TANIEC Z SUKNIĄ
– Dziewczyno, czy coś się stało?
Obok Jadzi stał starszy mężczyzna. Wyglądał, jakby zszedł z kart dawnych powieści, które tak uwielbiała. Widywała go już wcześniej w parku. Często spacerował w długim czarnym płaszczu, w kapeluszu i z piękną laską. Przypominał jej hrabiego z książki, którą niedawno czytała – też nosił tylko czerń i wymierzał sprawiedliwość.
-Nie, wszystko w porządku.
Parsknęła nosem, a mężczyzna natychmiast podał jej chusteczkę. Jadzia zawahała się tylko przez chwilę, wzięła ją i głośno wydmuchała nos. On mimowolnie się uśmiechnął, a ona znów na niego spojrzała.
-Wypiorę i oddam.
Rozśmiał się.
-Nie trzeba, mam tego dość. A co powiesz na lody?
Nie wiedziała, co odpowiedzieć, w końcu wyszeptała:
-Dziękuję, nie mam pieniędzy. Może innym razem.
-Artur Władysławowicz.
Uniósł lekko kapelusz.
-Jadzia.
Ona nie miała co unieść, więc wstała. Artur Władysławowicz natychmiast podał jej ramię.
-Kiedy przy boku dziewczyny, czy to dziecka, czy kobiety, stoi mężczyzna, bez względu na wiek, nie ma mowy, by płaciła za lody.
Słuchała go jak zahipnotyzowana. Te słowa brzmiały jak z innego świata. A ona przywykła do czegoś zupełnie innego.
Dziś Agnieszka, jej koleżanka z klasy, znowu ją ośmieszyła. Zaczęło się na przerwie obiadowej. Gdy reszta poszła do stołówki, Jadzia, jak zwykle, usiadła z książką na parapecie. Nie chodziła tam, bo nie miała za co płacić.
-Kowalska!
Podniosła głowę. Przed nią stała Aga, a obok niej Przemek, chłopak, w którym Jadzia była zakochana od podstawówki.
-Co?
-Zostawiłam w stołówce niedojedzoną kotlet. Możesz iść po resztki.
Wokół już się gromadzili inni.
-Dziękuję, nie trzeba.
-Ależ trzeba… Chyba wiesz, co to kotlet?
Śmiech rozległ się wokół. Jadzia zeskoczyła z parapetu, a jej stare, pięcioletnie dżinsy rozdarły się na kolanie. Śmiech był tak głośny, że zdawało się, iż ściany drżą. Nie poszła na lekcje. Chwyciła plecak i uciekła. Zawsze chowała się w tym parku. Gdy szkoła stawała się nie do zniesienia, gdy rodzice zapraszali pijanych gości. To była jej przystań. Często siedziała tu z książką. Właśnie wtedy Artur Władysławowicz ją zauważył. Najszerszy zdziwił, widząc dziewczynę z książką – to już rzadkość. Dopiero potem dostrzegł, jak źle wygląda: ubrana byle jak, chuda, niemal przejrzysta.
Usiedli przy stoliku na świeżym powietrzu.
-Jadziu, dziś zapomniałem o obiedzie. Nie odmówisz mi towarzystwa?
Uśmiechnęła się. Ten mężczyzna mówił, jakby żył w poprzednim stuleciu.
Oczywiście, że się zgodzi. Poza pustą herbatą rano nic dziś nie jadła.
Artur Władysławowicz złożył zamówienie i spojrzał na nią.
-No to mów, co zasmuciło tak piękną młodą damę?
-Nic poważnego, tylko szkolne problemy.
-Możesz powiedzieć, do której klasy chodzisz?
-Do maturalnej. Za dwa miesiące wolność.
-Gdzie chcesz studiować?
-Jeszcze nie wiem… Tam, gdzie mnie wezmą na budżet. Ale zawsze marzyłam o medycynie. Tylko to pozostanie marzeniem.
-Dlaczego?
-Żeby zostać lekarzem, potrzeba czasu. A ja muszę pracować. Pewnie pójdę na pielęgniarstwo.
-Dziwna logika. Chcesz być lekarzem, a zostaniesz pielęgniarką. Masz problemy w nauce?
-Nie, uczę się dobrze. Tylko…
Zawahała się.
-Moi rodzice… Potrzebują mojej pomocy.
Artur Władysławowicz zrozumiał, że nie chce rozmawiać o rodzinie. Na szczęście przyniesiono zamówienie. Ukradkiem obserwował, jak je – widział, że stara się nie spieszyć, ale praktycznie nie żuła.
Potem jeszcze trochę spacerowali, rozmawiając o książkach.
-Wiesz, Jadziu, mam jedną, która ci się spodoba. Jutro przyniosę ją tutaj, o tej samej porze. Koniecznie przyjdź.
Jadzia przyszła. W bibliotece już nie było książek, których by nie przeczytała. Klasyków było niewiele, niektóre czytała po kilka razy.
Ich przyjaźń z Arturem Władysławowiczem z dnia na dzień się zacieśniała. Często dyskutowali o literaturze, a on niepostrzeżenie ją dokarmiał. Wiedziała, że mieszka w eleganckiej kamienicy, samotnie – żona dawno nie żyła, dzieci nie mieli.
Pewnego dnia tak się zaczytPewnego dnia tak się zaczytła, że zorientowała się dopiero, gdy światło latarni rozproszyło mrok, a w książce nie mogła już odczytać ani słowa.



