierać! śmiał się tata i puszczał oczko do Olgi
***
Pierwsze wrześniowe krople bębniły po blaszanej werandzie. Szybko, wesoło, bez ponurej nuty jesieni. Olga zamknęła książkę.
Oluniu, chodź, zaraz przyjedzie mama z Irminą, obiad trzeba zrobić tata tym razem zabrzmiał jakoś głośniej niż zwykle.
Ale Olga zwlekała. Podniosła głowę do siwego nieba, z którego nie straszyły burze tylko coś puchło i zalegało. Twarz miała już mokrą od deszczu. Oplotła się ramionami, próbując się ogrzać. Tylko na dachu, bliżej nieba, dalej od ziemi, zza innych sąsiednich domków, przebiły się smugi promieni. Fizyka poszła do kąta. Na pierwszym roku dziennikarstwa w akademiku w innym mieście rządziły zupełnie inne prawa życia.
Olga została od ręki zakwaterowana w akademiku. Ale przez pierwszy tydzień września musiała wynająć pokój z właścicielką, a drugi zajmowały inne studentki. Na wykładach literackie zanurzenie, nowe głębokie rozważania, wykładowcy, w których cała grupa się zadurzała ta cała ich magnetyczna osobowość i charyzma. Po zajęciach przygnębiająca tęsknota za domem. Znajomych brak. Żywiła się w stołówce, wałęsała do nocy po ulicach. Obca uroda dużego miasta. Zimno i samotnie. Schodziła po stromych schodach na ul. Górników przy głównym gmachu uczelni, słuchała psiego szczekania, nogę obtarła w nowych lakierkach.
W kuchni pachniało jabłkami od taty przywiózł skrzynkę jako podziękowanie dla właścicielki. Ten słodki, lekko zasiedziany zapach wyciskał łzy, dusza zaplącze się i szarpie.
Po przenosinach do akademika okazało się, że sąsiadki Olgi to studentki z NRD Viola, Magda, Marion. Głowa bolała od niemieckiego po całym dniu, wychodziła na zewnątrz na powietrze. Na schodach paliły papierosy. Dziewczyny podbijały po fajkę, zawsze oddawały kasę nasze się dziwiły, a one z kolei podziwiały maminy zestaw przetworów, szczególnie pomidory, pałaszowały z pieczonymi ziemniakami. Gdy Olga kończyła zapasy, wyciągały swoje masarskie smakołyki, tyle że się nie dzieliły. Pod koniec roku, gdy wyjeżdżały do domu, zostawiały przy śmietniku sterty zimowych butów porządne, niemieckie, kupione na polską zimę. Nasze laski rozchwytywały w tajemnicy
***
Olka, posiekaj kapustę, ja wykopię marchewki. Rosół już gotowy.
Okna w kuchni zamglone, bulion bulgotał już długo. Wielka główka kapusty wypuściła koronkowe, zielonkawe liście na desce. Oderwała jeden list pyszny, smak ziemi zawsze lepszy niż sklepu. Posiekała kapustę energicznie, zapach słodkiej kapusty rozszedł się. Otworzyła okno wpuściła woń mokrych liści, ognia i jabłek. Zza okna widziała plecy taty szufla ciężko wchodziła w ziemię, Olga wiedziała, że go boli kręgosłup. Wyrzuciła nóż, wybiegła na grządkę, przytuliła tatę od tyłu. Odwrócił się, sam ją objął, pocałował w czubek głowy.
A siostra Irmina przyjechała tego wieczoru sama, mama rozbolała głowa i została w domu.
***
Uniwersytet za nią, studenckie małżeństwo, praca w gazetce Nowator na warszawskich zakładach lotniczych, pierwszy zawał taty, urodzenie córeczki i nawet rozwód. W pięć lat sporo się działo! Mąż Olgi odszedł do innej, ona sama z dwuletnią Marysią mieszkała w wynajmowanym mieszkaniu. Tata zjawiał się co dwa tygodnie w weekendy. Przywoził jedzenie, bawił wnuczkę.
Olka, nie miej żalu do mamy, że tak rzadko wpada, wiesz. Starzy już jesteśmy, ją zawsze w drodze mdli… A poza tym, chyba ktoś jej się spodobał
Tato, daj spokój! W tym wieku adorator?!
