Tajemniczy obraz
Maja siedziała na tylnym siedzeniu samochodu i wpatrywała się w okno. Miała podniosły nastrój, jak przed świętami – przed Bożym Narodzeniem albo urodzinami. Ale jej urodziny były w grudniu, a teraz był lipiec.
Za kierownicą siedział surowy, tęgi mężczyzna. Maja widziała tylko jego ogoloną potylicę, która przechodziła w grubą szyję. Kark był nieprzyjemny, odpychający. Kierowca patrzył przed siebie, nawet nie odwracał głowy, jakby gruba szyja mu na to nie pozwalała. Dziewczynka pomyślała, że to wcale nie człowiek, tylko robot. Przechyliła się nawet, żeby zajrzeć mu w twarz.
– Siadaj! – ostro rzucił kierowca, nie odwracając się.
Maja pląsnęła z powrotem na siedzenie. Znów wpatrywała się w okno. Mijały pola, lasy, wioski. Wyprzedzili dwóch rowerzystów – mężczyznę i nastolatka – którzy spojrzeli na Maję przez szybę. Nastrój znów się poprawił. Po raz pierwszy jechała do innego miasta, do babci i dziadka, których nigdy nie widziała.
– Daleko jeszcze? – zapytała.
– Nie – odpowiedziała mama z przedniego siedzenia.
– A dlaczego wcześniej nie jeździliśmy do babci i dziadka?
Mama mruknęła coś niewyraźnego.
– A jest tam rzeka?
– Jest. Wszystko tam jest. Przestań już gadać. Jak przyjedziemy, sama zobaczysz. – W głosie mamy słychać było narastającą irytację.
Maja zamilkła. Ostatnio mama irytowała się na wszystko, byle co wywoływało jej krzyk. Wszystko zaczęło się, kiedy od nich odszedł tata. Spakował rzeczy i poszedł.
„Żeby tylko już dojechać – myślała Maja. – Pewnie jedziemy na wakacje, skoro mama wzięła tyle rzeczy, nawet moje ulubione zabawki. Nawet tornister. Po co tornister na wakacjach?” Pytań było wiele, ale nie odważyła się ich zadać.
Oparła się o siedzenie i zaczęła nucić. Cicho ciągnęła jedną nutę, potem drugą…
– Przestań jęczeć! Samo siedzenie z tobą to udręka – warknęła mama. Maja zamilkła, nadąsana.
Wjechali w końcu do miasta. Maja znowu przywarła do okna. Samochód zatrzymał się przed dwupiętrową kamienicą.
– Jesteśmy na miejscu. Dom, słodki dom – powiedziała mama, otwierając drzwi auta. Nie brzmiało to radośnie, raczej z żalem.
Dom był stary, szary, z dwoma klatkami schodowymi. Żadnego podwórka, żadnego placu zabaw z kolorową zjeżdżalnią i huśtawkami, jak u nich. Tylko dwie ławki przed klatkami.
Kierowca wyniósł ich bagaże z bagażnika i też patrzył na dom. Mama poprosiła, żeby zaczekał, wzięła walizkę i torby, a potem podeszła do drzwi. Maja podreptała za nią. Drzwi były drewniane, pokryte łuszczącą się brzMaja westchnęła głęboko, przytuliła mocniej córeczkę i odeszła w stronę wyjścia, zostawiając za sobą zarówno przejście podziemne, jak i ciężar przeszłości.



