Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku Pan Pietrowicz wyszedł na balkon, zapalił papierosa i usiadł na niskim taborecie. Gorzki ciężar ścisnął mu gardło, próbował się opanować, ale ręce zdradliwie drżały. Czy mógł przypuszczać, że przyjdzie czas, gdy zabraknie mu miejsca we własnym mieszkaniu… — Tato! Nie obrażaj się i nie denerwuj! — na balkon wybiegła Larysa, starsza córka pana Pietrowicza. — Przecież nie proszę o wiele… Oddaj nam swój pokój i tyle! Jeśli mnie nie żałujesz, pomyśl chociaż o wnukach. Chłopcy zaraz idą do szkoły, a muszą spać z nami w jednym pokoju… — Laro, nie pójdę do domu spokojnej starości — odpowiedział spokojnie staruszek. — Jeśli wam z dziećmi tak ciasno, wyprowadźcie się do matki Michała. Sama mieszka w trzypokojowym, będzie osobny pokój dla was i dla dzieci. — Przecież wiesz, że nigdy nie dogadamy się pod jednym dachem! — krzyknęła córka i trzasnęła drzwiami balkonowymi. Pietrowicz pogłaskał swoją starą suczkę, która przez lata była dla nich z żoną prawdziwym przyjacielem. Przypomniał sobie Nadzieję i rozpłakał się. Zawsze w oczach stawały mu łzy, gdy wspominał żonę. Odeszła pięć lat temu, zostawiając go samego. Po jej śmierci poczuł się jak sierota. Całe życie szli razem przez życie, czy mógł wtedy pomyśleć, że przy córce i wnukach czeka go samotna starość? Larysę wychowywali z miłością i dobrocią, chcieli dla niej wszystkiego co najlepsze, ale widocznie coś przeoczyli… Ich córka stała się zimna i samolubna. Burek cicho zapiszczał i położył się przy nogach pana Pietrowicza. Pies wyczuwał jego duszę i cierpiał razem z nim. — Dziadku, a ty nas w ogóle nie kochasz? — do pokoju wszedł ośmioletni wnuk. — Co ty… Skąd ci to przyszło do głowy? — zdziwił się staruszek. — Czemu nie chcesz się wyprowadzić? Żal ci oddać mi i Kostkowi pokój? Czemu jesteś taki chciwy? — chłopiec patrzył na dziadka z pogardą i złością. Pan Pietrowicz chciał coś wyjaśnić wnukowi, ale zrozumiał, że chłopiec powtarza słowa matki. Widać Larysa już zdążyła go nastawić. — Dobrze, wyprowadzę się — powiedział bez życia staruszek. — Oddam wam mój pokój. Nie mógł już dłużej żyć w tej atmosferze. Wiedział, że w tym domu wszyscy go nienawidzą — zaczynając od zięcia, który od dawna się do niego nie odzywał, po wnuka, któremu wmówiono, że dziadek zabrał mu pokój. — Tatusiu, naprawdę się zgadzasz? — wbiegła zadowolona Larysa. — Naprawdę — powiedział cicho staruszek. — Obiecaj mi tylko, że nie skrzywdzisz Burka. Czuję się jak zdrajca… — Przestań! Zaopiekujemy się nim, będziemy z nim wychodzić codziennie na długie spacery. A w weekendy będziemy cię odwiedzać razem z Burkiem, obiecuję. Wybrałam ci najlepszy dom spokojnej starości, zobaczysz, będzie ci się tam podobać. Dwa dni później pan Pietrowicz trafił do domu spokojnej starości. Okazało się, że córka już wcześniej wszystko załatwiła i czekała, aż ojciec się złamie. Gdy wszedł do dusznej izby z wilgocią w powietrzu i pluskwami, pożałował decyzji. Larysa okłamała go, mówiąc o dobrych warunkach. Trafił nie do prywatnego pensjonatu, ale do zwykłego domu starców, gdzie mieszkali ludzie bez szczęścia i domu. Rozpakował rzeczy i zszedł na dół. Usiadł na ławce, bliski płaczu. Patrząc na bezradnych staruszków, wyobraził sobie jak czeka go ubogie życie. — Nowy? – zagadnęła sympatyczna starsza pani siadając obok. — Tak… — westchnął staruszek. — Nie martw się tak. Ja też na początku płakałam, ale potem się pogodziłam. Mam na imię Walentyna. — Wiktor — przedstawił się mężczyzna. — Ciebie też dzieci tu oddały? — Nie, siostrzeniec. Dzieci nie dane mi były, chciałam zostawić mieszkanie siostrzeńcowi, ale chyba się pospieszyłam… Przejął mieszkanie, a mnie tu wsadził. Dobrze, że chociaż nie na ulicę… Rozmawiali do późnego wieczora, wspominając młodość i swoje drugie połówki. Następnego dnia po śniadaniu znów poszli na spacer. Ta kobieta przynosiła radość i odmianę do życia pana Pietrowicza. Nie mógł przebywać w tamtej sali, całe dnie spędzał na dworze. Obiady też były podłe. Jadł niewiele, byle utrzymać siły. Czekał na