Tak, psy są niezwykle wierne! Ale są wierne tylko tym, którzy je kochają a zdrajców nie wybaczają
Lidka biegła za samochodem, nie chcąc zostać sama w obcym miejscu. Nie chciała być porzucona, sama jak palec.
Biegła za tym, kogo kochała, komu ufała do ostatniego momentu. Za człowiekiem, którego nie potrafiła zdradzić. Bo nie umiała tego robić
Marysiu, poznaj Lidkę! z szerokim uśmiechem Paweł przedstawił swoją suczkę młodej kobiecie, która w szpilkach tak wysokich, że spokojnie mogłaby sięgnąć po czajnik na pawlaczu bez taboretu, przewyższała go o głowę.
Jest dobra i bardzo posłuszna, więc myślę, że się dogadacie. Zresztą, co tu myśleć jestem tego pewien!
Lidka z radością kręciła się pod nogami swojego pana, ale na Marię patrzyła z wyraźną rezerwą.
Psy potrafią być ostrożne wobec obcych, to normalne. Ale tym razem chodziło o coś więcej.
Lidka od razu wyczuła, że ta kobieta pachnie czymś wyjątkowo nieciekawym.
To nie był tylko duszący, przesłodzony zapach perfum, którym można by wypędzać krety z ogródka. Psy mają niesamowitą zdolność rozpoznawania złych ludzi!
U Lidki ta cecha była rozwinięta w stopniu mistrzowskim nigdy się nie myliła.
Kiedy podczas spacerów spotykały takiego kogoś, Lidka instynktownie próbowała oddalić się, odciągając Pawła na smyczy. Nawet kiedy on zupełnie nie rozumiał, o co jej chodzi. Bo Lidka troszczyła się o niego jak mogła, kochała go na zabój.
Ale co może zrobić pies w dwupokojowym mieszkaniu? Tym bardziej, że Paweł był wobec Marii czarujący i… mocno rozmarzony.
Przytulał ją, całował…
Kiedy Maria dostrzegła nieprzyjazne spojrzenie Lidki, chwyciła Pawła za rękę i pociągnęła go do kuchni. Tam, zamykając drzwi i niemal szepcząc, powiedziała:
Czemu mi nie powiedziałeś, że masz psa?
Jakoś nie było okazji Paweł odpowiedział równie konspiracyjnie. Masz coś przeciwko?
I to bardzo! Nie znoszę psów i nie będę mieszkać z tą… Jak jej tam?
Lidka…
Lidka. No właśnie.
Gdzie ja ją niby wyrzucę? Na ulicę? Jesteśmy razem już cztery lata, albo pięć… Już nie pamiętam. Ale długo bardzo!
Pawle Maria spojrzała na niego takim wzrokiem, że sprawa była jasna jak rosół Dopóki ta psina jest w mieszkaniu, nie przeprowadzę się do ciebie i o ślubie możesz zapomnieć.
Po prostu nie znoszę psów, rozumiesz? Mam alergię na ich sierść. Teraz możesz wybrać ja albo pies.
Lał deszcz jak cholera. Wycieraczki ledwo nadążały, jakby miały pretensje do Pawła, który pędził przez wieczorną Warszawę, z coraz bardziej ponurą miną.
Jakiś taki dziwny ucisk w środku… Jakby ktoś wylał mu na serce kubeł zimnych pomyj. Zrobił coś okropnego, na co zupełnie, ale to zupełnie nie miał ochoty.
Ale kochał Marię i nawet planował ją poślubić. A może jednak nie kochał, trudno powiedzieć. Teraz to nie miało znaczenia.
Znaczenie miało coś innego: ojciec Marii obiecywał załatwić wszystkie jego problemy z ledwo zipiącą firmą budowlaną, a był człowiekiem wpływowym, co to słowa na wiatr nie rzuca. Powiedział, że pomoże, więc pomoże.
To była życiowa szansa nie tylko ocalić się przed bankructwem, ale i rozwinąć skrzydła. Otrząsnąć się i w końcu być kimś! Bez sensu, bardzo bez sensu byłoby z niej zrezygnować.
Gdy wyjechał już z miasta, wdepnął gaz do dechy. Deszcz nasilał się, a wiatr wył niemal jak teściowa, kiedy jej się powie, że przyjedzie się tylko na chwilę.
Krople waliły w szybę, dach i maskę, jakby próbowały go powstrzymać. Ogarnij się! szeptały mu do ucha, bębniąc o karoserię.
Lidka leżała na tylnym siedzeniu i patrzyła na kapiące po szybie krople. Miała złe przeczucia od kiedy pojawiła się ta obca kobieta, Paweł stał się zimny jak październikowy wieczór. Przestał do niej mówić, głaskać ją był coraz bardziej obcy.
Kiedy zatrzymał się na poboczu, wyciągnął fajkę. Dym papierosowy rozprzestrzenił się po aucie.
