Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku Wiktor Petrowicz wyszedł na balkon, zapalił papierosa i przysiadł na niskim stołeczku. Gorzki żal ścisnął mu gardło, próbował się opanować, ale ręce zdradziecko drżały. Czy mógł kiedyś pomyśleć, że nadejdzie dzień, gdy zabraknie mu miejsca we własnym mieszkaniu… – Tato! Nie obrażaj się i nie denerwuj! – wpadła na balkon Larysa, najstarsza córka Wiktora Petrowicza. – Nie proszę o wiele… Zostaw nam swój pokój i tyle! Jeśli nie jest Ci żal mnie, to pomyśl chociaż o wnukach. Chłopcy niedługo idą do szkoły, a muszą mieszkać z nami w jednym pokoju… – Laura, nie pójdę do domu opieki – spokojnie odpowiedział staruszek. – Jeśli jest wam ciasno z dziećmi w moim mieszkaniu, zamieszkajcie u matki Michała. Ona sama mieszka w trzypokojowym, będzie oddzielny pokój i dla was, i dla chłopców. – Wiesz dobrze, że z nią nigdy nie wytrzymam pod jednym dachem! – krzyknęła córka i zatrzasnęła drzwi balkonowe. Wiktor pogłaskał starą suczkę, która przez lata wiernie służyła jemu i zmarłej żonie, i rozpłakał się, wspominając swoją Nadię. Zawsze miał łzy w oczach, gdy ją wspominał, a po jej odejściu poczuł się sierotą. Całe życie szli razem, a tu, z córką i wnukami, czekała go samotna starość. Larysę wychowywali z miłością i dobrocią, starali się przekazać najlepsze wartości. Coś jednak przeoczyli… Córka wyrosła na osobę samolubną i chłodną. Bartek cicho zabeczał i położył się u nóg pana. Pies wyczuwał jego smutek i w swoim psim sercu bardzo to przeżywał. – Dziadku! Nie kochasz nas? – do pokoju wszedł ośmioletni wnuk. – Co Ty… Kto Ci takich bzdur nagadał? – zdziwił się staruszek. – Dlaczego nie chcesz się wyprowadzić? Żal Ci oddać mi i Kostkowi pokoju? Jesteś taki chytry! – chłopiec patrzył na dziadka ze złością. Wiktor próbował coś tłumaczyć wnukowi, ale zrozumiał, że powtarza słowa matki. Larysa już udało się mu to wmówić. – Dobrze. Wyprowadzę się – powiedział bez życia. – Oddam wam pokój. Nie mógł dłużej znosić tej atmosfery w domu. Wiedział, że wszyscy go tam nie cierpią, od zięcia, który go ignorował, po wnuka, któremu wmówiono, że dziadek zabrał mu pokój. – Tatusiu! Naprawdę się zgadzasz? – wbiegła zadowolona Larysa. – Naprawdę – wyszeptał staruszek. – Tylko obiecaj, że nie skrzywdzisz Bartka. Czuję się jak zdrajca… – Daj spokój! Zaopiekujemy się nim, będziemy wychodzić na spacery kilka razy dziennie. W weekendy będziemy was odwiedzać – obiecywała córka. – Załatwiłam ci najlepszy dom opieki, spodoba ci się tam! Dwa dni później Wiktor Petrowicz wyjechał do domu spokojnej starości. Okazało się, że córka wszystko już wcześniej zaplanowała. Wchodząc do dusznej, zawilgoconej pokoju, żałował swej decyzji. Larysa go oszukała – trafił do zwykłego domu opieki, z biednymi, porzuconymi ludźmi. Rozpakował się i zszedł na dół. Przysiadł na ławce, prawie zapłakał. Widząc bezradnych staruszków, wyobrażał sobie swoją przyszłość. – Nowy? – zapytała sympatyczna starsza pani, siadając obok. – Tak… – westchnął. – Proszę nie rozpaczać… Ja też płakałam na początku, a potem się przyzwyczaiłam. Valeria jestem. – Wiktor – przedstawił się. – Też dzieci pani oddały tutaj? – Nie. Siostrzeniec. Nie miałam dzieci, mieszkanie zapisałam jemu, ale żałuję… Zabrał je i mnie tu wsadził. Dobrze, że nie na ulicę… Gadali do wieczora, wspominali lepsze czasy, dawne miłości. Następnego dnia poszli razem na spacer. Valeria wnosiła trochę radości w życie Wiktora. Nie mógł wytrzymać w tej sali, więc całe dnie spędzał na zewnątrz. Jedzenie w jadalni było obrzydliwe, jadł tylko dla podtrzymania sił. Wiktor czekał na córkę. Wierzył, że się opamięta, zatęskni, zabierze go z powrotem. Ale czas mijał, nikt nie przyjeżdżał. Zadzwonił kiedyś do domu, sprawdzić co z Bartkiem, ale nikt nie odbierał. Pewnego razu zobaczył pod wejściem sąsiada, Staszka Ilinę. Staszek zdziwił się, podbiegł do niego. – To tu pan jest! – zaskoczony wołał. – Dlaczego pani córka mówi, że wyjechał pan na wieś? Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. I pana Bartka nie wydałby pan do schroniska. – O czym Ty mówisz? – nie rozumiał Wiktor. – Co z moim psem? – Nie martw się, poszedł do schroniska. Sam nie wiem, co się stało. Bartek siedział pod klatką, pana nie było. Spotkałem Larysę, spytałem czy wszystko w porządku. Powiedziała, że pan zdecydował się zamieszkać na wsi, mieszkanie sprzedaje, z mężem się przeprowadza. O psie tłumaczyła, że za stary i panu nie chce się nim zajmować. Panie Wiktorze, co tu się dzieje? – spytał Staszek, widząc bladą twarz staruszka. Wiktor opowiedział mu wszystko. Że oddał wszystko, byle cofnąć czas i nie popełnić błędu. Że córka pozbawiła go godnego życia, a Bartka wyrzuciła na bruk. – Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku – wyszeptał. – Dobrze się składa, bo właśnie prowadzę podobne sprawy. Jestem prawnikiem, często walczę o prawa starszych. Prowadzę sprawę pana, którego sąsiedzi pozbawili domu. Spokojnie, pan się nie wymeldował? – upewnił się. – Nie. Chyba że sama mnie wymeldowała. Już nie wiem, czego spodziewać się po córce… – Pakuj się, czekam w samochodzie – powiedział Staszek. – Nie można jej na to pozwolić! Wiktor błyskawicznie spakował się i zbiegł na dół. Spotkał się jeszcze z Valerią. – Valeria, wyjeżdżam. Spotkałem sąsiada, córka wyrzuciła mojego psa i wynajmuje mieszkanie. Takie rzeczy… – Jak to… A co ze mną? – Nie martw się, jak wszystko załatwię, wrócę po ciebie – obiecał Wiktor. – Mówisz… Kto mnie zechce? – smutno powiedziała kobieta. – Przepraszam. Muszę lecieć, nie martw się, dotrzymam słowa. Wiktor nie mógł wejść do mieszkania. Zamki wymienione, nie miał klucza. Staszek zabrał go do siebie. Szybko się okazało, że Larysa już się wyprowadziła do teściowej, mieszkanie wynajęła. Dzięki Staszkowi udało się wywalczyć prawo do domu. – Dziękuję ci – powiedział wzruszony Wiktor. – Ale nie wiem, jak żyć dalej. Ona nie spocznie, póki mnie nie pozbędzie… – Jedno wyjście – stwierdził Staszek. – Sprzedajmy mieszkanie, oddamy Larysie jej część, za resztę kupimy panu dom. Da się znaleźć ładny domek na wsi! – Świetnie! – ucieszył się staruszek. – To idealne rozwiązanie. Po trzech miesiącach Wiktor wprowadzał się do nowego domu. Staszek pomagał mu we wszystkim, nawet teraz zaoferował przeprowadzkę z Bartkiem. – Tylko zatrzymajmy się w jednym miejscu – poprosił Wiktor. Zobaczył z daleka Valerię. Siedziała na ich ławce, smutno patrząc przed siebie. – Valeria! – zawołał. – My z Bartkiem po ciebie! Mamy już domek na wsi: świeże powietrze, ryby, borówki, grzyby, wszystko pod ręką. Jedziesz? – uśmiechnął się. – Jak mam jechać? – zawahała się kobieta. – Wstań z ławki i chodź z nami – roześmiał się. – Decyduj! Tu nie ma już dla nas miejsca. – Dobrze! Poczekasz dziesięć minut? – promieniała Valeria, ocierając łzy. – Oczywiście! Pomimo nieżyczliwości i złych ludzi, ta dwójka wywalczyła dla siebie odrobinę szczęścia. Każde z nich przekonało się, że na świecie jest więcej dobrych niż złych. Wiktor i Valeria poznali to na własnej skórze. Udało im się zawalczyć o siebie – odnaleźli spokój i szczęście na nowej drodze życia…