córkę. Miał nadzieję, że Larysa jednak zatęskni i go zabierze do domu. Ale czas płynął, a ona nie przyjeżdżała. Pewnego dnia postanowił zadzwonić i dowiedzieć się, co z Burkiem, lecz nikt nie odbierał. Kiedyś, przy wejściu, pan Pietrowicz zobaczył swojego sąsiada — Staszka Ilina. Staszek poznał go, wyraził zdziwienie i podszedł do niego. — To tutaj pan jest! — zdziwił się chłopak. — A córka mówiła, że wyjechał pan na wieś. Od początku coś mi nie pasowało. Wiedziałem, że nie porzuci pan Burka na ulicy. — O co chodzi? — nie rozumiał Wiktor Pietrowicz. — Co z moim psem? — Nie martw się, umieściliśmy go w schronisku. Sam nie wiem, co się wydarzyło. Widziałem Burka, siedział pod klatką całe dnie, a pana nie było. Spotkałem Larysę, zapytałem, co się stało. Powiedziała, że wyjechał pan na wieś, a ona sprzedaje mieszkanie i przeprowadza się do męża. O psie powiedziała, że stary i nie chce się już nim zajmować. Panie Wiktorze, co tu się w ogóle dzieje? — zapytał Staszek, widząc jak staruszek blednie. Pan Pietrowicz opowiedział mu wszystko. Powiedział, że oddałby wszystko, gdyby tylko mógł cofnąć czas i nie podjąć tej pochopnej decyzji. Mało tego, córka pozbawiła go godnego życia, a jeszcze Burka wyrzuciła na ulicę. — Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku — wyszeptał staruszek. — Jestem tu właśnie w takiej sprawie. Jestem prawnikiem, często pomagam starszym osobom. Teraz prowadzę sprawę pewnego pana, któremu sąsiedzi zabrali dom. Niech się pan nie martwi. Z tego co wiem, chyba nie zdążył się pan wymeldować? — spytał mężczyzna. — Nie. Chyba, że ona sama mnie wymeldowała. Szczerze mówiąc, już nie wiem, czego się po niej spodziewać… — Proszę się pakować, czekam na pana w samochodzie — powiedział Staszek. — Tego tak zostawić nie można! Co z niej za córka… Pan Pietrowicz szybko wrócił na górę, wrzucił rzeczy do torby i zeszedł na dół. Przy drzwiach spotkał Walentynę. — Waluś, jadę. Spotkałem sąsiada, mówi, że córka wyrzuciła mojego Burka i sprzedaje mieszkanie. Takie sprawy — powiedział staruszek. — Jak to możliwe? — zmartwiła się kobieta. — A ja? — Nie martw się, jak wszystko załatwię, wrócę po ciebie — obiecał pan Pietrowicz. — Tak mówisz… Kto mnie tu chce? — powiedziała ze smutkiem kobieta. — Przepraszam, muszę już iść. Nie martw się, dotrzymam słowa. Pan Pietrowicz nie mógł wejść do domu — mieszkanie było zamknięte, nie miał kluczy. Staszek zabrał go do siebie. Wkrótce dowiedzieli się, że Larysa już tam nie mieszka, kilka dni temu przeniosła się do teściowej, a mieszkanie wynajęła. Dzięki Staszkowi udało się odzyskać prawo do swojego mieszkania. — Dziękuję ci — podziękował sąsiadowi staruszek. — Ale nie wiem, jak dalej żyć. Ona nie da mi spokoju, póki mnie nie pozbędzie się… — Jest jedno wyjście — powiedział Staszek. — Sprzedamy mieszkanie, oddamy Larysie jej część, a za resztę kupimy coś dla pana. Może domek na wsi. — Genialnie! — ucieszył się mężczyzna. — To idealny pomysł. Po trzech miesiącach pan Pietrowicz przeprowadzał się do nowego domu. Staszek pomagał mu we wszystkim, teraz grzecznie zaproponował przewiezienie Burka. — Tylko zajrzymy w jedno miejsce — poprosił pan Pietrowicz. Staruszek z daleka zobaczył Walentynę. Siedziała na ich ławce i z tęsknotą patrzyła w dal. — Wala! — zawołał. — Jedziemy po ciebie, ja i Burek. Teraz mamy domek na wsi, świeże powietrze, ryby, jagody, grzyby — wszystko blisko. Jedziesz? — uśmiechnął się. — Jakże ja pojadę? — zmartwiła się kobieta. — Wystarczy, że wstaniesz z ławki i pójdziesz z nami! — zaśmiał się mężczyzna. — Zdecyduj się! Tu już nie mamy czego szukać. — Dobrze! Dasz mi dziesięć minut? — uśmiechała się Walentyna przez łzy. — Jasne, poczekam! — rozpromienił się mężczyzna. Wbrew ludzkiej złości i nieżyczliwości, tych dwoje obroniło swój kawałek szczęścia. Każde z nich zrozumiało, że świat pełen jest dobrych ludzi. I jak by nie było, dobro w końcu wygrywa. Wiktor i Walentyna przekonali się o tym na własnej skórze. Starsi ludzie potrafili zawalczyć o siebie i odnaleźli wreszcie spokój oraz szczęście w życiu…