Założył kaptur, wysiadł na zewnątrz. Lidka czekała nerwowo, co będzie dalej.
A dalej? Wszystko jak w kiepskim serialu: gwałtownie otworzył tylne drzwi, wypuścił chmurę dymu, która powędrowała w deszczową ciemność. Złapał Lidkę za obrożę i wystawił na drogę. Ta tylko pisnęła.
Potem dwa głośne trzaski: najpierw zatrzaśnięcie drzwi z tyłu, potem z przodu.
Samochód ruszył z piskiem opon w stronę miasta, a po karoserii wciąż walił deszcz.
Lidka została sama jak palec na poboczu, On patrzyła za odjeżdżającym autem, nie do końca pojmując, co się wydarzyło. Deszcz oblewał jej sierść strumieniami, jakby chciał ją dociążyć i zatrzymać tutaj już na zawsze.
Rzuciła się wtedy biegiem za samochodem. Nie chciała zostać tu, gdzie jej nie chciano. Biegła za kimś, kogo kochała i komu ufała, za kimś, kogo nie potrafiła zdradzić.
Bo nie umiała. Ale co pies może poradzić na samochód pędzący stówką… Cheetah by nie nadążył, a co dopiero zwykły kundel.
Sierść ważyła już z pięć kilo więcej od tego deszczu, a nogi były coraz cięższe.
Czerwone światła auta dawno już znikły gdzieś w mroku, a Lidka dalej biegła i nie mogła się zatrzymać.
Czasem, kiedy człowiek (albo pies) nie potrafi się zatrzymać, los robi to za niego. Nie dlatego, że jest okrutny po prostu nie ma sensu gonić przeszłości.
Z piskiem zahamowało jakieś auto i rozległ się głuchy huk. Kierowca wyskoczył przerażony, złapał się za głowę.
Na mokrej, zimnej jezdni leżała psina. Ostrożnie podszedł, popatrzył jej w oczy.
Oczy, w których ciągle tliła się nadzieja, choć coraz mocniej przeplatał ją smutek i zwątpienie.
Dzięki Bogu, żyje! pomyślał Olek.
Facet szybko otworzył drzwi, rozłożył swoją kurtkę, a potem delikatnie przeniósł Lidkę na tylne siedzenie, gdzie już czekało na nią łóżko.
Było już późno, więc mógł skorzystać tylko z całodobowej lecznicy dla zwierząt na Grochowie. Tam się skierował. Zerkał co chwilę na suczkę, która poruszała łapami, jakby dalej próbowała uciekać może już teraz od wspomnień.
Weterynarz zgodził się przyjąć Lidkę nawet bez zapłaty za pierwszą wizytę. Na pytanie co się stało Olek wydukał jak umiał.
Doświadczony lekarz wiedział już, co to za przypadek takich w Warszawie nie brakowało i, niestety, pewnie nie zabraknie.
Na szczęście bez złamań. Tylko potłuczenia. Dostała specjalną maść, zimny okład i polecenie by przez dobę chłodzić kontuzjowane miejsce.
Olek przyniósł Lidkę do swojego malutkiego mieszkania, rzucił kurtkę na ziemię i położył ją na niej.
To na chwilę, powiedział jej z głupim uśmiechem.
Dziesiątego dnia Lidka już chodziła, choć trochę kulejąc. Najważniejsze, że w ogóle chodziła! Z czasem przeszło nawet to.
Wyrzucili cię? zapytał Olek, siedząc z Lidką na łóżku.
On nigdy psa nie miał. Ani znajomych z psami, ani nawet po prawdzie, przyjaciół żadnych. Miał kiedyś. Teraz już nie. Był rozczarowany.
Jeden bezczelnie odbił mu dziewczynę, drugi utopił w interesach, aż musiał ogłosić upadłość, trzeci wciągnął w jakąś dziwną aferę, po której Olek miał do czynienia z policją.
Na szczęście uciekł z tego wszystkiego i wyprowadził się do Warszawy.
Do wszelkich spraw psich dzwonił do doktora, co dał mu wizytówkę i powiedział, żeby się nie wstydzić.
Dzięki radom lekarza, Lidka dała się wykąpać wręcz z godnością zniosła tę traumę.
Potem na polecenie doktora jeszcze dwa razy prowadzona była na kontrolę. Najbardziej martwiło Olka, że Lidka kiepsko jadła, całymi dniami leżała i nie zwracała na niego uwagi.
Tak bywa tłumaczył doktor.
Serafim Kamiński doradzał spacery i zero presji. Po prostu spędzajcie razem czas, nie wymagaj niczego, z czasem się przyzwyczai.
I tak się stało! Rany się zasklepiły nawet te na psiej duszy i półtora miesiąca po feralnym spotkaniu na szosie, Olek i Lidka zostali kumplami.
Może jeszcze nie najlepszymi na świecie, ale pies jej ufał i nawet zaczął jeść z apetytem. Chociaż Lidka to teraz Luśka!