Tata roześmiał się bardzo gorzko, zamilkł. Olga zobaczyła nagle, że jest już zupełnie siwy i jakby zgaszony. Przestał nawet nucić.
Tato, wezmę urlop od poniedziałku. Jedźmy na działkę, zanim chłód przyjdzie, z Marysią!
***
Działka tonęła w kolorowych liściach, ostatni tydzień października i złota polska jesień. Rozpalili piecyk, zaparzyli herbatę z liśćmi czarnej porzeczki. Olga smażyła placki ziemniaczane. Tata zgarniał liście, Marysia pomagała, potem sama rozsypywała na powrót i śmiała się. Olej syczał i pryskał. Gdzieś w sadzie rozległo się gwizdanie taty.
Wieczorem palili ognisko wokół ani żywego ducha, sąsiednie działki puste. Tata nakłuwał kuwetki chleba na wiśniowe patyczki, pomagał Marysi trzymać nad ogniem. Olga wyciągnęła zmarznięte dłonie do ciepła ogień zawsze ją hipnotyzował. Przypomniał się jej pierwszy wyjazd na praktykę do Bieszczad piosenki przy gitarze, zawrót głowy od wrażenia zakochania bez obiektu. Zakochanie w bezkresnej, rozgwieżdżonej nocy, pełnej ciszy, zbitych akordów, twarzy przy ognisku. W blasku ognia każdy miał swoją historię, własną głębię oczu. Tam poznała przyszłego męża. A w tym tygodniu w pracy wezwali ją na zebranie, rozważali jej kandydaturę do partii. Noc wcześniej maglowała zasady, statut. I nagle padło pytanie: kto był winny rozwodu, kto moralnie niestabilny. Olga jąkała i łkała, póki kolega nie wstał i nie przerwał:
To zebranie chamów, nie komunistów!
Po latach będzie ją ten absurd śmieszyć i straszyć.
Gdy się już całkiem ściemniło, dogasili ognisko. Pod furtką zatrzymał się samochód. Głośno trzasnęły drzwi. Mama! Piękna, w jaskrawym płaszczu, z pracy podwiózł ją kolega. Marysia rzuciła się do babci, tata zmarszczył czoło i niezdarnie pocałował mamę.
Kto to ten kolega?
Zbyszek, daj spokój, tylko mnie podwiózł! Nawet go nie znasz
Przy kolacji rozmowa nie kleiła się, Marysia zaczęła marudzić. Mama wypytywała Olgę o pracę, myśli zabiegały gdzieś indziej. Tata milczał, zerkał raz po raz groźnie, ramiona coraz niżej wieczór spalony
***
Rok później taty już nie było. Rozległy zawał. Odszedł w dwa dni, na początku ciepłego października. Po pogrzebie Olga wzięła urlop, żeby pomieszkać na działce. Marysię zawiozła do teściowej.
Nic jej nie szło, wszystko leciało z rąk. Jabłek obrodziło jak nigdy. Sąsiadom rozdała wiadrami, smażyła powidła w wielkim garze, z miętą i cynamonem jak lubił tata. Pomagał jej przyjaciel taty, dawny kolega z poczty, z którym regularnie jeździli do szkółki w Skierniewicach po sadzonki.
Zostanę dwa dni, Olsieńko, przekopię grządki, podciąłem drzewa, jeśli nie masz nic przeciwko.
Panie Janie, proszę, wielkie dzięki!
Od Olsieńko od razu polały jej się łzy. Poczuła ten beznadziejny ból nieodwracalność, sierotstwo, pustka. Do tej pory czekała, że tata wróci, że to jakiś absurdalny sen. Pierwsze dni bez niego, rano, na pograniczu jawy i snu, nie umiała zrozumieć, czemu tak źle sekunda i myśli jak fale: taty już nie ma.
Potem przyszło uczucie winy, że nie potrafiła go zatrzymać.