Wiesz co, Krzysiek, aż muszę Ci o tym opowiedzieć, bo ostatnio byłem świadkiem takiej historii, że serce mi się ścisnęło. Wyobraź sobie pan Wiktor Stasiak wyszedł wieczorem na balkon swojego mieszkania w Warszawie, zapalił sobie papierosa i usiadł na małym stołeczku. W gardle mu się wszystko zaciskało, rozumiesz, próbował się uspokoić, ale ręce mu aż drżały. Kto by pomyślał, że kiedyś w jego własnym mieszkaniu zabraknie dla niego miejsca?

Nagle wpadła na balkon jego córka Jagoda, starsza z dwóch córek. W typowo polskim stylu, bez ceregieli, rzuciła:
Tata! Przestań się dąsać i popadać w takie nastroje! Przecież nie proszę o wiele… Oddaj nam swoją sypialnię i wszystko będzie dobrze. Jak nie masz litości dla mnie, to pomyśl chociaż o wnukach. Za chwilę chłopaki idą do szkoły, a muszą spać z nami w jednym pokoju…

A Wiktor tylko westchnął:
Jagoda, ja nie pójdę do żadnego domu opieki. Jak wam tu ciasno, to przeprowadźcie się do mamy Michała ona sama mieszka w trzypokojowym. I dla was, i dla dzieciaków będzie miejsce.

Wiesz dobrze, że z teściową nigdy się nie dogadam! ryknęła Jagoda i trzasnęła drzwiami od balkonu.

Wiktor pogłaskał swego starego psa Azora, który był z rodziną przez wiele lat. Łzy same mu leciały, jak tylko pomyślał o nieżyjącej żonie, Natalii. Zmarła pięć lat temu, zostawiając go zupełnie samego. Czuł się jak sierota, choć przecież miał bliskich. Przeszli z Natalią przez życie razem nie mógł uwierzyć, że mimo córki i wnuków czeka go samotna starość.

Jagodę wychowywali z sercem, jak to w polskiej rodzinie, starali się dać jej wszystko, co najlepsze. A teraz ich córka wyrosła na egoistkę patrzysz i nie poznajesz własnego dziecka…

Azor aż jęknął cicho i położył się koło nóg Wiktora. Zawsze czuł, kiedy jego pan się martwił i sam przez to cierpiał.