Bardzo chcę wrócić do domu, synku

Wiktor Pietrzyk wyszedł na balkon, odpalił sobie polskiego skręta i usiadł na niski, rozchwiany taborecik. Coś gorzkiego ścisnęło go w gardle, próbował się ogarnąć, ale te ręce, psia krew, drżały jak liść na wietrze. Kto by pomyślał, że nadejdzie taki czas, gdy zabraknie mu miejsca w jego własnym mieszkaniu w Warszawie…

Tato! Nie obrażaj się i nie rób dramy! wpadła na balkon jego córka, Dorota. Przecież nie proszę o wiele… Oddaj nam swoją sypialnię, to wszystko! Jeśli mnie nie żałujesz, to pomyśl chociaż o wnukach. Zaraz do szkoły pójdą, a gnieżdżą się z nami w jednym pokoju…

Dorotko, do domu spokojnej starości nie pójdę rzucił beznamiętnie Wiktor. Jeśli tu wam z dzieciakami ciasno, to się przeprowadźcie do matki Michała. Ona siedzi sama w trzypokojowym, starczy wam miejsca.

No ale przecież wiesz, że ja z nią się nie dogadam! krzyknęła Dorota i trzasnęła drzwiami balkonowymi, aż aż szkło zabrzęczało.

Wiktor podrapał po głowie swojego poczciwego kundelka, Azora, który wiernie trwał przy nim przez lata. Przypomniał sobie swoją Jagnę i oczy mu się zaszkliły. Zawsze łza mu się kręciła na wspomnienie żony. Zmarła pięć lat temu, zostawiając go samemu sobie. Wiktor poczuł się wtedy jak sierota jakich mało. Przeżyli razem całe dorosłe życie, ramię w ramię, czy mógł pomyśleć, że doczeka się samotnej starości przy dzieciach i wnukach?

Dorotę wychowywali z sercem, z łagodnością, uczyć ją chcieli najlepszych wartości. Wyszło jak zawsze dziewczyna wyrosła raczej na egocentryczkę z sercem twardym jak krakowski obwarzanek.

Azor zawył cicho i położył się przy nogach właściciela, wyczuwając jego smutki, sam ledwie wstając na łapy ze zmartwienia.

Dziadku, ty chyba nas nie kochasz? wszedł do pokoju jego ośmioletni wnuk.

Eh, co ty! Kto ci takich głupot naopowiadał? zdziwił się Wiktor.

Czemu nie chcesz od nas odejść? Szkoda ci oddać mi i Kostusiowi swój pokój? Dlaczego jesteś taki chytry? malec patrzył na dziadka z pogardą, jakby powtarzał kwestie z kiepskiej telenoweli.

Wiktor już nawet nie próbował tłumaczyć, bo zrozumiał, czyje myśli wnuk powtarza. Dorota już zdążyła go napuścić.

Dobrze. Wyjadę wydusił z siebie staruszek. Pokój będzie wasz.

Nie miał już siły siedzieć w tym mieszkaniu. Wiedział, że wszyscy traktują go tu jak intruza, od zięcia, który przestaje z nim rozmawiać, po wnuka, który już nie widzi w nim własnego dziadka, tylko okupanta jego pokoju.

Tato! Ty serio się zgadzasz? wbiegła rozentuzjazmowana Dorota.