Nowe życie, nowe imię! Pies szybko się przyzwyczaił może dlatego, że i tak był dość podobny, a stare już się źle kojarzyło.
Codziennie, bez względu na pogodę, maszerowali razem po ulicach Warszawy Luśka i Olek, duet jak z kabaretu, z jednym wyjątkiem tutaj nikt się nie śmiał.
Tylko, że kiedy nad Warszawą lał deszcz, oczy Luśki stawały się smutne i lekko wilgotne. Nie od deszczu przecież, tylko od wspomnień.
Bo zapomnieć takie rzeczy nie jest łatwo. Pies to nie człowiek, ale uczucia ma jak najbardziej ludzkie. Kto twierdzi inaczej, nigdy w życiu nie miał psa.
Kiedyś, podczas spaceru w parku, Luśka poczuła chęć do pogonienia kotów i bezzwłocznie przystąpiła do realizacji swojego planu, akurat gdy Olek kupował kawę.
Listopad był zimny, więc gorący napój przydał się jak zatyczki do uszu na spotkaniu rodzinnym.
Odwrócił się a psiaka brak.
Rzucił kawę i zaczął biegać dookoła, szukając jej po alejkach.
W tym czasie Luśka szczekała na kota, który wspiął się na drzewo i bardziej wyzwań nie podejmował. Obok zatrzymał się czarny SUV wysiadł z niego Paweł.
Szedł właśnie po zakupy do Biedronki, ale nagle zastygł. Zobaczył… ją.
Lidka!
Pies nie od razu zareagował usłyszał imię jeszcze raz i wychwycił znajome nuty w głosie. Zatrzymał się, patrząc na Pawła.
Lidka, chodź tu! były właściciel przykucnął i zaczął ją przyjaźnie wołać.
Chciała rzucić mu się w ramiona, ale coś ją powstrzymywało. O czym myślą psy w takich chwilach? Nikt nie wie. Ale na pewno coś im chodzi po głowie.
W końcu zdradził! Porzucił ją samą. A może nie? Może źle wszystko zrozumiała i przez ten czas Paweł jej szukał i w końcu ją odnalazł?
Ogon lekko zadrżał ze szczęścia, napięcia, a może jeszcze z czegoś innego.
Gdy widział niezdecydowanie psa, Paweł wskoczył przez płot i sam do niej podszedł, wyciągając rękę.
Lidka! Liduniu! Tak się cieszę, że cię znalazłem! No chodź!
Paweł zaczął ją głaskać i tulić nie wyrywała się, ale szczęśliwa bynajmniej nie była. Nie plątała się pod nogami, nie merdała ogonem.
Coś powstrzymywało radość. Coś bardzo głęboko.
Olek właśnie wtedy przechodził obok i zobaczył, jak jakiś facet ciągnie Luśkę za obrożę do auta.
Co pan wyprawia, to jest mój pies!
Podbiegł, chwycił Pawła za ramię i natychmiast odwrócił go twarzą do siebie:
Co pan robi? powtórzył już pewniejszym głosem To mój pies!
Poważnie?
Co poważnie? Luśka, do mnie!
Poszła krok do Olka, ale Paweł nadal trzymał ją mocno.
Jaka Luśka? To Lidka, mój pies! Wychowałem ją od szczeniaka, a potem…
Potem co? Olek już zaczynał rozumieć.
Nie twoja sprawa! To mój pies i go zabieram, rozumiesz?
Otóż nie rozumiem! Pies jest mój i ze mną zostanie! Kropka. Nie psuj mi dnia.
Co?!
Oczy Pawła poczerwieniały, twarz się zaogniła. Wzniósł rękę, by odepchnąć Olka, ale Luśka, dotychczas bierna i spokojna, niespodziewanie warknęła i szarpnęła się z obroży, stając naprzeciwko Pawła z zębami na wierzchu.
Paweł zamarł.
Zaskoczony bardziej niż przerażony Lidka nigdy się tak nie zachowywała. Nigdy nie warczała. Nigdy nie patrzyła na niego z gotowością, by go ugryźć. Cofnął się o dwa kroki.
Luśka, daj spokój, chodź! Olek powiedział miękko.
Posłuszna podeszła i nadstawiła łeb, by mógł zapiąć smycz.
Ruszyli razem alejką, zasypaną liśćmi. Ani razu nie obejrzeli się za siebie. Paweł przez chwilę patrzył za nimi i zaciskał pięści w bezsilnej złości.
Z Marią mu nie wyszło; ślubu nie było, ojciec Marii nic z firmą nie pomógł, więc musiał sprzedać firmę i spłacać długi. Nie mógł sobie wybaczyć tego, co zrobił wtedy w deszczu.
Ale i tak już niczego nie mógł zmienić.
Tak, psy są wierne! Ale tylko tym, którzy je kochają a zdrajców nie wybaczają
Napiszcie w komentarzach, co o tym myślicie, i machnijcie lajka!