W tym momencie do pokoju wszedł ośmioletni wnuk:
Dziadku, ty chyba nas wcale nie kochasz?

Wiktor zamarł:
Co ty opowiadasz, maluszku? Kto ci takie głupoty nagadał?

Czemu nie chcesz się wyprowadzić? Czemu nie oddasz mi i Tomkowi pokoju? Jesteś taki samolubny! przyszedł z tekstami, jakby powtarzał za matką.

Wiktor chciał wyjaśnić, ale widział, że Jagoda już dziecko ustawiła.
Dobrze. Przeprowadzę się powiedział bez życia. Oddam wam ten pokój.

Nie było już wyjścia. Czuł, że wszyscy go mają dosyć zięć już dawno z nim nie rozmawiał, wnuk ma pretensje o pokój, a Jagoda się go pozbywała…

Naprawdę się zgodzisz, tato? wpadła do pokoju rozradowana Jagoda.

Naprawdę odpowiedział cicho. Tylko obiecaj, że nie skrzywdzisz Azora. Czuję się jak zdrajca…

Przestań! Będziemy się nim opiekować, wyprowadzać na spacer codziennie, a w weekendy przyjedziemy do ciebie razem z Azorem obiecała córka. Załatwiłam ci świetny dom seniora, zobaczysz, będzie ci się podobać.

I wyobraź sobie, dwa dni później Wiktor musiał opuścić dom, i to nie do żadnego fajnego pensjonatu, tylko do zwykłego państwowego domu opieki, gdzie czuć było wilgoć i wszystko wyglądało jak z lat osiemdziesiątych. Jagoda go oszukała miało być komfortowo, a była zwykła placówka dla staruszków, gdzie każdy czuł się trochę samotny.

Wiktor wypakował swoje rzeczy, zszedł do ogrodu i przysiadł na ławce. Patrzył na innych pensjonariuszy i miał wrażenie, że taki los go czeka bezradny i niepotrzebny…

Obok niego usiadła sympatyczna, starsza pani:
Pierwszy dzień? zagadnęła.

Tak tylko westchnął.

Nie martw się. Sama na początku płakałam, później się przyzwyczaiłam. Mam na imię Walentyna.

Wiktor przedstawił się. To dzieci pani tutaj umieściły?

Nie, to mój bratanek. Nie miałam dzieci, więc mieszkanie chciałam mu zapisać, a on mnie tu umieścił. Dobrze, że nie na ulicę, chociaż tyle…

Rozmawiali do późna wspominali młodość, swoje dawne miłości. A następnego dnia, zaraz po śniadaniu, znów poszli na spacer.

Walentyna była jego jedyną radością w tym miejscu. Resztę czasu Wiktor spędzał na świeżym powietrzu, a w stołówce jadł tylko tyle, żeby jakoś przetrwać.

Czekał na córkę. Myślał, że Jagoda może się w końcu stęskni, zabierze go do domu. Ale mijały tygodnie i nic. Czasami próbował zadzwonić, zapytać o Azora, ale nikt nie odbierał.

Pewnego dnia, pod wejściem do domu seniora zobaczył sąsiada z dawnej klatki Stefana Heleniaka. Stefan ucieszył się na widok Wiktora:
A, tu się pan podziewa! A Jagoda mówiła, że pan wyjechał do wsi, odpoczywać. Od razu coś mi nie pasowało Azor siedzi pod blokiem, pana nie ma, a córka tylko tłumaczy, że wszystko w porządku. O psa zapytałem powiedziała, że już stary i pan nie chce się nim zajmować. Co tu się dzieje, panie Wiktorze?

Wiktor opowiedział wszystko o “przeprowadzce” do domu seniora, oddaniu mieszkania, zostawieniu Azora

Ja tylko chcę wrócić do domu, synku szepnął Wiktor.

Stefan był prawnikiem, wiesz, i prowadził podobne sprawy. Od razu się zainteresował:
Pan się nie wymeldował? zapytał.

Nie, chyba nie Chyba że Jagoda coś sama pokombinowała, już nie wiem, na co ją stać

Proszę się pakować, zabieram pana do siebie. Tak nie może być! powiedział Stefan.

