**Dziennik, 15 października**
Kasia studiowała w Warszawie i jak większość studentów dorabiała, często na nocne zmiany. Mama nie mogła jej wspierać finansowo, a sama stypendium w dużym mieście ledwo starczała na życie.
Po letniej sesji wzięła krótki urlop i na trzy tygodnie pojechała do mamy w Białymstoku. Wracała wypoczęta, z torbą pełną słoików domowego dżemu i warzyw z ogródka, które mama starannie zapakowała.
Wysiadła z autobusu na dworcu centralnym. Po długiej podróży torba zdawała się dwa razy cięższa. Dotarła do przystanku busa i z ulgą postawiła bagaż na ławce.
Wracała do miasta z lekkim sercem. U mamy było dobrze, ale od dwóch lat mieszkała sama, przyzwyczaiła się do niezależności. Tęskniła za gwarem miasta, za znajomymi. Dzięki pracy mogła wynająć małe mieszkanie i wyprowadzić się z akademika.
Mieszkanie malutkie, na Ursynowie, ale najważniejsze – tanie. Okna wychodziły na nieużytek porośnięty trawą, a za nim zaczynał się las. Nocą panowała tam cisza, ale o świcie słońce zalewało pokój jasnym światłem. Zimą zaś śnieg odbijał blask księżyca, rozjaśniając ciemności.
Nagle usłyszała ciche skomlenie. Zajrzała pod ławkę i zobaczyła spiczasty, brązowy pysk. W dużych, wystraszonych oczach psa malował się lęk. Dopiero wtedy zauważyła smycz przywiązaną do ławki. Kasia przyklękła. Jamnik cofnął się głębiej, drżąc na całym ciele.
– Nie bój się. Wyjdź – szepnęła, delikatnie ciągnąc za smycz.
Pies niechętnie wypełz, co chwilę zerkając, czy może wrócić pod ławkę.
Był upalny sierpień. Kasia zrozumiała, że zwierzę chce pić. Niedaleko stał kiosk z napojami.
– Zaraz wracam – obiecała psu i podeszła do kiosku.
– Małą butelkę wody, proszę – poprosiła, a potem dodała: – Może macie pustą puszkę po konserwach?
– Chyba lepiej dać kubek? – skrzywiła się sprzedawczyni.
– Nie, psu będzie trudno pić. Tam pod ławką jest przywiązany jamnik. Wie pani, jak długo tam siedzi?
Kobieta zmarszczyła brwi.
– Ludzie to okrutnicy. O ósmej widziałam, jak podjechał facet w niemieckim aucie, przywiązał psa i odjechał. Nie wrócił. Masz, ale nieumyta – podała puszkę po szprotkach.
Kasia podziękowała, przepłacając za wodę, i wróciła do psa. Opłukała puszkę, nalała wody i postawiła przed jamnikiem, który znów schował się pod ławkę.
– Pij, nie bój się.
Pies, uspokojony jej głosem, zaczął łapczywie pić.
– Co mam z tobą zrobić? Nocą mogą cię zadziobać bezdomne koty albo… – Kasia wzdrygnęła się. – Pójdziesz ze mną? Nie masz wyboru.
Zostawiła w kiosku numer telefonu na wypadek, gdyby właściciel się zgłosił, i zabrała psa do busa. Zapłaciła za dwa bilety. Kierowca nie protestował, a pies spokojnie leżał na jej kolanach.
W domu jamnik wtulił się w kąt przedpokoju, węsząc obce zapachy. Kasia zrobiła mu legowisko z koca. Pies od razu się na nim położył, śledząc ją czujnym wzrokiem.
– Jak cię nazwać? – zastanawiała się głośno. – Może… Kajtek?
Pies zaszczekał.
– Więc będziesz Kajtek. – Zaszczekał ponownie. – Rozumiesz? Dlaczego twój pan cię porzucił?
Nocą słyszała, jak Kajtek chodzi po laminacie. Gdy tylko się poruszyła, wracał do przedpokoju. Ale po kilku dniach oswoił się. Czekał pod drzwiami, skomląc radośnie, gdy wracała do domu.
Na podwórku było pełno samochodów, więc wyprowadzała go na nieużytek. Gdy byli z dala od ulicy, puszczała go ze smyczy. Bała się, że ucieknie, ale zawsze wracał na zawołanie. Dziwiła się, jak radzi sobie w wysokiej trawie na krótkich łapach.
Nadszedł wrzesień, a wraz z nim zajęcia. Kasia znów pracowała nocami. Kajtek większość czasu spędzał sam, ale witał ją z radością. Nie wyobrażała już sobie życia bez niego.
Pewnej niedzieli poszli na spacer. Kajtek najpierw biegał wokół niej, a potem nagle pognał w stronę lasu. Kasia próbowała go dogonić, ale wysoka trawa utrudniała bieg.
– Kajtek, chodź tu! – zawołała.
W odpowiedzi usłyszała tylko pisk, który nagle urwał się. Pobiegła w stronę dźwięku. Las nie był tak gęsty, jak się wydawało. Na polanie zobaczyła grupę nastolatków pochylonych nad czymś. Mieli po piętnaście lat, więc nie bała się podejść.
– Widzieliście jamnika? – zapytała.
Chłopcy zerwali się na równe nogi. Wtedy zobaczyła Kajtka przybitego do ziemi grubym, zaostrzonym patykiem. Z jego boku sączyła się krew.
Najwyższy z nich wyrwał patyk. Kajtek jęknął, a krew zaczęła lać się obficie. Chłopak podszedł do Kasi, trzymając zakrwawiony przedmiot. Był od niej wyższy, a za nim stali dwaj koledzy. Ich uśmieszki nie pozostawiały wątpliwości.
Kasia chciała krzyczeć, ale głos utknął jej w gardle. Obróciła się i uciekła. Trawa plątała się pod nogami, ale biegła, powtarzając w myślach: *Tylko nie upaść…* Za plecami słyszała kroki i szelest trawy.
Dom był już blisko. Nagle coś uderzył ją w plecy. Upadła na kolana, oczekując kolejnych ciosów. Ale nic się nie stało. Pewnie rzucili kamieniem i uciekli.
Wyszła na ulicę. Zatrzymał się srebrny samochód. Młody mężczyzna wysiadł i pomógł jej wstać.
– Napadli na panią? – pytał.
– Trzech chłopaków… Zabili Kajtka – wyszeptała.
– Kajtka?
– Mojego psa. Proszę, pomóż mi go zabrać…
Mężczyzna trochę się uspokoił, widząc, że chodzi o psa.
– Zostań pani tu – powiedział i zatrzymał kolejny samochód. Dwóch mężczyznik pobiegło w stronę lasu.
Kasia usiadła na chodniku i rozpłakała się.
Po długiej chwili wrócili. Jeden niósł zakrwawiony sweter z zawiniętym w nim Kajtkiem.
– Żyje. Jedziemy do weterynarPo drodze Kajtek przestał oddychać, a Kasia, tuląc jego wątłe ciałko, płakała cicho, rozumiejąc, że czasem zło spotyka nawet tych, którzy na to nie zasługują, ale życie i tak znajduje sposób, by przynieść światło po najciemniejszych chwilach.



