Taniec z Sukienką

TANIEC Z SUKIENKĄ

— Dziewczyno, czy coś się stało?

Obok Kaliny stał starszy mężczyzna. Wyglądał, jakby zszedł z kart starych powieści, które tak uwielbiała. Widziała go już wcześniej w parku. Często spacerował alejkami, zawsze w długim czarnym płaszczu, kapeluszu i z elegancką laską. Przypominał jej hrabiego z książki, którą niedawno czytała — też nosił tylko czerń i wymierzał sprawiedliwość.

— Nie, wszystko w porządku.

Pociągnęła nosem, a mężczyzna natychmiast podał jej chusteczkę. Kalina zawahała się tylko na moment, wzięła ją i głośno wydmuchała nos. Mężczyzna mimowolnie się uśmiechnął, a ona spojrzała na niego uważniej.
— Wypiorę i oddam.
Roześmiał się.

— Nie trzeba, mam tego dość. A co powiesz na lody?
Nie wiedziała, co odpowiedzieć, w końcu wyszeptała:
— Dziękuję, ale nie mam złotówek. Może innym razem.
— Ignacy Witold.
Uniósł kapelusz.

— Kalina.
Nie miała czego unosić, więc wstała. Ignacy Witold natychmiast podał jej ramię.
— Gdy obok dziewczyny, kobiety, stoi mężczyzna — nieważne, w jakim wieku — mowy nie ma o tym, by płaciła za lody.

Słuchała go jak zahipnotyzowana. Te słowa brzmiały jak z innego świata. Przywykła do czegoś zupełnie innego.
Tego dnia Kinga, jej koleżanka z klasy, znów wystawiła ją na pośmiewisko. Zaczęło się na przerwie obiadowej. Gdy reszta poszła do stołówki, Kalina, jak zwykle, usiadła z książką na parapecie. Nie jadła obiadów — nie było za co.

— Kowalska!
Podniosła głowę. Przed nią stała Kinga, a obok niej Tomek, chłopak, w którym Kalina była zakochana od piątej klasy.
— Co?
— Zostawiłam tam niedojedzoną kotlet mielony, możesz iść zabrać.

Wokół już się gromadzili inni.
— Dziękuję, nie trzeba.
— Jak to nie trzeba? A może nie wiesz, co to kotlet?

Śmiech rozległ się wokół. Kalina zeskoczyła z parapetu tak niefortunnie, że spodnie, które miała już z pięć lat, rozdarły się na kolanie.
Śmiech był tak głośny, że aż ściany drżały. Nie poszła na lekcje. Chwyciła plecak i uciekła. Zawsze ukrywała się w tym parku. Gdy szkoła stawała się nie do zniesienia, gdy rodzice zapraszali gości, a całe mieszkanie pachniało wódką. Park był jej azylem. Często czytała tu książki. Właśnie wtedy zauważył ją Ignacy Witold. Najpierw zdziwił się, że młoda dziewczyna w ogóle czyta — teraz to rzadkość. Dopiero potem spostrzegł, jak jest uboga, chuda, niemal przezroczysta.

Usiedli przy stoliku na świeżym powietrzu.
— Kalina, dziś zapomniałem o obiedzie. Czy zechcesz mi towarzyszyć?
Uśmiechnęła się. Ten mężczyzna mówił, jakby żył w poprzednim stuleciu.
Oczywiście, że się zgodziła. Od rana nie jadła nic poza pustą herbatą.
Ignacy Witold złożył zamówienie i spojrzał na nią.

— No to opowiadaj, co mogło zasmucić tak piękną młodą damę?
— Nic poważnego, tylko małe problemy w szkole.
— Mogę spytać, do której klasy chodzisz?
— Do maturalnej, za dwa miesiące wolność.
— Gdzie planujesz studiować?
— Jeszcze nie wiem… Gdzie się dostanę na budżet. Ale zawsze marzyłam, żeby być lekarzem. Choć to pewnie zostanie tylko marzeniem.

— Dlaczego?
— Lekarz to długie studia, a ja muszę zarabiać. Więc pewnie pójdę na pielęgniarkę.
— Dziwna logika. Chcesz być lekarzem, a idziesz na pielęgniarkę. Masz problemy w nauce?
— Nie, uczę się dobrze. Tylko…
Zawahała się.
— Rodzice… Potrzebują mojej pomocy.

Ignacy Witold zrozumiał, że nie chce mówić o rodzinie. Akurat przyniesiono jedzenie, więc zmienili temat. Ukradkiem obserwował, jak je — starała się nie spieszyć, ale niemal nie żuła.
Potem jeszcze trochę spacerowali, rozmawiali o książkach.
— Wiesz, Kalina. Mam jedną, która ci się spodoba. Jutro przyniosę ją tutaj, o tej samej porze. Koniecznie przyjdź.

Kalina przyszła. W bibliotece nie zostało już nic, czego by nie przeczytała. Powieści było niewiele, więc niektóre czytała po raz drugi.
Ich przyjaźń z dniem stawała się silniejsza. Często dyskutowali o bohaterach książek, a on, niezauważalnie, ją dokarmiał. Wiedziała, że mieszka w pięknej kamienicy, w drogim mieszkaniu. Sam, bo dzieci nie miał, a żona dawno odeszła.
Pewnego dnia tak się zagłębiła w lekturze, że nie zauważyła zmroku. Zerwała się — matka będzie wrzeszczeć, że nie ugotowała kolacji. Chociaż co tu gotować? Tylko makaron, usmażony na oleju.

Weszła do mieszkania, które śmierdziało wódką i papierosami, i od razu spotkała się ze spojrzeniem matki. Ta patrzyła na nią zamglonym wzrokiem.
— Gdzie się włóczyłaś?
Spróbowała ją wyminąć, ale dostała takiego klapsa, że aż zabolało.
— Masz pół godziny! Jak przyjdę, a obiadu nie ma, to zobaczysz!
Gotowała przeklęty makaron i płakała. Cicho, bo gdyby matka usłyszała, dostałaby więcej.

Rano pod okiem miał siniak. Niewielki, ale widoczny. Wiedziała, że Kinga, królowa szkoły, na pewno to zauważy i znów ją upokorzy. Ale co tam — dzisiaj ważna kartkówka, nie może opuścić lekcji. Poza tym Tomek wracał ze zwolnienia — jak mogłaby go przegapić?
Kinga podeszła do niej na długiej przerwie. Kalina od razu wstała, żeby uciec, ale tamta zagrodziła drogę.

— Kowalska, masz już sukienkę na studniówkę? Czekaj, zgadnę — pożyczyłaś od bezdomnej? Czy od bezdomnego?
Śmiech rozległ się wokół. Kalina milczała. Kinga zajrzała jej w twarz.
— O, to ci prezent. Od kogo? Od chłopaka? Przyniesiesz go na studniówkę? W końcu trzeba w parze… On może zbiera butelki i kupi sobie garnitur…

Kalina odepchnęła Kingę i uciekła. Biegła przez park, łkając, nawet nie zauważyła, że Ignacy Witold macha do niej. Znalazł ją nad stawem. Siedziała na ziemi, wpatrzona w wodę.
— Dlaczego uciekasz?
OdIgnacy Witold podał jej rękę i szepnął: “Dzisiaj nauczę cię tańczyć jak prawdziwą hrabinę”.

Rate article
Fajna Tajna
Taniec z Sukienką