Działki nie sprzedawajcie, proszę, będę wpadać, pomagać. Wiesz, Olsieńko, tę antonówkę wybraliśmy razem, byłaś jeszcze dziewczynką. Na trasie do Skierniewic Zbyszek więcej mówił o tobie niż o siostrze. Malutka, zabawna byłaś. Mówił, że drzewa go przeżyją. Każdą sadzonkę długo oglądał, a ja go popędzałem, złość mnie brała
Pan Jan został trzy dni, przekopał ogródek, podciął jabłonie, dał nawóz. Tuż przed gankiem, z pozwoleniem Olgi, posadził trzy krzaki żółtych chryzantem.
Najlepiej je sadzić wcześniej, ale jesień łagodna przyjmą się. Na pamiątkę po Zbyszku Róże jeszcze okryję, liście zbiorę, ale to już przy następnej wizycie.
Pożegnali się serdecznie. Zaczęło mżyć. Olga stała długo przy furtce, patrząc jak pan Jan znika. Odwrócił się, machnął ręką idź już do domu. Deszcz przybrał, walił na blaszany dach, aż huczało. Wiatr zatrzasnął furtkę z żałosnym zgrzytem. Próg domu zasypały żółte płatki chryzantem. Wszystko tutaj jest tatusia i nim zostanie. I deszcz, i drzewa, i zapachy jesieni, sama ziemia. Więc on tu jest i będzie już zawsze. A Olga nauczy się wszystkiego. Wpadać będzie z Marysią aż do pierwszych przymrozków dwa godziny autobusem z Warszawy. A potem znów na wiosnę, gdy stopi śniegi. Może uda się podciągnąć ogrzewanie. Musi odkładać na to złotówki. A na wiosnę koniecznie pojedzie z panem Janem do Skierniewic po białą porzeczkę, tata marzył
***
Pół roku później, na początku kwietnia, gdy padał pierwszy śnieg, działka została sprzedana. Olga dowiedziała się o tym przypadkiem, dzwoniąc z poczty do domu w drodze powrotnej ze Skierniewic. W ciasnej budce telefonicznej, na podłodze, w reklamówce, zawinięta w dziecięcą bawełnianą koszulkę, stała sadzonka białej porzeczkiW słuchawce zapadła cisza, z trudem rozpoznała mamę, niepewną, zbyt wycofaną. Pod drzwiami poczty topniał śnieg, a z niewielkiej torby Olgi wystawał nowy krzew porzeczki kupiony nie dla siebie, lecz dla tego miejsca, które już nie było jej.
Chwilę stała z telefonem w dłoni, słuchając cichych wyjaśnień, jakby mama przepychała te informacje przez zaciśnięte zęby. Irmina wyjechała na stałe za granicę, mama źle się czuła, wszystko działo się szybko, pieniądze potrzebne. Tak bardzo szybko nawet nie zdążyła wrócić po narzędzie, które obiecywał pan Jan.
Po drodze do domu Olga zatrzymała się na przystanku, splotła palce na torbie z krzakiem porzeczki. Było jej zimno, ale nie płakała; czuła, że tata wrastał w nią nie przez ziemię, nie przez blaszany dach, a przez pamięć. Wszystko, co ważne, zaistniało już na zawsze w jabłkach, w cieple ogniska, w śmiechu Marysi, w rozgardiaszu grządek i w dłoniach, które kiedyś przekopywały tę ziemię.
Siedząc pod oknem, gdzie padał śnieg, pomyślała, że jej nowy ogródek wcale nie musi być ten sam. Przed nią niemy kawałek ziemi, gdzie można zasadzić porzeczkę, na której nauczy Marysię, jak czekać na pierwsze kwiaty. To miejsce będzie inne nieporównywalne ale pełne tych samych dobrych myśli.
Wiedziała już, że miejsce nie jest domem. Dom był w zapachu jabłek, w ciepłych objęciach, w odruchu, by podzielić się chlebem przy ognisku. Dom był w tym, co zabieramy ze sobą, i w tym, co dajemy dzieciom. I jeszcze w tym, co potrafi się na nowo zazielenić, choćby w zupełnie obcej ziemi.
Obróciła nowy krzew w dłoni, spojrzała przez mgłę w oknie padał śnieg na miasto, białą, cichą warstwą przykrywając przeszłość. Była gotowa zacząć od nowa, z tym, co niezmienne z miłością, która nie podlega żadnej fizyce świata.