Serio wymamrotał Wiktor. Tylko przyrzeknij mi, że nie skrzywdzicie Azora. Czuję się okropnym zdrajcą…

Boże, nie dramatyzuj! Będziemy o niego dbać, wyprowadzać go na spacery, a w weekendy odwiedzać ciebie z Azorem zapewniła córka. Wybrałam ci świetny dom spokojnej starości, zobaczysz, spodoba ci się!

Dwa dni później Wiktor z walizką w ręku ruszył do domu seniora pod Warszawą. Albo raczej: został tam odstawiony, bo Dorota już wszystko wcześniej załatwiła czekała tylko, aż się dziadek podda. Gdy usiadł w dusznym, ukurzonym pokoiku, przesyconym zapachem stęchlizny i proszku na karaluchy, gorzko pożałował swojej decyzji. Dorota okłamała go zamiast prywatnego pensjonatu, trafił do zwykłego domu opieki pełnego zmartwionych, opuszczonych ludzi.

Rozpakował się, zszedł na dół, siadł na ławkę i o mało się nie rozpłakał. Patrząc na resztę współmieszkańców, wyobrażał sobie, jak wyglądać będzie jego następne kilka lat. Bieda, samotność i barszcz z papierkiem.

Nowy? zagadnęła go sympatyczna starsza pani, dosiadając się obok.

Tak… westchnął Wiktor.

Oj, niech pan się tak nie martwi. Ja też płakałam na początku, a potem człowiek się przyzwyczaja. Jestem Waleria.

Wiktor przedstawił się. Pan też przez familie tutaj trafił?

Nie, przez siostrzeńca. Dzieci nie miałam, mieszkanie przepisałam rodzinie, a oni mi pokazali, gdzie raki zimują. Lepiej tu niż pod mostem, przynajmniej szlafrok mam.

Rozmawiali do późnego wieczora, wspominając czasy młodości i swoje drugie połówki. Następnego dnia, zaraz po śniadaniu, poszli razem na spacer. Waleria wnosiła trochę ciepła i koloru w szary świat Wiktora. Sam Wiktor unikał pokoju, czas spędzał na świeżym powietrzu, a stołówkowe obiady prawie omijał jadł, żeby siły mieć.

Czekał na córkę, łudził się, że Dorota zatęskni i zabierze go do domu. Tydzień minął, potem miesiąc, a Dorota jakby się w ziemię zapadła. Pewnego dnia Wiktor postanowił zadzwonić, żeby dowiedzieć się przynajmniej, jak się miewa Azor. Nikt telefonu nie odebrał.

Któregoś popołudnia przy wejściu Wiktor zobaczył swojego dawnego sąsiada z bloku, Stefana Iwańskiego. Stefan na jego widok niemal wybałuszył oczy, podbiegł z miną Sherlocka Holmesa.

To tu się pan schował! A pańska córka wszystkim w bloku mówiła, że wyjechał pan na wieś. Od razu czułem, że coś tu nie gra. Wiedziałem, że nie zostawiłby pan Azora pod klatką.

O czym mówisz? nie rozumiał Wiktor. Co z moim psem?

Spokojnie, zabraliśmy go do schroniska. Sam nie wiem, co się stało. Siedział pod klatką kilka dni, a pana nie widać. Dorotę spotkałem, spytałem, czy wszystko OK, a ona zaczęła ściemniać, że pan wyjechał na wieś, mieszkanie sprzedaje, a starszego psa nie chciał zabrać, bo tylko kłopot. Panie Wiktorze, co się dzieje? dodał cicho, widząc, że staruszek blednie.

Wiktor opowiedział mu wszystko, przyznał, że oddałby wszystko, byle cofnąć czas i nie popełnić takiej głupoty. Nie dość, że córka go wyrzuciła jak stary mebel, to jeszcze Azora pozbyła się bez wahania.

Bardzo chcę wrócić do domu, synu szepnął Wiktor.

I dobrze się składa, bo właśnie prowadzę sprawę podobnego pana. Jestem prawnikiem, bronię staruszków przed cwaniakami. Teraz prowadzę sprawę tego pana od sąsiadów, którym zabrano dom bez mrugnięcia okiem. Niech się pan nie martwi. Dopóki nie wypisał się pan z mieszkania, to niemożliwe, żeby córka się go pozbyła. Stefan zarzucił płaszcz na ramię.