Wiktor zbiegł po rzeczy, a za drzwiami spotkał Walentynę.
Walentynko, wyjeżdżam. Sąsiad się mną zajmie. Córka wywaliła psa na ulicę i wynajęła mieszkanie, takie czasy… powiedział.

A ja? zmartwiła się Walentyna.

Nie martw się. Jak załatwię sprawę, przyjadę po ciebie obiecał Wiktor.

Dobrze Poczekam dziesięć minut? nie kryła wzruszenia.

Wiktor nie mógł wrócić do mieszkania, bo Jagoda już oddała je najemcom i sama zamieszkała u teściowej. Stefan jednak pomógł w odzyskaniu mieszkania udało się rozwiązać wszystko zgodnie z prawem.

Dziękuję Ci, chłopie mówił wzruszony Wiktor. Ale co dalej? Jagoda nie odpuści, dopóki mnie nie wypędzi

Jest wyjście zaproponował Stefan. Sprzedamy mieszkanie, oddajemy córce jej część, a za resztę znajdziemy panu domek na Mazurach albo pod Krakowem. Spokojnie, wsi spokojna, wsi wesoła.

Ależ świetny pomysł! ucieszył się Wiktor.

Po trzech miesiącach zamieszkał już w swojej małej chacie na wsi. Stefan pomagał mu we wszystkim, a Azor z nim oczywiście.

I jeszcze jedno, Wiktor miał prośbę:
Odbierzmy Walentynę, ona nie ma dokąd iść. Obiecałem jej.

Podjechali pod dom seniora. Walentyna siedziała na ławce, wzrok w dal, smutna.
Walentynko! Azor i ja przyjechaliśmy po ciebie. Mamy dom na wsi, świeże powietrze, jezioro, jagody i grzyby. Jedziesz z nami? uśmiechnął się Wiktor.

A jak ja pojadę? była zaskoczona.

Po prostu wstaniesz z ławki i pójdziesz z nami, koniec gadania! roześmiał się Wiktor.

Poczekasz chwilę? zapytała wzruszona.

Oczywiście! uśmiechnął się.

I powiem ci, co by się nie działo, są jeszcze w Polsce dobrzy ludzie. Wiktor i Walentyna mają to swoje miejsce na ziemi i wierzę, że będą jeszcze szczęśliwi, bo w naszym kraju dobroć nadal wygrywa z zawiścią.

Rate article
Fajna Tajna
Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku Pan Pietrowicz wyszedł na balkon, zapalił papierosa i usiadł na niskim taborecie. Gorzki ciężar ścisnął mu gardło, próbował się opanować, ale ręce zdradliwie drżały. Czy mógł przypuszczać, że przyjdzie czas, gdy zabraknie mu miejsca we własnym mieszkaniu… — Tato! Nie obrażaj się i nie denerwuj! — na balkon wybiegła Larysa, starsza córka pana Pietrowicza. — Przecież nie proszę o wiele… Oddaj nam swój pokój i tyle! Jeśli mnie nie żałujesz, pomyśl chociaż o wnukach. Chłopcy zaraz idą do szkoły, a muszą spać z nami w jednym pokoju… — Laro, nie pójdę do domu spokojnej starości — odpowiedział spokojnie staruszek. — Jeśli wam z dziećmi tak ciasno, wyprowadźcie się do matki Michała. Sama mieszka w trzypokojowym, będzie osobny pokój dla was i dla dzieci. — Przecież wiesz, że nigdy nie dogadamy się pod jednym dachem! — krzyknęła córka i trzasnęła drzwiami balkonowymi. Pietrowicz pogłaskał swoją starą suczkę, która przez lata była dla nich z żoną prawdziwym przyjacielem. Przypomniał sobie Nadzieję i rozpłakał się. Zawsze w oczach stawały mu łzy, gdy wspominał żonę. Odeszła pięć lat temu, zostawiając go samego. Po jej śmierci poczuł się jak sierota. Całe życie szli razem przez życie, czy mógł wtedy pomyśleć, że przy córce i wnukach czeka go samotna starość? Larysę wychowywali z miłością i dobrocią, chcieli dla niej wszystkiego co najlepsze, ale widocznie coś przeoczyli… Ich córka stała się zimna i samolubna. Burek cicho zapiszczał i położył się przy nogach pana Pietrowicza. Pies wyczuwał jego duszę i cierpiał razem z nim. — Dziadku, a ty nas w ogóle nie kochasz? — do pokoju wszedł ośmioletni wnuk. — Co ty… Skąd ci to przyszło do głowy? — zdziwił się staruszek. — Czemu nie chcesz się wyprowadzić? Żal ci oddać mi i Kostkowi pokój? Czemu jesteś taki chciwy? — chłopiec patrzył na dziadka z pogardą i złością. Pan Pietrowicz chciał coś wyjaśnić wnukowi, ale zrozumiał, że chłopiec powtarza słowa matki. Widać Larysa już zdążyła go nastawić. — Dobrze, wyprowadzę się — powiedział bez życia staruszek. — Oddam wam mój pokój. Nie mógł już dłużej żyć w tej atmosferze. Wiedział, że w tym domu wszyscy go nienawidzą — zaczynając od zięcia, który od dawna się do niego nie odzywał, po wnuka, któremu wmówiono, że dziadek zabrał mu pokój. — Tatusiu, naprawdę się zgadzasz? — wbiegła zadowolona Larysa. — Naprawdę — powiedział cicho staruszek. — Obiecaj mi tylko, że nie skrzywdzisz Burka. Czuję się jak zdrajca… — Przestań! Zaopiekujemy się nim, będziemy z nim wychodzić codziennie na długie spacery. A w weekendy będziemy cię odwiedzać razem z Burkiem, obiecuję. Wybrałam ci najlepszy dom spokojnej starości, zobaczysz, będzie ci się tam podobać. Dwa dni później pan Pietrowicz trafił do domu spokojnej starości. Okazało się, że córka już wcześniej wszystko załatwiła i czekała, aż ojciec się złamie. Gdy wszedł do dusznej izby z wilgocią w powietrzu i pluskwami, pożałował decyzji. Larysa okłamała go, mówiąc o dobrych warunkach. Trafił nie do prywatnego pensjonatu, ale do zwykłego domu starców, gdzie mieszkali ludzie bez szczęścia i domu. Rozpakował rzeczy i zszedł na dół. Usiadł na ławce, bliski płaczu. Patrząc na bezradnych staruszków, wyobraził sobie jak czeka go ubogie życie. — Nowy? – zagadnęła sympatyczna starsza pani siadając obok. — Tak… — westchnął staruszek. — Nie martw się tak. Ja też na początku płakałam, ale potem się pogodziłam. Mam na imię Walentyna. — Wiktor — przedstawił się mężczyzna. — Ciebie też dzieci tu oddały? — Nie, siostrzeniec. Dzieci nie dane mi były, chciałam zostawić mieszkanie siostrzeńcowi, ale chyba się pospieszyłam… Przejął mieszkanie, a mnie tu wsadził. Dobrze, że chociaż nie na ulicę… Rozmawiali do późnego wieczora, wspominając młodość i swoje drugie połówki. Następnego dnia po śniadaniu znów poszli na spacer. Ta kobieta przynosiła radość i odmianę do życia pana Pietrowicza. Nie mógł przebywać w tamtej sali, całe dnie spędzał na dworze. Obiady też były podłe. Jadł niewiele, byle utrzymać