Nie wypisałem się… A może ona sama mnie wypisała? Już nie wiem, czego mogę się po niej spodziewać…

Pakuj się, czekam w aucie rzucił Stefan. Nie damy się! Jakaż z niej córka…

Wiktor pospiesznie wrócił do pokoju, wrzucił rzeczy do torby i ruszył w dół. Na dole spotkał Walerię.

Walerciu, wyjeżdżam. Sąsiad mówi, że córka wywaliła Azora i sprzedaje mieszkanie. Taki los powiedział.

Ale jak to, co z nami? zdziwiła się starsza pani.

Nie martw się, jak uporam się z tą całą sprawą, po ciebie wrócę obiecał jej.

Takie rzeczy mówisz… Komu ja potrzebna? mruknęła ze smutkiem.

Przepraszam, już muszę iść, czekają na mnie. Nie martw się, dotrzymam słowa.

Do mieszkania Wiktor nie wrócił drzwi zamknięte, kluczy nie miał. Stefan przygarnął go tymczasem do siebie. Szybko wyszło na jaw, że Dorota już od kilku dni mieszkania nie zamieszkuje zabrała się do teściowej, a lokal wynajęła rodzinie z Ukrainy.

Dzięki Stefanowi, Wiktor odzyskał prawo do swojego M-3.

Dzięki ci, chłopie powiedział wdzięcznie Wiktor, w szoku po wszystkich akcjach. Tylko co teraz? Przecież ona tak łatwo nie odpuści… Wydziedziczy mnie!

Jedno wyjście odparł Stefan. Możemy sprzedać mieszkanie, oddać Dorocie jej część, a reszta pójdzie na dom dla pana. Pewnie coś znajdziemy w spokojnej mazowieckiej wiosce.

Genialnie! rozpromienił się staruszek. To jest plan!

Trzy miesiące później Wiktor Pietrzyk przeprowadzał się do wiejskiego domku. Stefan pomagał jak tylko mógł, od papierów po transport do nowego domu z Azorem naturalnie.

Tylko zajeźdźmy jeszcze w jedno miejsce poprosił Wiktor.

Z daleka zobaczył Walerię siedziała na ich starej ławce przed domem spokojnej starości, patrząc smutnym wzrokiem w dal.

Walerciu! zawołał. Ja i Azor po ciebie przyjechaliśmy. Mamy mały dom na wsi. Czyste powietrze, jezioro, jagody, grzybki, wszystko pod ręką! Chodź z nami, proszę uśmiechnął się szeroko.

Jak mam iść? zawahała się, zaskoczona.

Po prostu wstań, zabierz szaliczek i ruszamy! zaśmiał się Wiktor. Dawaj, nie ma na co czekać.

Poczekasz dziesięć minut? zapytała ze łzami w oczach.

Oczywiście! roześmiał się staruszek.

Wbrew wszystkim zgryzotom, los był tym razem po ich stronie. Wiktor i Waleria odkryli, że na świecie nie brakuje dobrych ludzi, a tych przychylnych zawsze będzie więcej niż krzywdy. W końcu seniorzy postanowili zawalczyć o siebie, i odczuli, że można przeżyć spokojną, szczęśliwą starość i to nie w samotności, lecz razem, w małym domku pachnącym mazowieckim latem.