siły. Czekał na córkę. Miał nadzieję, że Larysa jednak zatęskni i go zabierze do domu. Ale czas płynął, a ona nie przyjeżdżała. Pewnego dnia postanowił zadzwonić i dowiedzieć się, co z Burkiem, lecz nikt nie odbierał. Kiedyś, przy wejściu, pan Pietrowicz zobaczył swojego sąsiada — Staszka Ilina. Staszek poznał go, wyraził zdziwienie i podszedł do niego. — To tutaj pan jest! — zdziwił się chłopak. — A córka mówiła, że wyjechał pan na wieś. Od początku coś mi nie pasowało. Wiedziałem, że nie porzuci pan Burka na ulicy. — O co chodzi? — nie rozumiał Wiktor Pietrowicz. — Co z moim psem? — Nie martw się, umieściliśmy go w schronisku. Sam nie wiem, co się wydarzyło. Widziałem Burka, siedział pod klatką całe dnie, a pana nie było. Spotkałem Larysę, zapytałem, co się stało. Powiedziała, że wyjechał pan na wieś, a ona sprzedaje mieszkanie i przeprowadza się do męża. O psie powiedziała, że stary i nie chce się już nim zajmować. Panie Wiktorze, co tu się w ogóle dzieje? — zapytał Staszek, widząc jak staruszek blednie. Pan Pietrowicz opowiedział mu wszystko. Powiedział, że oddałby wszystko, gdyby tylko mógł cofnąć czas i nie podjąć tej pochopnej decyzji. Mało tego, córka pozbawiła go godnego życia, a jeszcze Burka wyrzuciła na ulicę. — Tak bardzo chcę wrócić do domu, synku — wyszeptał staruszek. — Jestem tu właśnie w takiej sprawie. Jestem prawnikiem, często pomagam starszym osobom. Teraz prowadzę sprawę pewnego pana, któremu sąsiedzi zabrali dom. Niech się pan nie martwi. Z tego co wiem, chyba nie zdążył się pan wymeldować? — spytał mężczyzna. — Nie. Chyba, że ona sama mnie wymeldowała. Szczerze mówiąc, już nie wiem, czego się po niej spodziewać… — Proszę się pakować, czekam na pana w samochodzie — powiedział Staszek. — Tego tak zostawić nie można! Co z niej za córka… Pan Pietrowicz szybko wrócił na górę, wrzucił rzeczy do torby i zeszedł na dół. Przy drzwiach spotkał Walentynę. — Waluś, jadę. Spotkałem sąsiada, mówi, że córka wyrzuciła mojego Burka i sprzedaje mieszkanie. Takie sprawy — powiedział staruszek. — Jak to możliwe? — zmartwiła się kobieta. — A ja? — Nie martw się, jak wszystko załatwię, wrócę po ciebie — obiecał pan Pietrowicz. — Tak mówisz… Kto mnie tu chce? — powiedziała ze smutkiem kobieta. — Przepraszam, muszę już iść. Nie martw się, dotrzymam słowa. Pan Pietrowicz nie mógł wejść do domu — mieszkanie było zamknięte, nie miał kluczy. Staszek zabrał go do siebie. Wkrótce dowiedzieli się, że Larysa już tam nie mieszka, kilka dni temu przeniosła się do teściowej, a mieszkanie wynajęła. Dzięki Staszkowi udało się odzyskać prawo do swojego mieszkania. — Dziękuję ci — podziękował sąsiadowi staruszek. — Ale nie wiem, jak dalej żyć. Ona nie da mi spokoju, póki mnie nie pozbędzie się… — Jest jedno wyjście — powiedział Staszek. — Sprzedamy mieszkanie, oddamy Larysie jej część, a za resztę kupimy coś dla pana. Może domek na wsi. — Genialnie! — ucieszył się mężczyzna. — To idealny pomysł. Po trzech miesiącach pan Pietrowicz przeprowadzał się do nowego domu. Staszek pomagał mu we wszystkim, teraz grzecznie zaproponował przewiezienie Burka. — Tylko zajrzymy w jedno miejsce — poprosił pan Pietrowicz. Staruszek z daleka zobaczył Walentynę. Siedziała na ich ławce i z tęsknotą patrzyła w dal. — Wala! — zawołał. — Jedziemy po ciebie, ja i Burek. Teraz mamy domek na wsi, świeże powietrze, ryby, jagody, grzyby — wszystko blisko. Jedziesz? — uśmiechnął się. — Jakże ja pojadę? — zmartwiła się kobieta. — Wystarczy, że wstaniesz z ławki i pójdziesz z nami! — zaśmiał się mężczyzna. — Zdecyduj się! Tu już nie mamy czego szukać. — Dobrze! Dasz mi dziesięć minut? — uśmiechała się Walentyna przez łzy. — Jasne, poczekam! — rozpromienił się mężczyzna. Wbrew ludzkiej złości i nieżyczliwości, tych dwoje obroniło swój kawałek szczęścia. Każde z nich zrozumiało, że świat pełen jest dobrych ludzi. I jak by nie było, dobro w końcu wygrywa. Wiktor i Walentyna przekonali się o tym na własnej skórze. Starsi ludzie potrafili zawalczyć o siebie i odnaleźli wreszcie spokój oraz szczęście w życiu…