Rate article
Fajna Tajna
Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku Wiktor Petrowicz wyszedł na balkon, zapalił papierosa i przysiadł na niskim stołeczku. Gorzki żal ścisnął mu gardło, próbował się opanować, ale ręce zdradziecko drżały. Czy mógł kiedyś pomyśleć, że nadejdzie dzień, gdy zabraknie mu miejsca we własnym mieszkaniu… – Tato! Nie obrażaj się i nie denerwuj! – wpadła na balkon Larysa, najstarsza córka Wiktora Petrowicza. – Nie proszę o wiele… Zostaw nam swój pokój i tyle! Jeśli nie jest Ci żal mnie, to pomyśl chociaż o wnukach. Chłopcy niedługo idą do szkoły, a muszą mieszkać z nami w jednym pokoju… – Laura, nie pójdę do domu opieki – spokojnie odpowiedział staruszek. – Jeśli jest wam ciasno z dziećmi w moim mieszkaniu, zamieszkajcie u matki Michała. Ona sama mieszka w trzypokojowym, będzie oddzielny pokój i dla was, i dla chłopców. – Wiesz dobrze, że z nią nigdy nie wytrzymam pod jednym dachem! – krzyknęła córka i zatrzasnęła drzwi balkonowe. Wiktor pogłaskał starą suczkę, która przez lata wiernie służyła jemu i zmarłej żonie, i rozpłakał się, wspominając swoją Nadię. Zawsze miał łzy w oczach, gdy ją wspominał, a po jej odejściu poczuł się sierotą. Całe życie szli razem, a tu, z córką i wnukami, czekała go samotna starość. Larysę wychowywali z miłością i dobrocią, starali się przekazać najlepsze wartości. Coś jednak przeoczyli… Córka wyrosła na osobę samolubną i chłodną. Bartek cicho zabeczał i położył się u nóg pana. Pies wyczuwał jego smutek i w swoim psim sercu bardzo to przeżywał. – Dziadku! Nie kochasz nas? – do pokoju wszedł ośmioletni wnuk. – Co Ty… Kto Ci takich bzdur nagadał? – zdziwił się staruszek. – Dlaczego nie chcesz się wyprowadzić? Żal Ci oddać mi i Kostkowi pokoju? Jesteś taki chytry! – chłopiec patrzył na dziadka ze złością. Wiktor próbował coś tłumaczyć wnukowi, ale zrozumiał, że powtarza słowa matki. Larysa już udało się mu to wmówić. – Dobrze. Wyprowadzę się – powiedział bez życia. – Oddam wam pokój. Nie mógł dłużej znosić tej atmosfery w domu. Wiedział, że wszyscy go tam nie cierpią, od zięcia, który go ignorował, po wnuka, któremu wmówiono, że dziadek zabrał mu pokój. – Tatusiu! Naprawdę się zgadzasz? – wbiegła zadowolona Larysa. – Naprawdę – wyszeptał staruszek. – Tylko obiecaj, że nie skrzywdzisz Bartka. Czuję się jak zdrajca… – Daj spokój! Zaopiekujemy się nim, będziemy wychodzić na spacery kilka razy dziennie. W weekendy będziemy was odwiedzać – obiecywała córka. – Załatwiłam ci najlepszy dom opieki, spodoba ci się tam! Dwa dni później Wiktor Petrowicz wyjechał do domu spokojnej starości. Okazało się, że córka wszystko już wcześniej zaplanowała. Wchodząc do dusznej, zawilgoconej pokoju, żałował swej decyzji. Larysa go oszukała – trafił do zwykłego domu opieki, z biednymi, porzuconymi ludźmi. Rozpakował się i zszedł na dół. Przysiadł na ławce, prawie zapłakał. Widząc bezradnych staruszków, wyobrażał sobie swoją przyszłość. – Nowy? – zapytała sympatyczna starsza pani, siadając obok. – Tak… – westchnął. – Proszę nie rozpaczać… Ja też płakałam na początku, a potem się przyzwyczaiłam. Valeria jestem. – Wiktor – przedstawił się. – Też dzieci pani oddały tutaj? – Nie. Siostrzeniec. Nie miałam dzieci, mieszkanie zapisałam jemu, ale żałuję… Zabrał je i mnie tu wsadził. Dobrze, że nie na ulicę… Gadali do wieczora, wspominali lepsze czasy, dawne miłości. Następnego dnia poszli razem na spacer. Valeria wnosiła trochę radości w życie Wiktora. Nie mógł wytrzymać w tej sali, więc całe dnie spędzał na zewnątrz. Jedzenie w jadalni było obrzydliwe, jadł tylko dla podtrzymania sił. Wiktor czekał na córkę. Wierzył, że się opamięta, zatęskni, zabierze go z powrotem. Ale czas mijał, nikt nie przyjeżdżał. Zadzwonił kiedyś do domu, sprawdzić co z Bartkiem, ale nikt nie odbierał. Pewnego razu zobaczył pod wejściem sąsiada, Staszka Ilinę. Staszek zdziwił się, podbiegł do niego. – To tu pan jest! – zaskoczony wołał. – Dlaczego pani córka mówi, że wyjechał pan na wieś? Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. I pana Bartka nie wydałby pan do schroniska. – O czym Ty mówisz? – nie rozumiał Wiktor. – Co z moim psem? – Nie martw się, poszedł do schroniska. Sam nie wiem, co się stało. Bartek siedział pod klatką, pana nie było. Spotkałem Larysę, spytałem czy wszystko w porządku. Powiedziała, że pan zdecydował się zamieszkać na wsi, mieszkanie sprzedaje, z mężem się przeprowadza. O psie tłumaczyła, że za stary i panu nie chce się nim zajmować. Panie Wiktorze, co tu się dzieje? – spytał Staszek, widząc bladą twarz staruszka. Wiktor opowiedział mu wszystko. Że oddał wszystko, byle cofnąć czas i nie popełnić błędu. Że córka pozbawiła go godnego życia, a Bartka wyrzuciła na bruk. – Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku – wyszeptał. – Dobrze się składa, bo właśnie prowadzę podobne sprawy. Jestem prawnikiem, często walczę o prawa starszych. Prowadzę sprawę pana, którego sąsiedzi pozbawili domu. Spokojnie, pan się nie wymeldował? – upewnił się. – Nie. Chyba że sama mnie wymeldowała. Już nie wiem, czego spodziewać się po córce… – Pakuj się, czekam w samochodzie – powiedział Staszek. – Nie można jej na to pozwolić! Wiktor błyskawicznie spakował się i zbiegł na dół. Spotkał się jeszcze z Valerią. – Valeria, wyjeżdżam. Spotkałem sąsiada, córka wyrzuciła mojego psa i wynajmuje mieszkanie. Takie rzeczy… – Jak to… A co ze mną? – Nie martw się, jak wszystko załatwię, wrócę po ciebie – obiecał Wiktor. – Mówisz… Kto mnie zechce? – smutno powiedziała kobieta. – Przepraszam. Muszę lecieć, nie martw się, dotrzymam słowa. Wiktor nie mógł wejść do mieszkania. Zamki wymienione, nie miał klucza. Staszek zabrał go do siebie. Szybko się okazało, że Larysa już się wyprowadziła do teściowej, mieszkanie wynajęła. Dzięki Staszkowi udało się wywalczyć prawo do domu. – Dziękuję ci – powiedział wzruszony Wiktor. – Ale nie wiem, jak żyć dalej. Ona nie spocznie, póki mnie nie pozbędzie… – Jedno wyjście – stwierdził Staszek. – Sprzedajmy mieszkanie, oddamy Larysie jej część, za resztę kupimy panu dom. Da się znaleźć ładny domek na wsi! – Świetnie! – ucieszył się staruszek. – To idealne rozwiązanie. Po trzech miesiącach Wiktor wprowadzał się do nowego domu. Staszek pomagał mu we wszystkim, nawet teraz zaoferował przeprowadzkę z Bartkiem. – Tylko zatrzymajmy się w jednym miejscu – poprosił Wiktor. Zobaczył z daleka Valerię. Siedziała na ich ławce, smutno patrząc przed siebie. – Valeria! – zawołał. – My z Bartkiem po ciebie! Mamy już domek na wsi: świeże powietrze, ryby, borówki, grzyby, wszystko pod ręką. Jedziesz? – uśmiechnął się. – Jak mam jechać? – zawahała się kobieta. – Wstań z ławki i chodź z nami – roześmiał się. – Decyduj! Tu nie ma już dla nas miejsca. – Dobrze! Poczekasz dziesięć minut? – promieniała Valeria, ocierając łzy. – Oczywiście! Pomimo nieżyczliwości i złych ludzi, ta dwójka wywalczyła dla siebie odrobinę szczęścia. Każde z nich przekonało się, że na świecie jest więcej dobrych niż złych. Wiktor i Valeria poznali to na własnej skórze. Udało im się zawalczyć o siebie – odnaleźli spokój i szczęście na nowej drodze życia…